Na początku sami wnosili po schodach scenę i nagłośnienie, a szyby w Sali Gotyckiej zaklejali taśmą, żeby nie wibrowały od hałasu. Dziś Wrocław Industrial Festival świętuje 25-lecie, a jego historia to znacznie więcej niż lista koncertów. To także opowieść o niezależnej scenie, przyjaźniach, ryzykownych pomysłach i uporze, dzięki któremu do Wrocławia od lat przyjeżdżają artyści i publiczność z różnych stron świata. Z Maciejem Frettem, współtwórcą festiwalu i muzykiem Job Karmy, rozmawiamy o pierwszych koncertach w bunkrze, wyprawie do kopalni w Wałbrzychu, spełnionym marzeniu o Current 93 i o tym, dlaczego w industrialu nigdy nie interesowała go gatunkowa ortodoksja.


XXV INDUSTRIAL FESTIVAL – KUP BILETY


Zacznijmy od początku. Jak narodził się Wrocław Industrial Festival? Opowiedz o pierwszej edycji i o tym, dlaczego wszystko zaczęło się właśnie we Wrocławiu.

Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w listopadzie 2001 roku, w dawnym niemieckim bunkrze pod Wzgórzem Partyzantów, gdzie mieścił się wówczas klub La Fete. Listopad został z nami na stałe — jego deszczowa, depresyjna aura świetnie koresponduje z atmosferą naszej muzyki. Sam festiwal wyrósł z kilku wcześniejszych inicjatyw. Mniej więcej od 1997 roku organizowałem we Wrocławiu cykl koncertowy Młodzi po stronie maszyn. Dzięki kontaktom z praskim środowiskiem industrialnym sprowadzaliśmy zespoły, które jechały z Niemiec do Pragi. Wrocław był po drodze, więc dodatkowy koncert w naszym mieście stanowił naturalny przystanek na ich trasie. W tym samym czasie zaczynaliśmy działalność artystyczną w Job Karmie. Wokół zespołu i cyklu koncertowego stopniowo tworzyło się środowisko skupione na tej muzyce. Przez około trzy lata regularnie organizowaliśmy koncerty w różnych wrocławskich klubach, między innymi w Wagonie, Podium, Pałacyku i Masce.

Pierwsza edycja Industrial Festival. Źródło: industrialart.eu

Ważnym momentem był rok 1999 i festiwal Arsenał Sztuki, organizowany w ramach Święta Wrocławia. Współpracowałem wtedy z wrocławską Galerią BWA i poproszono mnie o przygotowanie programu muzycznego. Po raz pierwszy miałem do dyspozycji konkretny budżet, dzięki któremu mogłem zaprosić artystów specjalnie na to wydarzenie, a nie tylko korzystać z okazji, że akurat byli w trasie. Na dziedzińcu Arsenału Miejskiego wystąpili Column One, Schloss Tegal, Christblood, Stupor, Miasto Nie Spało i Job Karma. Przez dwa czerwcowe dni spotkało się tam około 600 osób z całej Polski. To było prawdziwe święto tej muzyki. Równolegle Arek Bagiński, mój kompan w zbrodni i członek Job Karmy odpowiedzialny za oprawę wizualną naszych koncertów, organizował z Łukaszem Tunikowskim pokazy kina niezależnego pod nazwą Video Terroristen. Prezentowali w różnych wrocławskich kinach filmy niezależne, amatorskie, często kontrowersyjne.

Około 2001 roku wpadłem więc na pomysł, żeby spleść te wszystkie działania w jeden węzeł i stworzyć wspólny festiwal. Inspiracją był dla nas również Prague Industrial Festival, na który jeździliśmy zarówno jako goście, jak i muzycy. Odbywał się w grudniu, ale od wielu lat już nie istnieje. W pierwszą edycję Wrocław Industrial Festival zainwestowaliśmy własne oszczędności. Przyjechało sporo ludzi z całej Polski, a wydarzenie okazało się całkiem sporym sukcesem.

Kiedy organizujesz niezależne koncerty i wychodzisz na zero, to już jest sukces!

Publiczność cyklu Młodzi po stronie maszyn nie była jakimś zuniformizowanym środowiskiem industrialnym. To nie byli wyłącznie chłopcy i dziewczyny w czarnych mundurkach, lecz ludzie zainteresowani kulturą, sztuką i muzyką: studenci, bankowcy, poszukiwacze nowych dźwięków. Bardzo szerokie spektrum odbiorców. Pierwsza edycja festiwalu odbiła się też sporym echem w mediach mainstreamowych. Wrocławska Gazeta Wyborcza”uznała ją za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych roku. Do dziś mam ten wycinek. Wszystkie te doświadczenia i pozytywne sygnały nałożyły się na siebie. Dostaliśmy pozytywnego kopa od wszechświata i stwierdziliśmy, że jesteśmy na właściwej drodze, we właściwym miejscu i warto to kontynuować.

A jaką rolę w tej historii odegrał sam Wrocław? Co sprawiło, że właśnie tutaj udało wam się stworzyć takie środowisko?

Przyjechałem do Wrocławia na studia z rodzinnego Karpacza na początku lat 90. Wrocław wyróżniał się wtedy na tle innych polskich miast pod względem kultury niezależnej i działalności koncertowej. Pewne podobieństwa można było znaleźć w Gdańsku, ale tutaj atmosfera była jednak inna. Pamiętam rozmowę z jednym z ważniejszych wrocławskich urzędników odpowiedzialnych za kulturę. Powiedział mi, że Wrocław musi stawiać na awangardę, bo nie jest w stanie konkurować z takimi miastami jak Kraków, który ma choćby Piwnicę pod Baranami. To otwarcie na awangardę było dla nas bardzo ważne.

Rok po pierwszej edycji WIF otworzyliśmy z Arkiem Galerię Sztuki Industrialnej przy wrocławskim Rynku. To był szalony, młodzieńczy pomysł. Byliśmy pełni entuzjazmu, wydawało nam się, że zdobędziemy świat. Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię: po roku byliśmy kompletnymi bankrutami, z długami. Ale nawiązaliśmy też mnóstwo ciekawych kontaktów. Nasze działania zostały zauważone przez wrocławskich decydentów i festiwal zaczął otrzymywać dofinansowanie od Gminy Wrocław. Początkowo były to niewielkie kwoty, które z czasem rosły.

Zanim powstał Wrocław Industrial Festival, zorganizowaliście też inne wydarzenie — Rytuał. Co za nim stało?

W 2000 roku zorganizowaliśmy go we wrocławskiej elektrociepłowni. Arek Bagiński był spiritus movens tego przedsięwzięcia. Przygotowaliśmy multimedialne wydarzenie w czynnej hali przemysłowej, wielkości boiska piłkarskiego. Zagrała Job Karma, odbył się performans z ogniem, pokazaliśmy filmy z kolekcji WRO oraz prace Arka. Wszystko działo się przy pracujących maszynach, a publiczność miała na głowach kaski. Była też transmisja na żywo w internecie — myślę, że jedna z pierwszych tego rodzaju w Polsce. Obraz klatkował, transmisja się zacinała, ale leciała! Rytuał odbił się sporym echem, zwłaszcza w lokalnym środowisku, i pomógł nam zacząć działać coraz bardziej profesjonalnie.



Zachowało się jakieś nagranie? Można to jeszcze gdzieś obejrzeć?

Pamiętam, że był jakiś krótki, chyba sześciominutowy materiał. Wydaje mi się, że można go znaleźć w internecie, tylko nie pamiętam pod jaką nazwą. Fragmenty ukazały się również na kasecie VHS a potem na DVD Oscilation Ritual Job Karmy, wydanej w Czechach. Samo wydarzenie było zamknięte — dla zaproszonych gości, mediów i pracowników elektrociepłowni. Zakład wchodził wtedy na giełdę, więc zależało mu na rozgłosie, a my oczywiście obiecaliśmy, że zrobimy wokół wydarzenia straszny szum!

Po pierwszej edycji przenieśliście festiwal do Sali Gotyckiej. Jak trafiliście do tego miejsca?

Potrzebowaliśmy większej przestrzeni, w której łatwiej byłoby zorganizować całe wydarzenie. Salę Gotycką pokazał nam Grzegorz Bral z Teatru Pieśń Kozła, który miał swoją siedzibę obok. Poznał nas z prezesem i tak trafiliśmy do miejsca, które już od drugiej edycji stało się sercem festiwalu. Przez wiele lat, aż do 2014 roku, wynajmowaliśmy właściwie gołe ściany. Wszystko musieliśmy przygotowywać sami: wnosić po schodach scenę, nagłośnienie, bary. Dzisiaj trudno mi sobie wyobrazić, że miałbym to znowu robić! A po festiwalu jeszcze przez tydzień wszystko wynosiliśmy. Pamiętam też, że podczas pierwszych edycji dwa balkony w sali były przeszklone. Kupowaliśmy szeroką taśmę i zaklejaliśmy nią szyby, żeby nie wibrowały od dźwięku.

Do 2014 roku przygotowywaliśmy Salę Gotycką od początku do końca. Później pojawił się najemca, który otworzył tam profesjonalny klub Stary Klasztor. Od tego momentu mamy znacznie większy komfort: wchodzimy do miejsca, które jest już właściwie gotowe do organizacji koncertów. Mamy też sprawdzoną ekipę techniczną, więc wiemy, jak poradzić sobie z nagłośnieniem. Sala Gotycka nadal jest sercem festiwalu. Dziś możemy korzystać również z dwóch innych przestrzeni w tym samym kompleksie: nieco mniejszej Sali Witrażowej oraz sali restauracyjnej, w tym roku otwiera się kolejna sala Piwnica Starego Klasztoru, gdzie przeniesiemy after parties.

Czy jest jakieś nietypowe miejsce, w którym udało wam się zorganizować koncert i które szczególnie zapadło ci w pamięć?

W 2016 roku, kiedy Wrocław był Europejską Stolicą Kultury, mieliśmy nieco większy budżet, więc mogliśmy bardziej poszaleć. Otwarcie festiwalu odbyło się w Synagodze pod Białym Bocianem. Wszystko świetnie zagrało, ale jeszcze ciekawsza była wycieczka do Starej Kopalni w Wałbrzychu, gdzie odbył się koncert Asmusa Tietchensa. Zorganizowaliśmy transport z Wrocławia — trzy autokary zabrały zainteresowaną publiczność do Wałbrzycha. Zagraniczni goście do dziś wspominają tę wyprawę: wsadziliśmy ich do autobusów i wywieźliśmy nie wiadomo dokąd! Wysiedli pod kopalnią, którą najpierw mogli zwiedzić, a na koniec zobaczyli występ Asmusa. Takie przedsięwzięcia są spektakularne, ale częściej realizujemy je w ramach Rytuału. To wydarzenie multimedialne, bardziej wizualne, budowane wokół konkretnych miejsc. W przypadku Wrocław Industrial Festival od lat stawiamy raczej na sprawdzone przestrzenie.

Przez te 25 lat zmieniło się nie tylko brzmienie muzyki, ale też sposób, w jaki o niej myślimy. A jak zmieniło się twoje postrzeganie industrialu? Czy dziś definiujesz go inaczej niż w 2001 roku?

Nigdy nie byłem industrialnym ortodoksem. Często zarzucano mi, że zapraszam na festiwal wykonawców, którzy nie grają industrialu. A ja zawsze uważałem, że industrial jest tylko furtką, która otwiera drzwi do różnych odmian mrocznej elektroniki — i nie tylko elektroniki. Przecież występują u nas także artyści postpunkowi czy związani z neofolkiem. Przy doborze wykonawców ważniejsze od gatunku są dla mnie ich podejście i artystyczne korzenie. W jakich projektach wcześniej się udzielali? Z jakiego środowiska się wywodzą? Ktoś, kto po raz pierwszy zetknie się z neofolkiem, może się zastanawiać, co ma on wspólnego z industrialem. Ale kiedy zacznie zgłębiać historię tych nurtów, odkryje ich powiązania.

Dlatego od początku tak ważny był dla mnie eklektyzm festiwalu. To jedna z rzeczy, które odróżniają nas od wielu podobnych imprez, zwłaszcza w Niemczech, gdzie scena industrialna jest bardzo duża. Tamtejsze festiwale często koncentrują się na konkretnym gatunku albo wytwórni. Kiedy rozmawiam z ich organizatorami, słyszę, że trudno im wyobrazić sobie tak zróżnicowany program. Fani dark ambientu niekoniecznie przyjadą przecież na wydarzenie, na którym gra się również industrialne techno. A dla mnie właśnie na tym polega cała frajda! Nie stoi za tym jednak jakiś szczegółowy plan. Po prostu lubię bardzo różną muzykę. Kiedyś podczas układania programu patrzyłem na swoją półkę z płytami i zastanawiałem się, kogo jeszcze u nas nie było. Dziś częściej szukam nowych rzeczy w internecie.

Jeśli chodzi o sam industrial, pewne jego założenia pozostają dla mnie niezmienne: organizowanie koncertów w nietypowych przestrzeniach, wykorzystywanie niekonwencjonalnych środków i instrumentów. Chociaż dziś coraz trudniej powiedzieć, że jakiś instrument jest naprawdę nietypowy — wszystko zostało już na różne sposoby wykorzystane. Zmieniła się natomiast siła szoku. To, co szokowało dwadzieścia, a tym bardziej czterdzieści lat temu, zostało w dużej mierze przyswojone przez kulturę komercyjną i reklamę. Jesteśmy bombardowani obrazami, które kiedyś wywoływałyby ogromne emocje, a dziś nikogo już nie dziwią. Ortodoksom, którzy nadal uważają, że industrial powinien szokować, polecam włączyć Polsat i obejrzeć film, w którym leje się mnóstwo krwi! Muzyka też się oczywiście zmieniła. Jako twórca sam czasem zastanawiam się, na ile za jej rozwój odpowiadają artyści, a na ile inżynierowie, którzy nieustannie podsuwają nam nowe instrumenty i urządzenia. Kto właściwie jest większym innowatorem: muzyk czy człowiek, który stworzył dla niego narzędzie?



Wspomniałeś, że kiedyś układałeś program festiwalu, patrząc na swoją półkę z płytami. Który artysta był wtedy twoim największym marzeniem?

Na początku ograniczały nas pieniądze, możliwości i kontakty. Zapraszaliśmy przede wszystkim zaprzyjaźnione zespoły albo takie, które zgadzały się przyjechać za przysłowiową benzynę i nocleg. Kiedy zacząłem poważniej zajmować się organizacją koncertów, zmieniła się też moja droga zawodowa. Z wykształcenia jestem urbanistą i początkowo pracowałem w zawodzie, ale w pewnym momencie postanowiłem poświęcić się wyłącznie kulturze, sztuce i promocji. W latach dziewięćdziesiątych byłem wielkim fanem Current 93. To był dla mnie zespół absolutnie kultowy, najwyższa półka. Wiedziałem też, że niezwykle rzadko występuje na żywo. Postawiłem sobie więc za cel zorganizowanie jego pierwszego koncertu w Polsce. To było moje największe marzenie.

Ostatecznie udało się je spełnić, choć nie w ramach Wrocław Industrial Festival. Muzycy nie chcieli występować pod szyldem industrialu, dlatego zaprosiliśmy ich na Energię Dźwięku, do katedry polskokatolickiej we Wrocławiu. Z czasem nasze działania nabierały rozpędu. Coraz bardziej się profesjonalizowaliśmy i złapaliśmy wiatr w żagle. Otwierały się przed nami kolejne drzwi, a najważniejsze były rekomendacje artystów, którzy już u nas wystąpili. Przez te wszystkie lata na Wrocław Industrial Festival zagrało chyba ponad 500 zespołów. Myślę, że gdyby zapytać je o opinię, praktycznie każdy powiedziałby, że warto do nas przyjechać. Takie rekomendacje otwierały nam zupełnie nowe możliwości.

Wspomniałeś, że rekomendacje artystów otwierały wam kolejne drzwi. Co jest ważniejsze w budowaniu festiwalu: znajomości czy reputacja?

Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby być autentycznym, a nie podążać za chwilową modą. Nasi odbiorcy są wyedukowani i świadomi. Wiedzą, po co przyjeżdżają, i mają anteny mocno wyczulone na to, czy coś jest autentyczne, czy nie. Myślę, że dużo zawdzięczam temu, że sami mieliśmy zespół i sporo koncertowaliśmy. Jako artysta spotykałem się z różnym podejściem promotorów i organizatorów. Dzięki temu wiem, co mi się podobało, a jakich sytuacji chciałbym unikać. Staram się organizować innym koncerty tak, jak sam chciałbym być traktowany w trasie. Nie chcę traktować festiwalu wyłącznie jak biznesu czy maszynki do wyciskania artystów i festiwalowiczów. Jesteśmy gospodarzami i chcemy, żeby wszyscy dobrze się u nas czuli — zarówno muzycy, jak i publiczność. Reputację buduje się latami, a stracić można ją po jednej edycji. Dlatego jest taka ważna.

Przez festiwal przewinęło się już chyba ponad 500 zespołów. Czy po tylu latach coś jeszcze potrafi cię zaskoczyć jako organizatora?

Oczywiście! Czasami ridery i oczekiwania artystów potrafią nieźle podnieść nam adrenalinę. Trzeba wtedy kombinować, jak to wszystko zorganizować, żeby koncert się udał. Pamiętam koncert, przed którym musieliśmy pojechać do Castoramy po odpowiednie cegły i zorganizować podnośnik do zamontowania sprężyn. Nagle okazało się, że zamiast typowego sprzętu koncertowego kompletujemy wyposażenie jak na budowę! To było całkiem zabawne.

Przypomniał mi się Trepaneringsritualen. Kiedy UNDERTONE organizowało jego koncert, zażyczył sobie w riderze świńskiej krwi. 

My też go gościliśmy. Załatwiliśmy sztuczną krew.

My też! Zdziwiło mnie, że ktoś w dzisiejszych czasach nadal prosi o prawdziwą zwierzęcą krew. A potem przyjechał i okazało się, że to bardzo sympatyczny człowiek!

Wbrew temu, jak prezentuje się na scenie, prawda?

Industrial Festival 2018. Źródło: industrialart.eu

A pamiętasz koncert, przy którym sam nie mogłeś uwierzyć, że udało się go zorganizować?

Przychodzi mi do głowy występ Blixy Bargelda i Teho Teardo. Zwykle nasze próby dźwięku przebiegają bardzo sprawnie. Wszystko jest rozpisane co do minuty i odbywa się niemal w żołnierskim rygorze. Tym razem oczekiwania były zupełnie inne — próba miała trwać cztery godziny.  Pod względem produkcyjnym było to spore wyzwanie. Oprócz Blixy i Teho występowali muzycy towarzyszący i kwartet smyczkowy z NFM, z którymi trzeba było jeszcze przeprowadzić próby we Wrocławiu. Ostatecznie wszystko wyszło bardzo dobrze. Byłem jednak tak zdenerwowany, że kiedy koncert się zaczął, nie potrafiłem spokojnie go oglądać. Musiałem wyjść na zewnątrz. Cały czas miałem w głowie, że zaraz jakiś mikrofon zacznie sprzęgać i zrobi się kompletna afera!

Zdarzyło ci się, że wymagania artysty okazały się po prostu żartem?

Kiedyś dostałem rider, w którym artysta zażyczył sobie basenu na backstage’u. Musieliśmy mu długo tłumaczyć, dlaczego nie możemy tego zorganizować. A kiedy przyjechał, powiedział, że oczywiście żartował! Podobno wpisuje to do ridera, żeby zobaczyć, jak zareaguje organizator.

Jaki najbardziej nietypowy instrument pojawił się na festiwalu?

W zeszłym roku wystąpił u nas Shantidas z performansem opartym na metalowym wózku sklepowym. Okablował go, podłączył różne efekty, a pod koniec siedział w środku i go rozwalał. To było widowisko o antykonsumpcjonistycznym przesłaniu. Wózek symbolizował nasz styl życia, model funkcjonowania zachodniego społeczeństwa — i na scenie był niszczony.

Który koncert najbardziej dał wam w kość od strony organizacyjnej?

Przypomina mi się koncert Wire. To było w 2013 roku. Przywieźli ze sobą własnego realizatora dźwięku. Kiedy zobaczyli go nasi techniczni, niemal padli na kolana. Okazało się, że to legendarny gość, który pracował z zespołami takimi jak My Bloody Valentine. Prawdziwy guru! Tyle że nawet ten guru nie do końca poradził sobie z Salą Gotycką. Ze względu na jej sklepienia akustyka jest bardzo nierówna. W miejscu, w którym stał realizator, nie było jeszcze tak źle, ale w innych częściach sali robił się totalny wodospad dźwięków.

Potem zaczęła się bardzo długa próba dźwięku. Próba przeciągnęła się na tyle, że cały harmonogram koncertów się posypał. Wire wyszli na scenę dopiero około drugiej w nocy. To był chyba najgłośniejszy koncert w historii festiwalu. Nie mieliśmy żadnego wpływu na realizatora — ustawił nagłośnienie tak, jak chciał, i nie zamierzał niczego zmieniać. Koncert był świetny, ale poziom głośności naprawdę trudny do wytrzymania. Widziałem fanów Wire, którzy wychodzili, bo nie byli w stanie tego znieść. Jestem wielkim fanem tego zespołu. Choć Wire nie jest grupą industrialną w ścisłym znaczeniu, widzę związki z tą estetyką w późniejszych projektach jego muzyków.



Mam wrażenie, że na Wrocław Industrial Festival przyjeżdża więcej osób z zagranicy niż z Polski. Nie żałujesz czasem, że festiwal organizowany we Wrocławiu ma tak niewielką lokalną publiczność?

Nie mam żalu. Co najmniej 70 procent naszej publiczności stanowią goście z zagranicy. Przyjeżdżają głównie Niemcy, ale też Anglicy, Irlandczycy, Szwedzi, Francuzi i Włosi. Mamy również gości z dalszych zakątków świata. Martwi mnie bardziej to, że nasza publiczność się starzeje. To w dużej mierze ludzie w moim wieku, czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, którzy dorastali z tą muzyką w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Czasem mam wrażenie, że festiwal umrze razem z nami. Młodych osób jest stosunkowo niewiele. Obserwuję to również na festiwalach w Niemczech, więc nie jest to wyłącznie polski problem. Tamtejsza scena gotycko-industrialna jest znacznie większa, ale jej publiczność też się starzeje.

Co ciekawe, post-punk i scena gotycka znów przyciągają młodych ludzi. Powstają nowe zespoły, które czasem brzmią dla mnie jak kopie dawnych płyt, ale co z tego? Fajnie, że młodzi mają własnych artystów. Na naszym festiwalu nie widzę jednak, żeby za tym zjawiskiem szła duża fala nowej publiczności. Zdarza się, że młodzi ludzie nie znają Merzbow, ale znają Pharmakon. I świetnie! Nie uważam, że każdy musi zaczynać od tych samych klasyków. Niech każde pokolenie ma swój noise. Od wielu lat Wrocław Industrial Festival jest zresztą miejscem, w którym szybciej dogadasz się po angielsku niż po polsku.

Mówisz, że publiczność festiwalu się starzeje, a tymczasem w Warszawie obserwuję coś zupełnie odwrotnego na koncertach gotyckich i postpunkowych. Jest tam tyle młodych osób, że sama czuję się, jakbym miała sto lat! Skąd, twoim zdaniem, wzięło się to nowe zainteresowanie mroczną muzyką? I czy widzisz w nim szansę na przyciągnięcie młodszej publiczności na Wrocław Industrial Festival?

Ciekawym przykładem jest fenomen Molchat Doma. Myślę, że dużą rolę odegrał tutaj TikTok. Zainteresowanie młodych ludzi taką estetyką jest jednak nieprzewidywalne. Kiedy industrial i punk rock rozwijały się pod koniec lat siedemdziesiątych w Wielkiej Brytanii, trwała zimna wojna, panowało duże bezrobocie, a życie młodych ludzi było pełne niepewności. Mam wrażenie, że takie okoliczności potrafią sprzyjać kreatywności, ale też wyzwalać twórczy wkurw. Być może obecne zawirowania na świecie sprawią, że młodzi ludzie również odnajdą się w tej estetyce. Obserwuję to nawet u mojego syna, który słucha zespołów takich jak Lorna Shore, ale jest też totalnie zafascynowany Joy Division, Sol Invictus i neofolkiem, który słyszy u mnie. Dla mnie to niesamowite, bo przecież nie jest to muzyka, którą zwykle uważa się za młodzieżową. Nie tracę więc nadziei, choć na razie moje obserwacje są takie, że scena się starzeje.

Jubileuszowa edycja już tuż-tuż. Wyobraź sobie osobę, która przychodzi na Wrocław Industrial Festival po raz pierwszy. Co chciałbyś, żeby z niego wyniosła?

Przede wszystkim chciałbym, żeby poczuła, że festiwal jest swego rodzaju świętem; zjazdem ludzi, którzy tworzą wspólnotę. I nie chodzi tylko o wymiar towarzyski, ale też o muzykę. Chciałbym, żeby doznania muzyczne były na tyle silne, by – jak ja to mówię – wywołały gulę w gardle albo gęsią skórkę. Mnie nie zdarza się to często, ale kiedy już tak się dzieje, wiem, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być, we właściwym miejscu i czasie. Tego życzę osobom przyjeżdżającym na festiwal: muzycznych uniesień, ale też nowych znajomości. Ludzie, którzy tworzą naszą społeczność, są otwarci i wrażliwi. Nie trafiają tam przypadkiem. Cieszę się, że jestem częścią tej społeczności i mogę ją współtworzyć.