Podczas naszego spotkania najwięcej czasu Dara poświęcił właśnie swojej chorobie, procesowi zdrowienia i trudnościom związanym z zaakceptowaniem diagnozy. Przy innych wątkach chętnie oddawał głos gitarzyście Alanowi Dugganowi Borgesowi. Trudno było jednak nie zauważyć, jak dobrze się rozumieją. Alan nieraz sam zadawał Darze pytania, a Dara z kolei szukał u niego potwierdzenia swoich słów. Nawet podczas tak krótkiego spotkania dało się wyczuć, ile w tej przyjaźni jest wzajemnej uważności i czułości.
Alan: Występowaliśmy na Le Guess Who? już dwa razy, więc wydaje mi się, że osoba odpowiedzialna za booking naprawdę nas lubi. [śmiech] To miłe, bo to świetny festiwal. Zaproponowano nam sekretny gig, a my pomyśleliśmy: No dobra, super! Nawet nie musimy niczego ogłaszać! Jesteśmy beznadziejni w korzystaniu z mediów społecznościowych, więc perspektywa, że możemy po prostu przyjechać i zagrać koncert, brzmiała naprawdę fajnie.
Ostatecznie początek występu okazał się dość stresujący. Planowaliśmy zagrać trzy czy cztery utwory z nowej płyty, ale pojawił się problem z laptopem, z którego odtwarzaliśmy sample i uruchamialiśmy efekty. Po prostu nie działał i nie mieliśmy pojęcia, dlaczego. Próbowaliśmy coś z tym zrobić, ale dosłownie minutę przed rozpoczęciem koncertu stwierdziłem, że musimy odpuścić. Stanęliśmy więc na dwie sekundy za sceną, żeby ustalić, czym zastąpimy te utwory: Dobra, zagrajmy ten, ten i jeszcze ten. Tyle że w ogóle ich nie przećwiczyliśmy.
Pomyśleliśmy: Dobra, jedziemy z tym! W pewnym sensie było to nawet zabawne, bo dzięki temu koncert miał w sobie trochę tej nerwowej energii, która zawsze jest mile widziana. A potem odkryłem, w czym tkwił problem. Okazało się, że wystarczyło odłączyć USB i nacisnąć jeden przycisk, żeby wszystko zaczęło działać. Jakaś zupełnie idiotyczna drobnostka. Na początku trochę panikowaliśmy: Kurwa, co się dzieje?!, ale kiedy już zaczęliśmy grać, zrobiło się naprawdę przyjemnie. To był zajebisty koncert.

Le Guess Who? to niesamowity festiwal z bardzo eklektycznym line-upem. Podczas tej samej edycji, razem z MopCut, wystąpił MC Dälek. O działalności swojego składu powiedział kiedyś: Zbudowaliśmy karierę na tym, że odnajdujemy się tam, gdzie nie pasujemy. Zastanawiam się, czy to stwierdzenie mogłoby również opisywać Gilla Band, czy może posuwam się z tą teorią trochę za daleko?
Alan: Myślę, że tak. Nigdy nie próbowaliśmy być czymś konkretnym. Nie mówiliśmy sobie: Zostańmy takim zespołem. Spróbujmy grać taką muzykę. Bądźmy zespołem postpunkowym albo noise-rockowym. Było kilka rzeczy, których nie chcieliśmy robić i którymi nie chcieliśmy być, ale cała reszta pozostawała otwarta. Kiedy zaczynaliśmy grać w Irlandii, nie było zbyt wielu zespołów, których muzyka przypominałaby to, co sami chcieliśmy tworzyć.
Oczywiście działo się wtedy sporo naprawdę świetnych, eksperymentalnych rzeczy. Ogromną inspiracją był dla nas na przykład Turning Down Sex. Ale nigdy nie chodziło o to, żeby próbować brzmieć jak inne zespoły tylko dlatego, że akurat były modne. Zresztą scena, z której się wywodzimy, składała się głównie z zespołów naszych przyjaciół, a każdy z nich brzmiał inaczej. Jeden grał coś w stylu Real Estate, inny przypominał trochę The National, a obok działały grupy tworzące zupełnie inną muzykę. Mieliśmy nawet zespół grający czyste techno.
Wszyscy jednak dzieliliśmy ze sobą salę prób i wydaje mi się, że nikt z nas nie myślał: Powinniśmy grać w takim stylu, bo to teraz modne i dzięki temu łatwiej będzie nam bookować koncerty. Po prostu tworzyliśmy muzykę, która ekscytowała zarówno nas samych, jak i pozostałych. I dalej robiliśmy swoje.
Cieszę się, że wspomniałeś o irlandzkiej scenie muzycznej, bo chciałabym jeszcze chwilę przy niej zostać. Tamtejsi artyści zdobywają ogromną popularność również w Polsce. Czy uważacie, że mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem kulturowym, czy może cała ta irlandzka fala to przede wszystkim historia wykreowana przez media?
Alan: Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego. Wszyscy bardzo się cieszymy, kiedy inni irlandzcy artyści zdobywają popularność, mogą jeździć w trasy, rozwijać kariery i docierać do nowej publiczności. To jest zajebiste! Uważam też, że spora część muzyki, która obecnie wychodzi z Irlandii, jest naprawdę świetna. Nie mam więc poczucia, że całe to zainteresowanie jest jakoś sztucznie wykreowane czy oparte na stereotypach. Zresztą jeśli spojrzysz na artystów, którzy odnieśli większy sukces, nawet tych ze sceny niezależnej, zobaczysz, że muzycznie niewiele ich łączy.
Spójrz na CMAT, Lankum czy Fontaines D.C. Każdy z nich robi coś zupełnie innego. Podoba mi się też to, że wielu z tych artystów działa niezależnie, nie próbując wskoczyć na jakąś modną falę. Tworzą muzykę na własnych zasadach, samodzielnie albo we współpracy z małymi wytwórniami, dystrybutorami czy agencjami bookingowymi. To jest naprawdę zajebiste. Natomiast dlaczego Irlandia nagle stała się taka modna? Nie mam pojęcia. Naprawdę nie wiem, skąd się to wzięło.
Zgadzam się, że wszystkie zespoły, które wymieniłeś, są od siebie zupełnie różne. Zastanawiam się jednak nad Kneecap, bo to również bardzo ciekawy przypadek. Rapują po irlandzku, prawda? Czy zauważasz, żeby młodzi Irlandczycy zaczynali bardziej interesować się własnym językiem, czy może to tylko pojedynczy fenomen?
Alan: Słyszę o tym od różnych ludzi, ale to raczej pojedyncze obserwacje. Nie mogę powiedzieć, że statystycznie sytuacja wygląda teraz inaczej, ale coraz częściej słyszy się o dzieciakach, które chcą mówić po irlandzku i być z tego dumne. I to jest naprawdę zajebiste. Pamiętam, że kiedy byliśmy nastolatkami, mówienie po irlandzku nie było fajne. Nie było czymś, czym można było zaimponować innym.
Zresztą nawet w szkole język irlandzki był traktowany trochę po macoszemu. Mieliśmy na przykład irlandzkie wiersze i opowiadania przetłumaczone na angielski. Problem w tym, że w tłumaczeniu stawały się strasznie dosłowne i traciły cały swój sens. Pamiętam, jak siedziałem w szkole i myślałem: Po jaką cholerę musimy się tego uczyć, skoro moglibyśmy przerabiać pieprzonego Szekspira? Byłem totalnym dupkiem. [śmiech] Ale chodzi właśnie o poznawanie własnej historii, zrozumienie, czym była kolonizacja i jak tłumiono twoją kulturę. A teraz pojawia się taki zespół jak Kneecap, który rapuje po irlandzku i dla wielu młodych ludzi staje się prawdziwym impulsem do nauki własnego języka. Nie wiem jednak, czy przełożyło się to na jakieś zmiany systemowe.
Strasznie mnie wkurza, że sam nie potrafię dobrze mówić po irlandzku. Myślę, że w dużej mierze wynika to ze sposobu, w jaki nas uczono. Nauczanie irlandzkiego w szkołach było po prostu fatalne. A przecież ten język jest wszędzie. Na każdej tabliczce z nazwą ulicy, na każdym przystanku autobusowym. Dosłownie wszędzie. Tylko że nasze oczy nie są przyzwyczajone do tego, żeby na niego patrzeć. Automatycznie szukamy angielskiego.
I to jest do dupy.
Ty oczywiście mówisz po angielsku. Ja z kolei uczę się teraz mandaryńskiego i kiedy próbuję się nim posługiwać, muszę naprawdę się postarać, żeby mówić zupełnie inaczej niż na co dzień. Podobnie jest z francuskim. Gdybym zaczął mówić po francusku z moim irlandzkim akcentem, nikt by mnie nie zrozumiał, prawda? Ale z irlandzkim nie musimy się tak starać. Akcent już mamy. Sposób, w jaki mówimy po angielsku, jest całkowicie ukształtowany przez język irlandzki.
Powiedzielibyśmy na przykład: I’m after going to the shop [dosłownie: Jestem po pójściu do sklepu, czyli Właśnie poszedłem do sklepu – przyp. AH], co z punktu widzenia standardowej gramatyki angielskiej nie ma sensu. Ale ta konstrukcja pochodzi właśnie ze struktury języka irlandzkiego. Więc bardzo wiele z tego języka wciąż jest obecne w naszym sposobie mówienia.
Dara, na płycie pojawiają się dwa główne tematy: twoje zdrowie psychiczne i żałoba. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo coraz lepiej rozumiemy depresję i coraz częściej rozmawiamy o niej otwarcie. Ze schizofrenią sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Ludzie się jej boją i często nie mają pojęcia, jak wygląda życie z tą chorobą. Chciałabym więc zapytać, jak nauczyłeś się ją rozumieć i jak udało ci się zaakceptować diagnozę?
Dara: Cóż, od mniej więcej dziewięciu lat czuję się dobrze. Bardzo nie chciałem poznać swojej diagnozy. Od czasu mojego pierwszego załamania psychicznego miałem poczucie, że ta wiedza tylko mnie zasmuci. Chyba napisałem w notce do płyty, że wydawało mi się, że mogę to po prostu rozchodzić. Ale tak naprawdę się nie da. Zacząłem zajmować się wsparciem rówieśniczym w obszarze zdrowia psychicznego na uczelni muzycznej w Dublinie. Pamiętam rozmowę z osobą, która otrzymała diagnozę. Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy może na mnie też już pora. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy. Przyjmowałem leki, choć właściwie nie wiedziałem, na co dokładnie. Ta osoba powiedziała mi: Spróbuj. Zobaczysz, co z tego wyniknie.
Kiedy w końcu otrzymałem diagnozę, było mi naprawdę smutno. Była jednoznaczna, a poza tym spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Myślałem, że okaże się, że mam chorobę afektywną dwubiegunową. To był dla mnie kompletny szok. Potrzebowałem sporo czasu, żeby się z tym oswoić. Ale potem wszystko się uspokoiło. Dużo rozmawiałem o tym z chłopakami z zespołu, moją partnerką, rodziną i przyjaciółmi. Wszyscy okazali mi ogromne wsparcie.
Mówili: Przecież nic się nie zmieniło. Nadal bierzesz te same leki. Nadal jesteś tą samą osobą. Po prostu masz tę chorobę. Dzięki temu zyskałem zupełnie nowe spojrzenie na swoją sytuację. Teraz wiem, z czym mam do czynienia, co powinienem robić, a czego unikać. Jeśli ktoś zmaga się z trudnymi emocjami związanymi z otrzymaniem diagnozy, doskonale to rozumiem. Ale z czasem ta wiedza okazuje się naprawdę pomocna. Daje ci pewną siłę. To bardzo, bardzo złożona choroba.
Kiedyś powiedziałem, że innym określeniem na chorobę afektywną dwubiegunową jest po prostu człowiek. Wydaje mi się, że każdy z nas znajduje się gdzieś na tym, co nazywa się spektrum. To po prostu kwestia stopnia nasilenia. Pamiętam, że kiedy nie czułem się dobrze, powiedziałem mojej mamie – a mam całkiem dużą rodzinę – Oni wszyscy są stuknięci. Ale tylko mnie złapali.
Teraz jest naprawdę dobrze. Jeżdżę na rowerze, dużo maluję, co bardzo mi pomaga, i sporo gotuję. Mam też swoje poranne rytuały i codzienne przyzwyczajenia, szczególnie kiedy nie jestem w trasie. Dzięki temu nauczyłem się radzić sobie z chorobą i mam poczucie, że znacznie lepiej nad nią panuję. Jednocześnie bywa to przerażające. Bardzo staram się utrzymywać ten stan zdrowienia, bo nigdy nie jesteś całkowicie wyleczony.
Mówiłem już o tym na naszej poprzedniej płycie, w zamykającym ją utworze Post Ryan: Jestem pomiędzy kolejnymi załamaniami, nieustannie w procesie zdrowienia. To rzeczywiście bywa trochę straszne. Ale czuję się teraz znacznie silniejszy. Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy o schizofrenii. Pod tym względem nadal jestem w tym wszystkim dość nowy.
Drugim ważnym tematem na Pugnello jest żałoba. W ostatnim utworze, At the Gallop, pojawia się wyobrażona rozmowa z twoim ojcem.
Dara: Tak. Mieliśmy demo tego utworu już od jakiegoś czasu. Pomyślałem, że fajnie byłoby wykorzystać… Al, to Ty wpadłeś na pomysł z wokoderem, prawda?
Alan: Tak.
Dara: Mieliśmy więc już cały utwór, a ja miałem jakieś wstępne, robocze teksty. W studiu właściwie do ostatniej chwili pracowałem nad ich ostateczną wersją. Musiałem więc wejść w pewien stan emocjonalny, który pasowałby do tego utworu. Wydaje mi się, że to Al zapoznał mnie z Trans Neila Younga. To jego elektroniczny album z początku lat 80. Young miał syna z mózgowym porażeniem dziecięcym i postanowił wykorzystać elektroniczne brzmienia do komunikowania się z nim, ponieważ jego syn dobrze na nie reagował. Zainspirowało mnie to do stworzenia podobnej rozmowy między mną a moim tatą.
A jak się czujesz teraz, kiedy utwór jest już nagrany i może go usłyszeć cały świat?
Dara: Myślę, że mimo wszystko nie zdradzam w nim zbyt wielu szczegółów dotyczących mojego ojca jako człowieka. Dla mnie ten album opowiada przede wszystkim o żałobie i o tym, jak sobie z nią radzę, a niekoniecznie o mojej relacji z ojcem. Podobnie jest z moją diagnozą – nie chodzi o nią samą, ale raczej o moje doświadczenia z nią związane. Bardziej interesuje mnie to, jak niespodziewanie potrafi nas dopaść żałoba i jak bardzo indywidualnym doświadczeniem jest dla każdego z nas.
Nie martwię się więc, że ludzie dowiedzą się dzięki tej płycie czegoś szczególnie osobistego na mój temat. Zresztą nawet sam utwór jest dość trudny do zrozumienia, bo mój głos jest przepuszczony przez wokoder. Tak naprawdę trudno w ogóle rozpoznać, co śpiewam. A moja dykcja w pozostałych piosenkach też nie należy do najlepszych! W tej chwili to chyba mój ulubiony utwór na całej płycie.
Alan, w jednej z recenzji dziennikarz zasugerował, że twój drugi projekt, The Null Club, wywarł duży wpływ na obecny kierunek muzyczny Gilla Band. Zgadzasz się z tym?
Alan: Wydaje mi się, że to wszystko działo się mniej więcej równolegle, bo Gilla Band zawsze opierał się na wspólnym tworzeniu muzyki. Pisaliśmy razem i nadal tak robimy. Oczywiście nauczyłem się pewnych rzeczy w The Null Club, które później wykorzystałem w Gilla Band. Zdecydowanie rozwinąłem swoje umiejętności w pracy z syntezatorami, automatami perkusyjnymi i podobnymi urządzeniami. Dzięki temu mogłem znacznie swobodniej realizować pomysły, których jeszcze dwie płyty temu nie potrafiłbym wprowadzić w życie.
Ten wpływ z pewnością jest więc obecny, ale myślę, że tym, co sprawia, że Gilla Band brzmi jak Gilla Band, jest fakt, że spotykamy się we czterech i wspólnie dopracowujemy wszystko do końca. Jeśli chodzi o punkty wyjścia do poszczególnych utworów, to na przykład Jacobsons i Giraffe powstały na automatach perkusyjnych, które kupiłem z myślą o The Null Club. Wykorzystałem w nich również kilka sztuczek, których nauczyłem się podczas pracy nad tym projektem. Nie chciałbym jednak przeceniać jego wpływu. Ostatecznie to wciąż nasza czwórka decyduje o tym, jak brzmi muzyka Gilla Band.
Zauważyłam, że w wielu recenzjach wasza muzyka opisywana jest jako kontrolowany chaos. To całkiem trafne określenie, ale zastanawiam się, skąd wiecie, kiedy utwór jest jeszcze nieprzewidywalny i ekscytujący, a kiedy zaczyna być po prostu przeładowany?
Alan: Myślę, że nasza podświadomość potrafi zrobić naprawdę dużo. Kiedy piszemy muzykę, czasami trzeba po prostu zaufać intuicji i spróbować zarejestrować swoje pomysły. A kiedy zaczynasz za dużo nad nimi rozmyślać, moim zdaniem najlepiej przestać. Całkiem dobrze sprawdzało się u nas wyznaczanie konkretnych godzin pracy. Zaczynaliśmy mniej więcej o jedenastej albo dwunastej i zawsze kończyliśmy około osiemnastej czy osiemnastej trzydzieści.
Wracałem do domu i zazwyczaj nie słuchałem tego, nad czym danego dnia pracowaliśmy. Dzięki temu, kiedy następnego dnia przychodziliśmy do studia, mogłem spojrzeć na wszystko świeżym okiem. A właściwie usłyszeć to tak, jakbym słuchał tego po raz pierwszy. I to jest świetne, bo możesz wtedy pomyśleć: O kurczę, to jest naprawdę ekscytujące! Albo: Cholera, wydawało mi się, że to jest znacznie lepsze niż w rzeczywistości. Ten sposób pracy naprawdę dobrze się u nas sprawdza.
Niektóre kawałki powstawały naprawdę długo. Nad Jacobsons zaczęliśmy pracować jeszcze w 2022 roku. To bardzo długo jak na jeden utwór. Ale jeśli po dwóch czy trzech latach nadal wydaje ci się ekscytujący, to świetnie. Wszystko sprowadza się do tego, żeby zaufać własnym uszom, kiedy wracasz do materiału ze świeżą perspektywą. Czasami podczas próby robisz coś i myślisz: O Boże, to brzmi, kurwa, dziko! A potem słuchasz tego następnego dnia i stwierdzasz: Przecież to jest strasznie grzeczne! Jeśli chcemy, żeby ten utwór był naprawdę szalony, musimy pójść znacznie dalej. Albo przeciwnie: Za dużo się tu dzieje. To tylko niepotrzebny natłok dźwięków.
Wiele takich rzeczy staje się wtedy zupełnie oczywistych. Myślę, że podświadomość wykonuje za nas mnóstwo pracy. Wszystko powoli dojrzewa gdzieś z tyłu głowy, a kiedy wracasz następnego dnia, okazuje się, że rozwiązałeś już wiele problemów, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To naprawdę ciekawe.
Wielu artystów, w tym IDLES i Dry Cleaning, wymienia Gilla Band jako jedną ze swoich najważniejszych inspiracji. A jacy artyści lub zespoły inspirowali was podczas pracy nad nowym albumem?
Alan: Jedną z moich największych inspiracji przy tworzeniu tej płyty była Reverend Kristin Michael Hayter. Trafiłem na nią na jakiejś liście najlepszych albumów 2023 roku. Przeglądałem takie zestawienia, włączyłem jej album SAVED! i pomyślałem: Co to, kurwa, jest?! Brzmiała, jakby pochodziła z lat trzydziestych czy coś w tym rodzaju. Kompletnie rozwaliła mi głowę. Przez chwilę naprawdę myślałem, że to jakieś wznowienie starego nagrania. Dopiero później odkryłem, że album został nagrany współcześnie. Wcześniej w ogóle nie znałem jej twórczości.
Dla mnie ta płyta osiąga coś niezwykłego: ma brzmienie retro, ale nie sprawia wrażenia sztucznej. Brzmi autentycznie. A potem dowiedziałem się, jak została nagrana. Zarejestrowali materiał na taśmie, a następnie wyjęli ją, położyli na ziemi, deptali po niej i włożyli z powrotem do magnetofonu. W ten sposób jakość nagrania zaczyna się po prostu rozpadać.
Uwielbiam ten pomysł, żeby zgnieść i zniszczyć cały utwór, zamiast myśleć: Trochę przetworzymy gitarę, trochę zmienimy brzmienie perkusji. Chodzi raczej o pytanie: Co się stanie, jeśli przepuścimy cały utwór przez efekt gitarowy albo zaczniemy włączać i wyłączać różne rzeczy? To jest dla mnie niesamowicie ekscytujące i mam wrażenie, że na tej płycie naprawdę udało się osiągnąć taki efekt. A do tego jest przerażająca. Naprawdę… Pamiętam, jak puściłem ją chłopakom. Wszyscy zaczęli się śmiać z tego, jak kurewsko intensywna jest ta muzyka.
A jak było u ciebie, Dara?
Dara: Zainteresowało mnie śpiewanie w stylu crooningu, więc słuchałem dużo Nancy Sinatry i podobnych rzeczy. Chociaż pewnie nie będzie tego słychać na płycie.
