Imperial Triumphant od lat konsekwentnie budują własne muzyczne uniwersum, w którym awangardowy metal spotyka się z jazzem, a fascynacja Nowym Jorkiem znajduje odzwierciedlenie nie tylko w muzyce, ale też w niezwykle charakterystycznej oprawie wizualnej zespołu. Na wydanym w 2025 roku Goldstar muzycy postanowili narzucić sobie dodatkowe ograniczenie: żaden utwór nie mógł przekraczać pięciu minut. Jak się okazuje, dla Zachary’ego Ezrina takie ramy są przede wszystkim sposobem na pobudzenie kreatywności.
Ale muzyka to tylko jedna z dziedzin, w których lider Imperial Triumphant realizuje swoje pomysły. W naszej rozmowie opowiada o pracy nad powieścią graficzną, planach stworzenia gry komputerowej, zamiłowaniu do teatralności i budowaniu scenicznego wizerunku. Wracamy też do niecodziennej współpracy z Kennym G., rozmawiamy o fenomenie zamaskowanych zespołów i o tym, dlaczego nawet zwykły T-shirt może być kostiumem scenicznym.
Imperial Triumphant zagrają w Krakowie 17 listopada [kup bilet] i Warszawie 18 listopada [kup bilet]

Oglądałeś dokument o Kennym G.? Bardzo spodobało mi się w nim to, że pokazano zarówno ludzi, którzy go uwielbiają, jak i tych, którzy wręcz go nienawidzą. Ponieważ masz klasyczne wykształcenie, zastanawiałam się, czy dorastając, miałeś na jego temat jakieś wyrobione zdanie.
Niespecjalnie. Oczywiście wiedziałem, kim jest, ale nie miałem na jego temat jakiejś szczególnej opinii. Nie słuchałem zbyt wiele jego muzyki i nie przepadam za takim graniem. Kiedy jednak miałem dwadzieścia parę lat, zaprzyjaźniłem się z jego synem. Założyliśmy razem firmę i myślę, że właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że Kenny G. jest znacznie lepszym instrumentalistą, niż mogłoby się wydawać, jeśli ocenia się go wyłącznie przez pryzmat muzyki, którą gra. Warto pamiętać, że nawet jeśli ktoś gra muzykę, której nie lubisz, nie oznacza to wcale, że nie jest niezwykle utalentowany.
Max Gorelick, syn Kenny’ego G., był członkiem Imperial Triumphant. To on wpadł na pomysł, żeby zaprosić ojca do nagrania Merkurius Gilded, czy była to twoja inicjatywa?
Nie, to był mój pomysł. Spotkałem się z Maxem na lunchu i powiedziałem mu: Hej, mam pomysł na utwór, nad którym właśnie pracuję. A gdybyśmy zrobili coś w rodzaju pojedynku solówek między tobą a twoim ojcem? W końcu obaj piłujecie jak szaleni. A tak przy okazji, Max jest niesamowitym gitarzystą i wszyscy powinni posłuchać jego zespołu The Mantle. Wyobrażałem sobie dwie solówki, które ze sobą rywalizują, przeplatają się, raz wychodzą na pierwszy plan, a raz ustępują miejsca drugiej — niemal jak rozmowa albo kłótnia. Pomyślałem, że mogłoby to świetnie zadziałać, zwłaszcza przy dwóch różnych instrumentach. Zamiast dwóch gitar mielibyśmy gitarę i saksofon sopranowy. I wyszło znakomicie.
Na początku tego roku wspominałeś, że rozważasz stworzenie gry komputerowej. Czy udało ci się już poczynić jakieś postępy? Możesz zdradzić coś więcej na ten temat?
Niespecjalnie, jeszcze nie. Ale naprawdę intensywnie pracuję nad tym pomysłem i sporo się uczę. To świetne doświadczenie — poznaję zupełnie nową branżę, która również jest bardzo kreatywna, ale z którą na co dzień nie mam do czynienia.
Czy gra będzie związana z uniwersum Imperial Triumphant?
Ha, o tym musisz się sama przekonać!
W takim razie porozmawiajmy otwojej powieści graficznej. New Colossus jest wyraźnie inspirowane Nowym Jorkiem. Co możesz pokazać za pomocą fikcyjnego miasta, czego nie mógłbyś równie bezpośrednio wyrazić, odnosząc się do prawdziwego Nowego Jorku?
Cóż, przede wszystkim możesz posługiwać się alegoriami i wykorzystywać elementy fantastyczne. W powieści graficznej dzieją się rzeczy, które nie mają miejsca w prawdziwym życiu. To fikcja, więc możesz za jej pomocą zgłębiać idee i tematy zakorzenione w rzeczywistości.
A jak myślisz, dlaczego nieustannie poszukujesz innych form twórczej ekspresji poza muzyką?
Nie tak dawno dotarło do mnie, że po prostu lubię realizować się twórczo na różne sposoby, nie tylko poprzez muzykę. W Imperial Triumphant jesteśmy oczywiście bardzo, bardzo poważnymi muzykami. Ale jednocześnie odkrywam, że ogromną przyjemność sprawia mi praca nad okładkami albumów, projektowaniem masek, koszulek i całą wizualną stroną działalności zespołu. Niektóre zespoły mają takie rzeczy kompletnie gdzieś, a dla innych są one ważne. Dla mnie to po prostu kolejna przestrzeń do eksperymentowania, podejmowania twórczych decyzji i budowania całego uniwersum zespołu. Bardzo to lubię, daje mi to mnóstwo frajdy. Dlatego na razie próbuję swoich sił w najróżniejszych dziedzinach twórczości.
Masz swoją ulubioną?
Lubię pisać. Nie zajmowałem się ilustracjami do powieści graficznej, bo nie jestem w tym zbyt dobry, ale wymyślanie historii sprawiło mi ogromną przyjemność. Nie mieliśmy zbyt dużego budżetu na dwustustronicową powieść graficzną, ale lubię pracować w ramach takich ograniczeń. To trochę tak, jakbym mówił sobie: Dobra, muszę opowiedzieć historię tej postaci na jednej albo dwóch stronach. Jak mogę to zrobić za pomocą obrazu, tekstu albo jednego i drugiego? Lubię takie wyzwania i myślę, że podobnie podchodzimy do muzyki. Chcemy przekazać jakiś pomysł, stworzyć określoną wizję, ale bez niepotrzebnego rozwlekania.
Zarówno Imperial Triumphant, jak i twój drugi zespół, Folterkammer, mają bardzo wyrazistą tożsamość wizualną i teatralne podejście do występów. Czy na tym etapie wyobrażasz sobie jeszcze granie w bardziej konwencjonalnym zespole metalowym, bez całej tej teatralnej otoczki?
Gdyby muzyka była naprawdę zajebista, to może… Nie wiem. Może po prostu jestem takim dziwolągiem, ale lubię teatralność metalowych zespołów… Poza tym myślę, że wszystko, co zakładasz na scenę, jest w pewnym sensie kostiumem. Jeśli grasz w zespole metalowym i wychodzisz na scenę w T-shircie, jeansach i sneakersach, to właśnie jest twój sceniczny wizerunek. Niezależnie od tego, czy dobrze w nim wyglądasz, czy nie, właśnie tak ludzie postrzegają twój zespół. To obraz, który z nim kojarzą, a jego stworzenie samo w sobie jest decyzją artystyczną.
Podczas nagrywania Goldstar narzuciliście sobie zasadę, że żaden utwór nie może przekraczać pięciu minut. Skąd wziął się ten pomysł?
Myślę, że pisanie krótszych utworów jest tak naprawdę znacznie trudniejsze, szczególnie dla muzyków metalowych. Musieliśmy wyrzucić mnóstwo rzeczy, żeby zmieścić się w tym limicie, i wydaje mi się, że wymusiło to na nas zupełnie inne podejście do komponowania. Lubię to. Uważam, że kreatywność najlepiej rozwija się wtedy, kiedy musisz działać w ramach pewnych ograniczeń.
A teraz, kiedy spędziliście już trochę czasu w trasie z tym albumem, nadal jesteś zadowolony z tej decyzji?
O tak, zdecydowanie. Teraz możemy zagrać więcej utworów w tym samym czasie. W zeszłym roku dostaliśmy świetny slot jako support Igorrr i mieliśmy trzydzieści minut na występ. Teraz, jeśli chcemy, możemy zagrać sześć kawałków zamiast, powiedzmy, trzech. Więc to naprawdę fajna sprawa.
Wspominałeś o stale rosnących kosztach tras koncertowych. Z jednej strony przykro słyszeć, że nawet taki zespół jak wasz ma z tym problem, bo przecież jest mnóstwo zespołów znacznie mniejszych od was.
Tak, ale my też jesteśmy całkiem małym zespołem.
Tak uważasz?
Zdecydowanie. Może po prostu nie mam zbyt dużego ego, ale nie uważam nas za jakiś szczególnie duży zespół. Zresztą nie sądzę, żeby miało to większe znaczenie. Im większy staje się zespół, tym droższe jest koncertowanie. Koszty tras rosną wraz ze skalą działalności. Moim zdaniem najbardziej przedsiębiorczy zespół, jaki potrafię sobie wyobrazić, to taki, który sprzedaje od trzech do pięciu tysięcy biletów każdego wieczoru, a na scenie stoi tylko jeden facet z gitarą akustyczną przed mikrofonem. I tyle. Widziałem, że John Mayer zrobił kiedyś taką trasę, podczas której występował sam z gitarą. Pomyślałem sobie: Cholera, to się nazywa tanie koncertowanie!
A czy te rosnące koszty zaczęły wpływać na to, jak planujecie przyszłość zespołu?
Nie. Zdecydowanie lubię koncertować, ale lubię też spędzać czas w domu, z przyjaciółmi i rodziną. Więc nie wiem, czy będziemy zespołem, który spędza pół roku w trasie. I czy w ogóle musimy nim być. Jeśli chodzi o sztukę, uważam, że ważne jest, żeby każda trasa miała swoją wartość. Nie chciałbym, żeby ludzie myśleli: A, oni ciągle koncertują. Jak będę miał ochotę, to złapię ich następnym razem, kiedy przyjadą do miasta. Chcę, żeby nasze koncerty były czymś wyjątkowym. A koncertowaliśmy już tak dużo, że mamy w tym spore doświadczenie. Ale wracając do tematu — koszty nigdy nie powstrzymały nas przed wyruszeniem w trasę. Kiedyś zdarzało nam się wracać z całej trasy z zarobkiem wynoszącym sto dolarów. Muzyka jest jak narkotyk, a my wszyscy jesteśmy od niej uzależnieni.
Byłeś współproducentem Imprints of Man — albumu, na którym wasz basista Steve Blanc, przełożył kompozycje Imperial Triumphant na solo fortepianowe. Zastanawiałam się, czy odkryłeś coś nowego w waszych utworach, kiedy usłyszałeś je w tej wersji?
Świetne pytanie. Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Chyba jestem dumny z tego, że kiedy ich słuchasz, od razu rozpoznajesz te utwory. To w pewnym sensie pokazuje, że są to oryginalne pomysły muzyczne, które nie są przypisane wyłącznie do konkretnego nagrania. Możesz przenieść je na fortepian solo i nadal się sprawdzają. Nadal mają swój charakter. Bardzo mnie to cieszy. Poza tym uważam, że po prostu świetnie brzmią.
Skojarzyło mi się to z filmami, które nagrywasz na Instagramie, gdzie bierzesz znane gitarowe riffy i przerabiasz je na black metalową modłę.
Och, to po prostu taka moja zabawa, wiesz? Robiłem to dla siebie od lat, aż w końcu nagrałem jeden filmik, który naprawdę dobrze się przyjął. Pomyślałem sobie: O, może ludziom się to podoba. Więc zacząłem robić to trochę częściej. To całkiem niezła frajda.
W pewnym sensie pokazuje to też, że tworzenie muzyki jest prostsze, niż mogłoby się wydawać?
No tak, być może. Chyba mam nadzieję, że pokazuję w ten sposób ludziom, jak można tworzyć muzykę. Że wcale nie musisz wymyślać wszystkiego od zera, bo tak naprawdę nikt nigdy nie tworzył w całkowitej próżni. Możesz wpaść na naprawdę fajny, oryginalny pomysł, biorąc swoją ulubioną popową piosenkę, zmieniając tonację, a może też rytm albo tempo. Samo wzięcie czegoś, co ewidentnie nie jest metalem, i przerobienie tego na metal jest z natury zabawne. I właśnie to mi się podoba.
Oczywiście muszę zapytać o maski. Przede wszystkim uważam, że Imperial Triumphant mają najpiękniejsze maski w historii metalu.
To prawda!
Nosicie je już od ponad dziesięciu lat. Czy przez ten czas zmieniło się ich znaczenie albo twoje podejście do ich noszenia?
Zdecydowanie nie. Chociaż powiedziałbym, że teraz zamaskowane zespoły są naprawdę popularne. To bardzo modne. Kiedy zaczynaliśmy, nie było to aż tak popularne. Po prostu nie chciałem malować twarzy w stylu corpse paint, ale zależało mi na jakimś fajnym elemencie wizualnym, więc zdecydowaliśmy się na maski. Zawsze uważałem, że są świetne, i zawsze sprawiało mi przyjemność ich projektowanie, mimo że oczywiście znacznie utrudniają występy. Ale z drugiej strony na każdym zdjęciu koncertowym wyglądam zajebiście, bo zawsze mam tę samą twarz.
Wspomniałeś, że obecnie jest mnóstwo zamaskowanych zespołów. Jak myślisz, dlaczego ta moda wraca?
Cóż, pewnie dlatego, że jest kilka zespołów, które odniosły ogromny sukces, i może inni myślą sobie: No dobra, jeśli my też tak zrobimy… Myślę jednak, że takie zespoły jak Ghost czy Sleep Token nie ograniczyły się po prostu do noszenia masek. Wykorzystały je również do budowania atmosfery tajemniczości i intrygowania publiczności. I to jest sprytne. To dobry marketing. My tego nie zrobiliśmy, co oczywiście było błędem z naszej strony. Zdecydowanie nigdy nie powinniśmy byli pokazywać swoich twarzy, bo kiedy już to zrobisz, cała tajemnica znika. Jestem po prostu zwyczajnym facetem, ale kogo to, kurwa, obchodzi? Podejrzewam, że właśnie dlatego pojawia się teraz tyle zamaskowanych zespołów. Ale nie wiem. Mogę powiedzieć tylko, dlaczego my zdecydowaliśmy się na maski.
Jak już wcześniej wspomniałam, masz wykształcenie klasyczne i, jeśli dobrze pamiętam, wszyscy członkowie Imperial Triumphant również. Jestem ciekawa, jakiej muzyki najbardziej lubisz słuchać?
To zależy od pory roku. Zimą słucham dużo słowiańskiej, wschodnioeuropejskiej, starej rosyjskiej muzyki ludowej albo muzyki chóralnej. Naprawdę chłonę ten mroczny, zimowy klimat. Z kolei latem słucham brazylijskiej muzyki popularnej z lat 60. i 70., bossa novy, żeby stworzyć sobie taką przyjemną, odprężającą atmosferę pasującą do tej pory roku. Więc mój gust zmienia się wraz z porami roku. Przechodzę przez różne fazy — czasem wracam do czegoś, czego już słuchałem, a czasem odkrywam coś nowego. Tak naprawdę może to być cokolwiek.
Możesz podać przykład artysty albo albumu, który miał wpływ na Imperial Triumphant, ale mógłby zaskoczyć waszych słuchaczy?
Dobre pytanie. Myślę, że raczej nie ukrywamy naszych inspiracji, ale… Cóż, mogę z całą pewnością powiedzieć, że żaden z nas nie słucha współczesnego popu. Za to czasami w trasie lubimy posłuchać Rammsteina. To oczywiście nie jest pop, ale jeśli chodzi o metal, to dosyć prosta muzyka. Trochę schematyczna, ale właśnie to mi się w niej podoba. Każdy kawałek jest w zasadzie taki sam, ale to fajna zabawa. Lubię takie rzeczy.
O, wiesz, co wszyscy naprawdę uwielbiamy? Jest taki zespół Konono No. 1. To grupa z Konga, z lat 80. albo 90., która gra niesamowicie rytmiczną muzykę na elektrycznych kalimbach i innych takich wynalazkach. To kompletnie odjechane granie, a przy tym są niewiarygodnie precyzyjni rytmicznie i instrumentalnie. Ci goście są naprawdę świetni. Nie wiem, jak duży mieli na nas wpływ, ale pewnie jakoś przeniknęło to do naszej podświadomości, bo bardzo dużo słuchaliśmy ich w trasie. Naprawdę, naprawdę ich lubimy. Wydaje mi się, że to Steve nas nimi zaraził. To jest po prostu zajebiste. Kiedyś byliśmy w garderobie jednego z klubów w Japonii i zobaczyliśmy, że Konono No. 1 grali wcześniej w tym samym miejscu. Wszyscy kompletnie oszaleliśmy z radości.
