Nie ma żadnych wątpliwości. Ostatnie dwa lata należą do Fat Dog. A przynajmniej dla tych, którzy kochają rzeczy ze słynnej Windmill Scene. W przeciwieństwie do swoich poprzedników na tronie cudownych dzieci południowego Londynu, zdają się być na fali wznoszącej i wciąż jeszcze nie zostali posądzeni o nic złego (choć tytuł ich nowego albumu wskazuje, że tego by chcieli).
O Cancel Me (I’m Tired) mieliśmy porozmawiać z liderem, mózgiem i jedynym stałym członkiem zespołu od samego jego początku – Joe Love. W słuchawce usłyszeliśmy jednak: “Joe źle się czuje. Stracił głos. A ja jestem właśnie na zakupach”.
Te słowa wypowiedział Chris Hughes – klawiszowiec i swoista maskotka grupy. Ale o męczącym życiu w trasie, nowej płycie, spotkaniu Dave’a Grohla i zaproszeniu na Eurowizję opowiedział nam z wielką radością. Przeczytajcie koniecznie!
[YOU CAN ALSO READ THIS INTERVIEW IN ENGLISH]
Na początek chciałbym wrócić na chwilę do waszego poprzedniego albumu [WOOF. z 2024 r.]. Mam 35 lat i cała ta scena nu-rave i zespoły typu Klaxons były wielką częścią mojej wczesnej dorosłości. Kiedy usłyszałem was pierwszy raz, pomyślałem: “Wow, w końcu ktoś wraca do tych czasów!”. Czy te zespoły stanowią dla was jakiś punkt odniesienia?
Myślę, że dla Joe zdecydowanie stanowiły, bo dorastał słuchając takiej muzyki. Wydaje mi się, że jego sąsiad miał wtedy dużo takich płyt. Ale tak było w szczególności na pierwszej płycie. Przy drugiej już nie sądzę. Druga płyta to bardziej próba podjęcia bardziej songwriterskiej ścieżki, a nie po prostu robienie beatów.
Minęły 2 lata od tamtego czasu. Właśnie wydaliście drugi album, a większość tego czasu spędziliście w trasie po całym świecie. Można się zmęczyć, co nie?
Oj, stary, uwierz – jesteśmy wykończeni. Ale muszę powiedzieć, że jak już mamy czas wolny to dobrze z niego korzystamy. Na trasie jest bardzo ciężko, ale to wciąż najlepsza praca na świecie. Wiesz, nie można na to narzekać. To jest taki rodzaj zmęczenia, który czujesz, gdy wykonałeś dobrą robotę.
Wyobrażam sobie, że macie dużo szalonych historii z tych dwóch lat.
Oj, bracie, mamy. Ale chyba nie mogę o nich rozmawiać.
O żadnej?
Nie wiem, pewnie kilka mógłbym przytoczyć. Niech pomyślę… Nie wiem, to też kwestia szalonych posiłków. W takim sensie, że jesz zbyt dużo jedzenia. Wczoraj zjadłem całą łódkę sushi. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. To jest takie życie, w którym albo ucztujesz jak król albo głodujesz. Wracasz z takiej trasy i myślisz sobie: “Wow, to było zajebiste”. Wciąż buzuje w tobie adrenalina i potrzebujesz jakiejś namiastki tych emocji. I u mnie objawia się to w jedzeniu. Więc wychodzę z domu i wydaję zbyt dużo kasy na żarcie.
Wydaje mi się, że właśnie tak działają trasy koncertowe. Bardzo szybko urośliście z zespołu grającego w klubach do supportowania Foo Fighters na stadionach dla 70 tysięcy ludzi. Czy da się w ogóle przygotować na taki skok?
Wiesz co, zaskoczę cię, ale bardziej stresujemy się małymi koncertami, bo są bardziej osobiste. Gdy grasz na tak wielkiej scenie, publiczność jest tak daleko, że nawet nie wyglądają już jak ludzie. Bardziej jak taki mało szczegółowy dywan zrobiony z ciał, więc ciężko się tym stresować. Już bardziej, gdy widzisz cały pierwszy rząd i wszyscy się na ciebie patrzą, a ty widzisz, czy im się podoba, czy nie. Wtedy się stresujesz. Biorąc to pod uwagę, nasze przygotowanie było bardziej na zasadzie: “Kurde, spotkamy Dave’a Grohla”.
Jak było?
Spoko, to miły facet.
Widziałem was na OFF Festivalu w Katowicach i ciężko mi sobie was wyobrazić w malutkim klubie. Zdecydowanie bardziej pasujecie na wielkie sceny.
Wiesz co, wydaje mi się, że mamy taki swój sweet spot, czyli miejscówki dla 600 osób. Są wystarczająco duże, żeby mieć dobre nagłośnienie, a publiczność może się w nich ruszać. Ale jednocześnie są na tyle małe, że nie masz poczucia, że nie ma “vibe’u” z publicznością. Przepraszam, brzmię teraz jak straszny flet, gdy mówię o “vibie” w tym sensie, ale to prawda. Chcesz czuć to połączenie lepiej, a to łatwiejsze na małych scenach. A poza tym mamy jeszcze taki problem, że czasami występujemy w 7 osób i zmieszczenie nas na scenie to straszny ból jąder.
Właśnie, miałem o to zapytać. Jak definiujecie ten zespół?
Głupi! (śmiech)
Mam na myśli, że wasz skład ciągle się zmienia – nie tylko pod względem stricte osobowym, ale również w zakresie liczby ludzi na scenie.
Myślę, że każdy jest ważny dla naszego brzmienia i czasami mamy możliwość skorzystania ze wszystkich nas, ale generalnie zawsze byliśmy pięcioosobowym zespołem. W rzeczywistości to nawet ostatnio graliśmy pierwszy raz od wieków w czteroosobowym składzie i było bardzo zabawnie. Bardzo fajnie jest być płynnym zespołem i mieć możliwość korzystania z różnych pomocniczych członków, którzy przychodzą i odchodzą. Mam też świadomość tego, że każdy z nas ma inne projekty i musimy być elastyczni, żeby każdy dobrze się bawił i nie traktował tego zespołu wyłącznie jako pracę. Dobrze nam wychodzi taki miks – 5 do 7, a czasem 4 osoby.
A myślicie o tym podczas pisania piosenek?
Nie, niespecjalnie. Szczególnie, że w studiu masz możliwość nadania takiej grubości, bo masz dookoła siebie te wszystkie instrumenty. Bawisz się trochę każdym z nich i potem musisz się zastanowić jak to przełożyć na granie na żywo. Naszym głównym zmartwieniem jest zrobienie dobrej piosenki, a dopiero potem zastanawiamy się jak ją zagrać na żywo.
Jak ten wykańczający kalendarz koncertowy wpłynął na nową płytę i wasze podejście do songwritingu? Jest na Cancel Me (I’m Tired) kilka spokojniejszych i poważniejszych momentów.
Myślę przede wszystkim, że piosenki na pierwszy album zostały napisane jakieś 5 lat temu, a 5 lat to szmat czasu, żeby wydorośleć i przebrnąć przez tyle różnych doświadczeń, żeby zupełnie odmienić swoje życie. I myślę, że tę pierwszą płytę można nazwać niedojarzałą – tacy byliśmy w tym czasie. Myślę, że bardziej od tras koncertowych, wpłynęło na nas to, że troszeczkę dorośliśmy. To znaczy, ciągle jesteśmy głupkowaci, ale pod kątem songwritingu i tekstów jest więcej wartości na nowej płycie, co jest bardzo spoko.
Nie martwiliście się syndromem drugiej płyty?
Wydaje mi się, że dostaliśmy na nią tak mało czasu, że po prostu siedliśmy i ją zrobiliśmy. Oczywiście, trochę się tym martwiliśmy, ale wróciliśmy z trasy po Stanach i dostaliśmy informację, że musimy zrobić płytę w 4 miesiące. Więc po prostu zabraliśmy się do pracy i nie mieliśmy czasu, żeby się zamartwiać. Trzeba było się skupić i po prostu to zrobić.
Zaraz, zaraz, czyli label narzucił wam termin, czy sami go sobie narzuciliście?
Nie, termin został nam narzucony przez label.
Wyprodukowaliście ten album z Olim Baystonem, który wywodzi się ze świata muzyki elektronicznej. Co było kluczowe dla takiej współpracy?
Myślę, że kluczowa jest umiejętność powstrzymania artysty przed perfekcjonizmem i nadmiernym przejmowaniem się, które doprowadzają do tego, że płyta w ogóle nie powstaje. Chcieliśmy mieć silną rękę, która będzie w stanie nam powiedzieć “Ej, poczekaj… Zatrzymajmy się tutaj. Nie przejmuj się w kółko tymi 4 taktami, bo nigdy tego nie skończymy”. Wydaje mi się, że Oli jest w tym bardzo dobry. No i poza tym też nie przesadza z kompresją, dzięki czemu brzmi to całkiem masywnie, a jednocześnie dużo bardziej surowo niż pierwszy album.
Wiem też, że już myślicie nad kolejną płytą. Trzecią.
Tak. Tak naprawdę chcemy się za nią zabrac najszybciej jak to tylko możliwe. Będzie na niej więcej zabawy. Zaczęliśmy już grać na koncertach piosenki, które jeszcze nawet nie mają tytułów, bo to całkiem dobra zabawa, gdy możesz sobie pojamować na żywo. Dzięki temu bawimy się lepiej w trasach.
Pamiętam, że w Katowicach graliście parę kawałków z Cancel Me (I’m Tired), a to było ponad rok przed premierą.
Dokładnie!
OK, nie mogę cię wypuścić, nie pytając o Eurowizję. Podobno dostaliście propozycję reprezentowania Wielkiej Brytanii. O co chodziło?
Napisali do nas maila, w którym powiedzieli: “Hej, w tym roku szukamy czegoś innego niż zwykle”. Bardzo nas to rozbawiło, bo pomyśleliśmy sobie: “Serio? Coś takiego jak my?” Ale nie wiem, to bardzo kontrowersyjna sprawa, ze względu na zaangażowanie Izraela w ten konkurs. Ale z drugiej strony byłoby to przezabawne, biorąc pod uwagę jak dziwacznym wydarzeniem jest Eurowizja. Ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że nie byłby to najlepszy ruch. Ale to prawda. Napisali do nas, a my pomyśleliśmy, że można byłoby napisać z tej okazji coś szalonego, jak np. pub operę. Wcześniej w ogóle rozważaliśmy, czy nie zgłosić się do reprezentowania Szwajcarii, żeby dostać paszporty, ale to też finalnie nie wyszło.
Fot. Emma Toma
