Powiedzieć, że bałem się tego wywiadu to nic nie powiedzieć. Przez lata działalności w Sleaford Mods Jason Williamson wyrobił sobie kawał reputacji. I to nie zawsze tej najprzyjemniejszej. Na nowej płycie – “The Demise of Planet X” zdaje się jednak z tym rozliczać.

No i jak zwykle – na żywo okazał się przemiłym gościem, z którym porozmawialiśmy sobie m.in. o kłótniach z różnymi artystami i współpracy z innymi, AI i nagrywaniu najnowszego albumu grupy. Sleaford Mods wystąpią 1 listopada w warszawskiej Stodole. Przeczytajcie koniecznie w ramach przygotowań!

[YOU CAN ALSO READ IT IN ENGLISH]

Muszę zacząć od czegoś, co zwróciło moją uwagę na “The Demise of Planet X” i myślę, że zauważyło to wiele osób. Chodzi o piosenkę The Good Life, w której rozliczasz się z tym, że obsmarowywałeś inne zespoły. Kiedy pomyślałeś, że już wystarczy?
Wiesz, ciągle to robię, ale interesujące jest to, dlaczego to robię. Dotyczy to szczególnie kilku zespołów, które cisnąłem w przeszłości. Czemu ja to w ogóle robię? Myślę, że po prostu robiłem to z zazdrości i zawiści. I kiedy doszedłem do takiego wniosku, zacząłem się zastanawiać: “Dlaczego jestem zazdrosny i zawistny?”. Zacząłem to zgłębiać, bo robiłem to z taką gorliwością, że doprowadziło mnie to do obsesji. A to nie jest naturalna reakcja w takiej sytuacji. Oczywiście, zespoły mogą cię denerwować. Możesz to skomentować, ale po jakimś czasie o tym zapominasz. Przechodzisz do porządku dziennego. Ale ja nie mogłem. Nie przechodziłem. Więc zacząłem się zastanawiać, dlaczego to robię. O tym jest The Good Life. O próbie znalezienia przyczyn takiego zachowania i zdystansowania się od nich.

Z niektórymi z tych zespołów się pogodziłeś. Szczególnie mam tutaj na myśli Idles. Było to trudne?
Nie, niespecjalnie. Po prostu napisałem do nich maila i tyle. Wiesz, myślę, że poczułem się troche głupio – tak jak każdy by się czuł. Dałem Joe Talbotowi [wokaliście Idles] szczególnie dużo złej krytyki. I wiesz, to nie było w porządku. Po chwili stało się to bardzo wątpliwe. I nawet mimo tego, że pewnie parę osób by się z tym nie zgodziło, stwierdziłem w końcu, że wystarczy. Wiesz, to nie oni są problemem. Joe zdecydowanie nie jest problemem. Idles nie są problemem. Tylko dlatego, że nie podoba mi się ich estetyka, nie jestem ich fanem, mogę sobie o nich myśleć to i owo, ale czy to oznacza, że są z natury złymi ludźmi? Moja obsesja na tym punkcie przejawiała się właśnie takim zachowaniem.



Wydaje mi się, że tego typu rywalizacja jest głęboko zakorzeniona we współczesnej brytyjskiej kulturze. Blur kontra Oasis i te sprawy. Myślisz, że wpadłeś w taką pułapkę?
Tak, to znaczy, nie zrozum mnie źle – ja ciągle do pewnego stopnia wierzę w to, co mówiłem. Ale po prostu wydaje mi się, że obsesyjne atakowanie jednej osoby nie jest zdrowe i wykracza poza krytykę. I to też wykracza poza brytyjską tradycję, przynajmniej w muzyce, obsmarowywania innych ludzi. W dzisiejszych czasach, w których mamy social media i inne takie, ludzie mają to w dupie. Jeśli ktoś próbuje mnie atakować, ignoruję to. Po co to robić? Po co w ogóle mam odpowiadać? Powiedz mi to w twarz, wiesz? Oczywiście ludzie tego nie robią. Odpuściłem sobie krytykę właśnie z tego powodu. Mam na myśli, że jeśli już to robię, to jest to bardzo ulotne. Ale jeśli ktoś już chce podjąć moje wyzwanie to bardzo chętnie się w to angażuję.

Mam wrażenie, że w pewnym momencie ludzie zaczęli tego od ciebie oczekiwać. To zresztą kolejna rzecz, o której wspominasz na The Demise of Planet X. Ludzie mający oczekiwania odnośnie twojego życia i zachowania i nawet krytykujący cię za to, że żyjesz na dobrym poziomie. 

Tak, to jest naprawdę dziwne. Wiesz, ludzie komentują mój dom albo samochód. Po chuj to robicie? To wygląda tak, jakby chodzili i szpiegowali mnie, żeby poznać moją życiową sytuację. Ludziom się wydaje, że mają do tego prawo, a nie mają. Jasne, wystawiłem się na świecznik, ale co z tego? Nie macie do tego prawa.

Bardzo często zdarza ci się też współpracować z innymi artystami. Na The Demise of Planet X zebraliście bardzo imponującą listę współpracowników. Jak to się udało?

Tak, chociaż zupełnie nie planowaliśmy tego w ten sposób. Po prostu tego potrzebowaliśmy, żeby ukończyć daną piosenkę. W niektórych przypadkach sam początkowo śpiewałem ich partie, ale to po prostu nie kliknęło. I wtedy mówiłem: “Dobra, musimy kogoś sprowadzić”. Zrobiliśmy tak szczególnie z Elitist G.O.A.T. i The Good Life, a także z No Touch, do którego zaprosiliśmy Sue Tompkins [z Life Without Buildings]. Dotyczy to też Snowy’ego i Liama Baileya. To wszystko były składniki, których potrzebowaliśmy w ramach danej piosenki.

Jak przekonaliście Gwendoline Christie, dla której to jest muzyczny debiut, do współpracy?
Gwendoline rozmawiała ze mną na Instagramie od pewnego czasu i chciała zrobić coś razem. Zasugerowałem teledysk, ale nie była tym zbytnio zainteresowana. Bardziej chciała być w jakiejś piosence. Więc napisałem dla niej zwrotkę i powiedziałem jak mniej więcej ma ją wykonać, co jej się totalnie spodobało. I po prostu to zrobiła. W dwóch podejściach. To było coś. Bam i nagrane.



The Demise of Planet X jest waszym najbardziej różnorodnym albumem. Czy proces jego tworzenia różnił się od poprzednich? 

Tak, w takim sensie, że Andrew [Fearn – druga połowa Sleaford Mods] produkował więcej. Zwykle zajmuje się w dużej mierze inżynierią sceniczną i produkcją. Ale stwierdziliśmy, że czemu nie zostawić inżynierii inżynierowi ze studia, któremu i tak za to płacimy? Dzięki temu Andrew mógłby skupić się na produkcji. I tak zrobiliśmy. Zdziałało to cuda. Naprawdę. Wydaje mi się, że dzięki temu te piosenki są znacznie większe. Wiesz, to będzie bardzo interesujące, co zrobimy w przyszłym roku, kiedy zaczniemy nagrywać kolejną płytę.

Nagraliście ten album w trzech różnych studiach. Wiem, że JT Soar w Nottingham jest zasadniczo waszym drugim domem. Ale oprócz tego odwiedziliście też legendarne Abbey Road w Londynie i studio Invada, które należy do Geoffa Barrowa z Portishead. Czy te poszczególne miejsca miały jakiś wpływ na waszą muzykę?
Oczywiście. Cóż, przede wszystkim pod względem robienia tego po prostu inaczej. Miło było mieć do dyspozycji inne otoczenie, a siedzieliśmy w tych studiach po około tydzień. Wiesz, tydzień w Abbey Road, potem tydzień w Invada, potem znowu 2-3 dni w Invada i jeszcze kolejny dzień w Abbey Road. To naprawdę odmieniło nasz proces.

Jest dużo historii w tych miejscach. Szczególnie w Abbey Road. Jak się z tym czuliście?
Totalnie nie na miejscu. Ale to jest bardzo piękna okolica. I bardzo miło nas ugościli. To był naprawdę dobry tydzień. Otworzył nam oczy, zupełnie szczerze. Wykonaliśmy tam bardzo dużo pracy u podstaw z naszymi piosenkami, bo mogliśmy je tworzyć z udziałem prawdziwych instrumentów, a nie tylko na beatach Andrew. Wprowadzał w życie moje bardzo surowe pomysły na gitarze, które wysyłałem mu w notatkach głosowych i robił z nich coś zupełnie innego, co było bardzo interesujące.

Co aktualnie inspiruje cię najbardziej pod względem muzycznym?
Death metal.

O, nieźle! Rozumiem, że usłyszymy to na kolejnym albumie Sleaford Mods?
Nie wiem, czy zadziałało by to w przypadku Sleaford Mods, ale death metal i black metal są aktualnie bez wątpienia na moim radarze. Ale zobaczymy, nigdy nie wiesz.



Jasna sprawa. Na nowej płycie dużo mówisz o globalnej polityce, wojnie, ludobójstwie, itd. W latach 80. byłeś co prawda młodym chłopakiem, ale czy nie wydaje ci się, że wróciliśmy globalnie do tamtych czasów?
Tak, są pewne podobieństwa. Wiesz, w moim kraju nie ma żadnej nadziei. Praktycznie nie ma jakiegoś konkretnego kierunku. Nie ma przemysłu. Co w ogóle istnieje? Mamy teraz pewien rodzaj technologicznej rewolucji, prawda? Szczególnie w zakresie AI i internetu. Przemysł jest zasadniczo cyfrowy. Jest bardzo dziwnie. Ale oczywiście poza tym mamy wiele wojen, bardzo duże zagrożenie konfliktem atomowym, wrogość pomiędzy Rosją i bóg wie kim, bla bla bla. Tak, jest trochę wspólnych elementów.

Zakładam, że nie jesteś wielkim fanem AI, prawda?
Nie przeszkadza mi. Używam go, ale nie jestem przekonany, że to jest dobre narzędzie do muzyki. Musisz wytrenować AI, bo jeśli nie dasz mu żadnej wiedzy, to będzie ci wypluwać kupę gówna. Musisz je trenować i wtedy wyobrażam sobie, że z czasem będzie robić za ciebie rzeczy, które ty robisz dwa razy dłużej. Ale tak jak wspomniałem, nie bardzo mnie to interesuje. Myślę, że to jeszcze jest w powijakach, przynajmniej publicznie. Ciągle jest to bardzo szeroki temat, prawda? Więc na razie nie jest to rzecz dla mnie.

1 listopada przyjeżdżacie do Warszawy na headlinerski koncert. Twoja muzyka, słowa, a właściwie cały ty jesteś bardzo mocno zakorzeniony w Wielkiej Brytanii. Czy masz poczucie, że w kontynentalnej Europie czy dowolnym innym miejscu na świecie poza UK, zrozumienie i połączenie z twoją muzyką jest inne niż na domowej ziemi?
Jest pewna różnica, ale zrozumienie jest chyba takie samo jak w Anglii. Myślę, że niektórzy ludzie mają problem z językiem, ale taka ogólna energia Sleaford Mods jest bardzo uniwersalna. To jest coś, co wiele osób potrafi zrozumieć.

Co teraz ze Sleaford Mods? Wspomniałeś o kolejnym albumie.
Tak, mam nadzieję, że w przyszłym albo jeszcze kolejnym roku zrobimy kolejny album. Kto wie? Przyszły rok może być rokiem przerwy, ale niekoniecznie. Chyba gramy w nim parę koncertów. Powoli zaczniemy wchodzić do studia i zobaczymy, co się wydarzy.

Jakieś przeczucia, czego możemy się spodziewać tym razem?
Zupełnie nie, serio. Myślę, że to będzie po prostu Sleaford Mods. Ale mam takie 3-4 dema, nad którymi aktualnie pracuję. Wracam do nich od czasu do czasu i są bardzo interesujące. Jestem ciekaw, co z nich wyjdzie.

Posted in WywiadTagged

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *