Zanim mój dobry kolega i jeden z filarów zespołu — Michał Majcher — wyjawi Wam tajemnice ukryte między wierszami a dźwiękami, które rozpalają Ignis, pozwolę sobie na drobną introdukcję. Zespół Schrottersburg u podstaw reprezentował postpunkową zimną falę, która, jak wiadomo, miała i zawsze będzie miała swoich wyznawców… jednak po wydaniu Dalet (ד) w 2021 roku temperatura fali sukcesywnie wzrastała. Mimo że tematyka oscyluje niezmiennie wokół ludzkiego jestestwa oraz wewnętrznych konfliktów osadzonych na filozoficznym gruncie utkanym przez starożytnych mistyków, w rozważaniach których nie brak odniesień do najnowszej historii, samo brzmienie stawało się sukcesywnie coraz bardziej transowe, rytualne, prymarne. Instrumentarium powiększało się, a chęć eksploracji rosła, napędzając bezlitośnie progres gatunkowy. I bardzo dobrze. A teraz już, jak to mówią w radiu, oddaję głos do studia.
Ignis haram
Płyta Ignis zaczyna się dość ambientalno-alchemicznym wprowadzeniem by za chwilę rozbłysnąć w pełni wypalającym światłem zamanifestowanym w raczej hałaśliwy sposób. Jest to swego rodzaju mantra zagrana w wersji militarnej.
Szubienice z kwiatów
Wstępny szkic tego utworu zrobiliśmy z Krzyśkiem i brzmiał trochę w stylu Main z płyty „Motion Pool”. Jednak gdy dołączyli Rafał z Maćkiem, dodając bębny, utwór zmienił swoją pierwotną formę. Jego pierwsza część opiera się na dźwiękowych wahaniach z migoczącymi w tle brzmieniami wydobytymi z Soma Pipe, którą Krzysiek kupił w trakcie komponowania Ignis. Zresztą instrument ten pojawia się chyba w każdej kompozycji na płycie. Przynosi on tutaj jakby hauntologiczną atmosferę, pewien niedopowiedziany temat czy może coś nadrealnego, coś, co unosi się nad dźwiękami „Szubienic”. Druga część stanowi pewne dźwiękowe wyzwolenie z nieco obsesyjnym wokalnym zawodzeniem. Warto przeżyć to na żywo. Podobno brzmi oczyszczająco.
Kremator
To zdecydowanie nasza wariacja na temat muzyki dub. Jestem wielkim fanem tych dźwięków. Uwielbiam produkcje Kinga Tubbiego, Adriana Sherwooda i oczywiście wielu innych artystów. Oczywiście, „nasz dub” o wiele różni się od klasycznego brzmienia; jest raczej jego „miejską” odmianą, o wiele cięższą. Jednak mam nadzieję, że będzie napędzał, jak robią to klasycy gatunku.
Jaźń
W tej kompozycji z zaszumionych, preparowanych dźwięków wyłania się mocny i zdecydowany rytm, który pozostaje niezmienny do samego końca. Chyba można stwierdzić, że w jakimś sensie to dość taneczno-ceremonialny utwór, jednak o nerwowym wyrazie, gdzie w tle gitara gra psychodeliczne tekstury.
Rdza
Utwór ten powstał jeszcze za czasów naszej, wcześniejszej płyty „Kosmogonia”. Jednak nie wszedł na ten album, Nie pasował do tamtego klimatu, do całości. Pierwotnie miałem wrażenie, że będzie w stylu nurtu power electronics czy części dokonań Dave’a Phillipsa. Ostatecznie jednak wyszedł raczej dronowo, industrialnie, minimalistycznie, chociaż w jego tle aż kłębi się od szczegółów. Warto zwrócić na to uwagę.
Carnevale
Chyba najbardziej maszynowy utwór z płyty wyłaniający się z sampli radiowo-mechanicznych. Przepoczwarzający się w formie pourywanych ciągów uderzeń oraz brzmień.
Przez ogień
To najbardziej płynąca i psychodeliczna kompozycja, która oprócz tego, że kończy płytę, kończy pewien rozdział w naszej twórczości. Ponieważ założyliśmy sobie, że następny album zburzy po raz kolejny nasze obecne oblicze. Znów postaramy się zaskoczyć innym wymiarem dźwięków i doznań. Zatem…”Abrakadabra”.
