fot. Agata Hudomięt
Jeden z najważniejszych francuskich zespołów grających post-hardcore punka i screamo, Birds in Row, wraca do Polski, by zagrać koncerty w Warszawie (27 września – kup bilet) i Poznaniu (28 września – kup bilet). Z tej okazji porozmawiałem z Bartem – wokalistą i gitarzystą grupy. Muzyk opowiedział mi m.in. o tym, czy pracuje już nad nowym materiałem, ile jest miejsca na eksperymenty w jego twórczości, a także o tym, czy jego zdaniem świat zmienia się na lepsze.
[YOU CAN READ THIS INTERVIEW IN ENGLISH]
Bartosz: Minęły 4 lata, odkąd wydaliście Gris Klein. Co myślisz o tej płycie po takim czasie?
Bart: Właściwie w zeszły weekend pierwszy raz od roku zagraliśmy koncert, więc fajnie było znowu zagrać te kawałki. Mam wrażenie, że przez te 4 lata nic się nie zmieniło. Świat nadal jest bardzo przygnębiający, a muzyka wciąż pomaga nam i niektórym osobom na widowni. Nasze utwory chyba nadal trafiają w sedno, co jest trochę smutne, bo chciałbym, żeby świat od tamtego czasu stał się lepszym miejscem. Ale tak się nie stało.
Właśnie chciałem zapytać, czy masz wrażenie, że świat zmienił się od tamtego czasu na lepsze…
Nie, myślę, że robi się coraz gorzej. To nieuniknione, trudno zatrzymać marsz kapitalizmu, który przechodzi w tryb obronny, bo umiera. W Europie i na całym świecie narasta faszyzm. Oczywiście sprawia to, że ludzie czują się niekomfortowo, bo teraz muszą mieć opinię na temat polityki. Coraz bardziej prawdziwe staje się to, że jeśli się nie wypowiadasz, to po prostu uczestniczysz w grze opresji. To chyba trudny czas, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. Myślę, że każdy popełnia tu i tam błędy, ale wierzę, że w pewnym momencie może z tego wyniknąć coś dobrego. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to kosztowało życia milionów ludzi.
Oczywiście, kiedy dziś zaczynasz rozmawiać o polityce, w pewnym momencie zaczynasz też rozmawiać o tym, co dzieje się w Palestynie. Wiele osób reaguje na ten temat bardzo gwałtownie i jest to dobry obraz tego, w jakim stanie znajduje się świat. Tak samo Palestyna od zawsze była dobrym przykładem wytrwałości, a teraz jest też dobrym przykładem tego, jak podzielony jest świat.
Dobrze, że przynajmniej niektórzy artyści nie boją się mówić o tym, co dzieje się w Palestynie. I wcale nie chodzi mi o Eda Sheerana…
[śmiech] Jesteś dziś drugą osobą, która mówi mi o Edzie Sheeranie! To bardzo typowe. Dla artysty czy osoby publicznej łatwiej jest nic nie mówić, bo wtedy nie musisz konfrontować się z ludźmi, którzy mają inne zdanie. To, co można zobaczyć na przykładzie Sheerana — i to tylko przykład, bo jego muzyka jest dla mnie gówniana, więc nie zamierzam się nad nim znęcać bardziej, niż już się nad nim znęcano — to jego wypowiedź skupia się na tym, jak on się z tym wszystkim czuje. To dobry przykład tego, jak wielcy artyści i miliarderzy postrzegają dziś takie sprawy: wszystko sprowadza się do ich uczuć, zamiast do zrozumienia, że ludzie umierają pod ich butami.
To bardzo typowe dla umierającego kapitalizmu. Jest w tym jakiś rodzaj radości, ale wszystko, co dzieje się teraz, jest bardzo brzydkie. Kiedy otwierasz Instagrama, widzisz martwych ludzi, potem słodkie kotki, potem jakieś tańczące dzieci, a potem znowu martwych ludzi. Nie można być na to obojętnym. Chyba że jest się miliarderem. A ja nim nie jestem.
Niestety.
Nie jestem tego taki pewien. Nie wiem, co miałbym zrobić z całą tą kasą, poza rozdaniem jej innym.
Gris Klein, jak wspomniałeś, powstało w czasie pandemii COVID i wszyscy pamiętamy, jak mroczny był to okres. Myślisz, że AI może być naszym kolejnym dużym, powiedzmy, zmartwieniem?
To trudne pytanie, bo większość ludzi nie wie, jak AI będzie wyglądała w przyszłości. Nawet inżynierowie, którzy nad nią pracują, mówią coś w stylu: jest 10% szans, że to nas wszystkich zabije. Dla mnie to po prostu kolejne narzędzie, kolejny przykład tego, jak kapitalizm nas rozpierdala. Nie dbamy o ludzki kontekst. Jeśli maszyna może coś zrobić lepiej, wybierzemy maszynę. To bardzo przerażające, bo wszyscy oglądaliśmy filmy science fiction, takie jak Terminator. Więc zastanawiamy się, czy czeka nas coś w rodzaju robotów goniących nas na motocyklu [śmiech].
W większości myślimy właśnie w ten sposób. Ale uważam, że problemem nie jest AI, tylko kapitalizm. Wszystko, co pomaga kapitalizmowi przetrwać albo daje mu większą władzę nad ludźmi, jest złe. AI może być wykorzystywana w medycynie i przynosić niesamowite rezultaty, ale nie sądzę, żeby właśnie w ten sposób była głównie wykorzystywana. Bardzo krytycznie patrzymy na zużycie zasobów przez AI, ale przemysł mięsny zużywa chyba 200 razy więcej wody niż AI.
Ogólna odpowiedź brzmi więc: kapitalizm jest do dupy, stać nas na coś lepszego. Nie jestem jednak wystarczająco wyedukowany, żeby uczyć ludzi, jak stworzyć nowe społeczeństwo. Mam oczywiście swoje pomysły. Ale mogę powiedzieć, że ogromnym problemem jest sytuacja, w której pieniądze są ważniejsze od ludzi, a produktywność ważniejsza od ludzkich relacji. Więc AI jest straszna, ale w moim odczuciu nie jest straszniejsza niż to, jak funkcjonuje nasze społeczeństwo.
Zmieńmy temat. Pracujecie nad czymś nowym?
Nie mieliśmy jeszcze możliwości popracować nad nowymi kawałkami, ale planujemy to zrobić pod koniec roku. Mamy nowy zespół, Pain Magazine, z którym wydaliśmy płytę w październiku zeszłego roku. Przez rok jeździliśmy w trasę z tą płytą. Teraz przyszedł czas na trasę z Birds in Row, którą zaczynamy w przyszłym tygodniu. Zaczynamy od Polski, chyba… Fajnie, że możemy koncertować. To będzie dobry punkt wyjścia do pisania nowej muzyki.
Macie już jakąś wizję nowej płyty?
Niespecjalnie. Przez chwilę rozmawialiśmy o wyznaczeniu sobie granic tego, jak bardzo chcemy eksperymentować, bo z każdą płytą chcemy zrobić coś innego. Naprawdę chcemy wprowadzać nowe rzeczy, a żeby to zrobić, trzeba eksperymentować. Przez jakiś czas rozmawialiśmy więc o kwestiach technicznych, na przykład o tym, jak chcemy ustawić sprzęt w sali prób, żeby móc zrobić to czy tamto. Jeśli chodzi o muzykę, nie potrafię za bardzo powiedzieć. Ale jeśli chodzi o teksty, na pewno nie będzie szczęśliwsza niż Gris Klein [śmiech].
A ile, twoim zdaniem, jest miejsca na eksperymenty w post-hardcore punku czy screamo?
Myślę, że tyle, ile potrzebujesz. Dla mnie są tu dwie możliwości. Możesz grać hardcore w ramach konkretnej sceny — możesz być zespołem youthcore’owym albo zespołem nowojorskiego hardcore’u, czyli podejść do tego bardzo tradycyjnie. Ale możesz też być zespołem, który wnosi na przykład nu-metal do hardcore’u i po prostu być tym zespołem, robić swoje. Nadal możesz być częścią społeczności, ale mieć własne brzmienie. Chyba jesteśmy bardziej po tej drugiej stronie. Wywodzimy się ze sceny punkowej, hardcore’owej, screamo i tak dalej, ale nigdy nie chciałem brzmieć jak Envy czy Daïtro ani jak te wszystkie zespoły, które uwielbiam. Myślę, że kocham je tak bardzo, że nie chcę kopiować tego, co zrobiły.
Uwielbiam Converge, ale nie chciałbym być Converge. Chodzi o to, żeby brać różne rzeczy z różnych miejsc — dźwięki, które lubisz — wrzucać je wszystkie do jednego garnka i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Jesteśmy w zespole trzema różnymi osobami, a niektórzy z nas w ogóle nie słuchają już hardcore’u. To bardzo interesujące, co inni wnoszą do zespołu. Fajne w Birds in Row jest to, że wszystko piszemy razem. To nie jest tak, że jedna osoba decyduje za wszystkich.
Czyli możemy spodziewać się od was eksperymentów?
Nie mogę tego tak naprawdę powiedzieć. Trochę czujemy presję, żeby nagrać lepszą płytę niż poprzednia. Nie chodzi o to, że ktoś nam każe — to my sami stawiamy sobie takie wymagania. Jeśli ludziom nie spodoba się to, co gramy, trudno. Tak było ze wszystkimi płytami: niektórzy są fanami pierwszej, inni wolą drugą albo trzecią. Nie przejmuję się tym. Jeśli będziemy musieli grać przed 50 osobami zamiast przed 500, to okej. Po prostu będziemy grać naszą muzykę z tego samego powodu co zawsze.
To fajne uczucie — mieć taką wolność, żeby robić, co się chce, i nie czuć presji, że skoro ludziom podoba się ta piosenka, to powinniśmy nagrać kolejną w podobnym stylu. Nie jesteśmy specjalnie zespołem, który chce wszystkim dogodzić [śmiech]. To pomaga być wolnym. Jeśli ktoś uważa, że Gris Klein jest lepsza od nowej płyty, to nadal ma Gris Klein, żeby jej słuchać. Ta płyta należy już do nich. My możemy robić, co chcemy.
Czyli wolność jest w twoim odczuciu jedną z najważniejszych wartości dla muzyka, prawda?
Tak. Nie lubię zespołów, które w kółko nagrywają tę samą płytę. Myślisz sobie: to kolejna płyta Immortal, jeśli mówimy o metalu, albo Pennywise, jeśli mówimy o punku. Wiesz, czego się spodziewać.
Co najbardziej napędza cię do tworzenia, do robienia nowych rzeczy?
Myślę, że po prostu kiedy jesteś pasjonatem muzyki, staje się ona częścią ciebie i nic nie może sprawić, że porzucisz swoją sztukę. Mamy możliwość być zespołem, którym jesteśmy dzisiaj, i to jest super. Ale gdybyśmy rozpadli się jako Birds in Row, ja nadal grałbym muzykę, pozostali chłopacy też nadal by ją grali. To sposób na przelewanie emocji do piosenek, coś w rodzaju terapii. Wrzucasz do utworów cały swój żal, depresję, smutek, a potem posypujesz to odrobiną optymizmu. A kiedy to śpiewasz, zaczynasz w to wierzyć. Jestem też tatuażystą i uwielbiam to, ale nie mam z tym takiej więzi jak z muzyką. Potrafię płakać, słuchając muzyki albo oglądając zespół na żywo, ale nigdy nie miałem takiego uczucia przed obrazem czy tatuażem. Granie muzyki jest dla mnie bardzo ważne dla zachowania równowagi.
Wspomniałeś, że lubicie wywierać na siebie presję. Czy jest więc jakaś płyta albo piosenka, z której jesteś szczególnie dumny?
Niektóre ze starych piosenek nadal da się dzisiaj grać. Cała nasza trójka jest naprawdę dumna z Gris Klein. Myślę, że to najlepsza płyta, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy. Trudno było ją wydać. Tworzyliśmy ją w czasie COVID-u, wszystko było wtedy drogie, wokół zespołu działo się mnóstwo rzeczy, przez co wydanie jej było trudne. Włożyliśmy w nią mnóstwo krwi i potu, ale w zeszły weekend zagraliśmy te utwory pierwszy raz od roku i było to magiczne. Te piosenki są dla nas naprawdę ważne. Ale lubimy też grać starsze utwory z We Already Lost The World, takie jak I Don’t Dance czy 15-38. Jednak Gris Klein jest naprawdę na szczycie listy.
Ustawiliśmy sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Nie mówię, że to jakaś szalenie ważna płyta dla całej branży czy dla samej muzyki, ale dla nas jest bardzo istotna. Przeżyliśmy z tą płytą wiele rzeczy, znaczy dla nas bardzo dużo na tak wielu poziomach. Nawet muzycznie mam wrażenie, że przesunęliśmy dzięki niej granice. A teraz musimy zrobić coś lepszego niż to. Zawsze jest to trudne, ale w przypadku tej płyty szczególnie. Mam nadzieję, że nam się uda!
Wspomniałeś też, że wasza muzyka pomaga wam i waszym fanom. W jaki sposób pomaga wam?
Kiedy tworzysz muzykę, wkładasz w nią dużą część siebie. Nadzieje, lęki, żal, różne tego typu rzeczy. Dzielenie się tym z ludźmi każdej nocy podczas trasy i obserwowanie, jak ludzie nawiązują z tobą kontakt poprzez te piosenki — śpiewając, tańcząc albo rozmawiając o nich po koncercie — sprawia, że czujesz się częścią czegoś. Czujesz, że nie jesteś już odizolowany. Zawsze chcieliśmy mówić o społeczności i o tym, jak ważna jest, a także próbowaliśmy budować społeczność wokół zespołu.
Najpiękniejszą rzeczą w tym, co robimy, jest to, że każdej nocy po koncercie możemy rozmawiać z ludźmi, którym podobał się koncert albo płyta. Czasami mówią, że płyta pomogła im przejść przez jakieś trudne rzeczy. Nie chcę czuć się ważny i nie uważam, że jestem ważniejszy od kogokolwiek innego. Ale lubię mieć poczucie, że coś dałem od siebie, ponieważ ta scena i ta muzyka dały mi tak wiele. To właśnie ci ludzie sprawiają, że jesteśmy zespołem, którym jesteśmy. Dają nam możliwość podróżowania i życia z naszej muzyki. Sam fakt, że możemy rzeczywiście dać im coś od siebie, to minimum, które możemy zrobić, żeby odwdzięczyć się fanom. To dla mnie bardzo ważne.
Czy możesz przypomnieć sobie jakiś szczególny moment związany z waszymi fanami? Może nawet kilka?
Jest ich mnóstwo. To bardzo intensywne, kiedy ludzie podchodzą do ciebie i mówią coś w stylu: „W zeszłym roku straciłem ojca, a wasza płyta pomogła mi przez to przejść” albo: „Moje życie jest do dupy, nienawidzę swojej pracy, jestem bardzo odizolowany, ale każdego ranka przed wyjściem do pracy słucham waszej muzyki, bo daje mi nadzieję i energię”. Takie rzeczy zdarzają się bardzo często.
Ale mam jedno bardzo wyraźne wspomnienie z koncertu, który zagraliśmy w Berlinie. Rozmawiałem z kimś, kto powiedział mi, że stracił ojca, i zaczął płakać, mówiąc, że konkretna piosenka pomogła mu poradzić sobie z żałobą. Przytuliłem go, odwróciłem głowę i zobaczyłem Quentina, naszego basistę, który w tym samym momencie przytulał innego płaczącego faceta. Może zabrzmi to nieco banalnie, ale sam fakt, że niektórzy mężczyźni czują, że mogą płakać podczas naszych koncertów, sprawia, że czuję się dobrze. Pokazuje to, że ludzie uważają nasze koncerty za bezpieczną przestrzeń, w której mogą przeżywać swoje emocje. To jedno ze wspomnień, które bardzo często do mnie wraca. Myślałem wtedy: „O co chodzi z tymi wszystkimi płaczącymi ludźmi?”. Teraz brzmi to trochę zabawnie, ale w tamtym momencie było bardzo emocjonalnie. Uwielbiam to w naszym zespole — że udało nam się stworzyć z ludźmi taką więź.
Czytałem przynajmniej dwa wywiady z tobą, w których wspomniano o Polsce. Masz jakiś szczególny rodzaj relacji z naszym krajem?
Polska była częścią naszej pierwszej w historii europejskiej trasy i mamy tam przyjaciół. Zostałem o to zapytany w innym wywiadzie [Bart miał tego samego dnia kilka wywiadów – przyp. red.]. O to, jak oceniam polską publiczność i tak dalej. Polacy mają wielkie serca i naprawdę potrafią nawiązywać więź. To może być bardzo banalne stwierdzenie, ale Francuzi są bardzo “łacińscy”. Potrafimy być dramatyczni, może nie tak bardzo jak Włosi czy Hiszpanie, ale potrafimy [śmiech]. Jesteśmy też bardzo emocjonalni. A pierwszą rzeczą, którą zauważasz, odwiedzając Europę Wschodnią, jest to, że emocje nie są tam aż tak widoczne. Ludzie są bardzo spokojni, czasami wręcz chłodni.
Ale mam wielu przyjaciół w Polsce; niektórzy odwiedzili mnie nawet we Francji. Więc nie wiem, czy nazwałbym to szczególną więzią, ale zdecydowanie jest coś w Polsce. Wszystkie koncerty, które tam zagraliśmy, były dobre i zawsze świetnie się tam bawiłem. Pamiętam koncert w Warszawie podczas Święta Niepodległości. Bardzo się bałem, ponieważ było tam wielu nazistów. Pamiętam też dzieciaki, które przyszły wtedy na koncert, chociaż bardzo się bały, ponieważ jeden z nich był gejem, a drugi był Marokańczykiem. Takie momenty wiele mnie nauczyły o tym, jaką odwagę mają ludzie w Polsce, żeby robić pewne rzeczy. Więc tak, Polacy mają wielkie serca. Naprawdę lubię spędzać czas z moimi przyjaciółmi stamtąd. Zresztą, Polska jest jednym z powodów, dla których robimy tę trasę, ponieważ już dawno tam nie byliśmy, a kiedyś graliśmy tam co dwa miesiące [śmiech].
I ostatnie pytanie. W wywiadzie z 2015 roku powiedziałeś, że we Francji właściwie nie ma sceny hardcore’owej, tylko grupka ludzi organizujących koncerty hardcore’owe. Czy coś się od tamtego czasu zmieniło?
Rozumiem, co miałem wtedy na myśli. W pewnym momencie istniała scena, a potem umarła. Teraz jest trochę lepiej. Mamy odrodzenie sceny screamo. Są zespoły takie jak DespiteEverythingItsStillYou czy Without Skin, a także pojawia się mnóstwo nowych zespołów emo i screamo. Ale nadal trochę czuję, że brakuje między nimi powiązań. Ludzie organizują koncerty w Paryżu czy Tuluzie, ale nie ma między nimi większej sieci kontaktów. Może jednak wynika to z tego, że nie jesteśmy już tak bardzo częścią sceny DIY jak kiedyś i dlatego tego nie dostrzegam. Ale we Francji nadal dzieją się fajne rzeczy.
