Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak stresowałam się przed wywiadem. Jacob Bannon kojarzy mi się raczej z zasępioną twarzą zaangażowanego artysty, niż wyluzowanym ziomeczkiem z hardcora. Nie chciałam z nim rozmawiać o okładce do Jane Doe ani o najnowszej płycie Converge i Chelsea Wolfe, chociaż wiedziałam, że o to wydawnictwo trzeba będzie chociaż trochę zahaczyć. Zależało mi po prostu na tym, żeby posłuchać osoby, która jest na scenie dłużej niż ja żyję i która w dużej mierze odpowiada za mój gust muzyczny. Never meet your heroes? Na szczęście tu się nie zgodzę. 

Kiedy robiłam research przed naszym wywiadem, zdałam sobie sprawę, że jestem rówieśniczką Converge. 
O proszę. Nie wiem, czy to super dołujące, czy wspaniałe, że po takim czasie wciąż łączymy się z ludźmi w różnym wieku. Chyba wspaniałe… tak. 

Zakładaliście ten zespół, kiedy byliście bardzo młodzi. Spodziewałeś się, że przetrwacie tyle lat?
Nie, absolutnie. Myślę, że dla nas wszystkich to bardzo dziwne doświadczenie. Kiedy tak długo jesteś częścią czegoś, co ma swojego korzenie w czasach, kiedy byłeś nastolatkiem, pod pewnymi względami zawsze czujesz się jak dziecko. Ludzie, którzy obierają inne ścieżki życia i rozwijają się w inny sposób, nie mają takiego doświadczenia. Nie myślę o tym za dużo. Po prostu staram się koncentrować na robieniu rzeczy, które są kreatywne i satysfakcjonujące. To wszystko. Zastanawianie się nad tego typu rzeczami nie jest dla twórców, a dla ludzi zajmujących się próbą osadzenia nas w kontekście historycznym czy konkretnym gatunku muzycznym. My jesteśmy po prostu wdzięczni za to, że możemy robić muzykę tak długo i w takim tempie. Doceniamy to.



Masz jakieś ulubione wspomnienia związane z zespołem, kamienie milowe?
Na pewno granie naszych pierwszych koncertów, ewoluowanie zespołu i moment, kiedy publiczność zaczęła się składać nie tylko z naszych przyjaciół, a z ludzi, do których przemawia nasza twórczość. Ale ja nie myślę o tym w takich kategoriach. Nie jestem osobą, którą kieruje ego. Moim celem nigdy nie było dzielenie sceny z konkretnym artystą czy odbycie jakiejś trasy. Czuję, że to, że mogliśmy podróżować i dzielić się naszą muzyką z ludźmi na całym świecie, ma na mnie duży wpływ. Ten mały, malutki zespół z Massachusetts, który tworzy osobistą, agresywną muzykę, może łączyć się z ludźmi z różnych środowisk i w różnych miejscach. To jest dla mnie potężna rzecz, która sprawia, że nadal to robię. Ale nigdy nie było jakiegoś wyższego celu poza robieniem rzeczy, które nas spełniają. To wszystko.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pytać o Jane Doe. Mam wrażenie, że o tym albumie wszystko już zostało powiedziane… mylę się?
Dla nas to był po prostu kolejny album, który stworzyliśmy. Nie skupialiśmy się potem na nim szczególnie. Jednak on zaczął żyć własnym życiem, a nawet teraz nie jest to płyta, która odniosła komercyjny sukces. Może być wpływowa i kultowa dla wielu ludzi, rozumiem. Ale to jest zabawne, kiedy widzę tę płytę na listach z innymi, niezwykle udanymi finansowo płytami. Myślę, że prawdopodobnie sprzedaliśmy 3% tego, co sprzedała płyta, obok której jesteśmy na liście. Nie można powiedzieć, że to jedyna metryka, która ma znaczenie, ponieważ tak nie jest. Ale to po prostu zabawne, jak historia zmienia się z biegiem czasu. Kiedy wydaliśmy Jane Doe, generalnie nie była ona dobrze przyjęta. Nie była wtedy zrozumiana. Ale to nie tylko ta płyta, a sam gatunek – bardzo agresywny rodzaj chaotycznego połączenia hardcore, punka i metalu był czymś, co było stosunkowo świeże.



Nie mieściliśmy się w ramach tego, co ludzie określali jako ciężką muzykę. Wtedy rzeczy były stereotypowo metalowe, stereotypowo punkowe lub hardcore’owe. My robiliśmy coś, co było mieszanką różnych stylów i robiliśmy to w sposób, który był niekoniecznie macho. To były osobiste piosenki, bardziej poetyckie niż oparte na sloganach. Po prostu coś innego. Myślę, że publiczność, uznanie dla albumu i naszego zespołu przyszły z czasem, w miarę jak rósł sam podgatunek. Nawet zespoły jak Dillinger Escape Plan i Botch, które też wtedy wydawały i robiły bardziej technicznie zorientowaną muzykę, nie były tak naprawdę doceniane w swoich czasach. 

Dla nas nigdy nie była to płyta lepsza lub ważniejsza niż jakakolwiek inna płyta, którą nagraliśmy. Zawsze dążymy do tego, aby nasza najnowsza muzyka była dla nas odpowiednia. Nie wydamy czegoś, jeśli uważamy, że nie jest to dobre i lepsze niż poprzednia rzecz, którą zrobiliśmy. Zawsze chcemy się rozwijać i robić pozytywny krok naprzód, twórczo. Dla nas jest to album, który wydaliśmy wiele płyt temu. Naprawdę doceniamy to, że ludzie się z tym łączą. Ale mamy z nim zupełnie inną relację. Jeśli miałbym spojrzeć na nasz dorobek, uważam, że dopiero na płycie You Fail Me odnaleźliśmy się jako zespół – w pełni zrozumieliśmy, co chcemy robić i jaką ścieżkę obrać.

Kiedyś Ben Weinman z Dillinger Escape Plan opowiadał mi, że pojechali na wielką, stadionową trasę, chyba z System Of a Down. Wszyscy zazdrościli im komercyjnego sukcesu, a oni sprzedali zaledwie kilka koszulek i wrócili z trasy z długami.
Perspektywa jest interesująca, jeśli chodzi o tego typu rzeczy. Zwłaszcza w tym gatunku muzyki. Nie ma w nim obszaru, gdzie można odnieść bardziej komercyjny sukces. Po prostu tego nie ma na naszym podwórku, to nie jest dla nas. Nie ma na to publiczności. To nie jest muzyka łatwa i przystępna. Musisz się w to zagłębić, żeby zrozumieć. I musisz chcieć to zrobić, ponieważ nie jest to szczególnie łatwe. Większość słuchaczy muzyki nie schodzi tak głęboko. A jednocześnie, przy aktualnym przepływie i dostępie do informacji, niektóre zespoły mogą się wydawać wielkie jak Metallica albo U2. Trudno takie rzeczy wymierzyć. 

O tobie można pomyśleć to samo. Kultowy zespół, kultowa wytwórnia…
Założyłem tę wytwórnię około 21 lat temu. Bardzo się rozwinęła od tego czasu, ale nie jest to, jak niektórzy mogliby sobie wyobrażać, wielka korporacja. Mamy garstkę pracowników, wszyscy ludzie wywodzą się z punk rocka. Albo byli w zespołach, albo są w nich obecnie. Pracujemy w magazynie po starej fabryce obuwia. Nie jest to efektowne ani ładne. Wszyscy wyrzucają śmieci, odkurzają, rozładowują ciężarówki. Jesteśmy muzykami i artystami z klasy robotniczej. Nie mógłbym żyć tylko z prowadzenia Deathwish Inc. Tak jak z samego Converge lub sztuki. Dopiero połączenie tych trzech rzeczy pozwala mi utrzymać moją rodzinę. Tak, mam trzy prace, żeby być przeciętnym, codziennym obywatelem na tym świecie. Przychodzę do pracy codziennie o 8:30 rano i pracuję tak, jak wszyscy. Po prostu to, co robię, i czego jestem częścią, to składowa maszyny, którą sam pomogłem stworzyć. I to jest kluczowa różnica.

Więc to chyba całkiem satysfakcjonująca praca.
Kiedy wszystko idzie dobrze, jest to zdecydowanie satysfakcjonujące. Ale to również bardzo wyczerpujące psychicznie, ponieważ wkładasz w to swoje serce i duszę. Ta relacja jest skomplikowana, nie jest to praca od 8 do 16. Są noce, kiedy nie mogę spać, bo myślę o tym, co jest do zrobienia. To też komplikuje mój związek ze sztuką i muzyką, bo jestem częścią mechanizmu, który wypuszcza je w świat. Dużo o tym myślę. Nie mam takiego samego związku ze sztuką i muzyką, jaki miałem, kiedy zaczynałem Deathwish. Mam więcej obowiązków. Nigdy nie dało mi to więcej wolności. Tak naprawdę te dwie rzeczy rosną wprost proporcjonalnie do siebie – żeby rozwijać katalog, trzeba więcej pracować. 

Kiedy w 2000 roku myślałem o założeniu wytwórni, pomyślałem sobie, że to wspaniały pomysł – możemy to zbudować, mieć poczucie wspólnoty, a wtedy będę mógł mieć całą tę twórczą wolność. A prawda jest taka, że mam zadania i projekty do wykonania. Nie mogę już iść i po prostu tworzyć sztuki dla sztuki. Nie ma na to czasu. Nie miałem na to czasu od co najmniej dekady. Staram się to trochę przeorganizować i znaleźć sposób, żeby znów poczuć się jak na początku mojej drogi.

Converge "Blood Moon" (Converge w/ Chelsea Wolfe, Ben Chisholm, Stephen Brodsky, and guest Steve Von Till) before taking the stage at Roadburn Festival by David Robinson
Converge “Blood Moon” (Converge w/ Chelsea Wolfe, Ben Chisholm, Stephen Brodsky, and guest Steve Von Till) before taking the stage at Roadburn Festival by David Robinson

Dobra, chyba najwyższa pora przejść do Blood Moon. Trzeba przyznać, że to bardzo zaskakujący album, ogrom i rozmach powalają. Ale jak to wszystko się zaczęło?
Kurt i ja od dawna rozmawialiśmy o wprowadzeniu większej liczby instrumentów do Converge. Myśleliśmy o tym nawet w późnych latach 90., ale byliśmy młodzi. Nie wiedzieliśmy jak grać, nie mieliśmy pomysłów. W miarę jak zespół się rozwijał i nasza czwórka stała się bardziej biegła technicznie, zaczęliśmy wprowadzać różne pomysły. Ale zawsze towarzyszyła nam taka myśl – czy możemy pójść jeszcze dalej? Trochę się tym bawiliśmy. Na przykład nagraliśmy płytę Axe to Fall, na której mieliśmy sporo gości. To była dla nas świetna zabawa, mieć za sobą tak wielu muzyków. Jednak oni nie byli z nami zaangażowani w pisanie. My przedstawialiśmy im już gotowy szkic, mówiąc: Oto część, którą chcemy, abyś odegrał. Oto co chcemy, abyś zaśpiewał. 

Pomyśleliśmy, że byłoby wspaniale zrobić coś bardziej opartego na współpracy. Nie poza światem Converge, ponieważ już to robiliśmy – wszyscy mamy inne projekty i zespoły poza tym. Ale czy możemy się zasadniczo rozwinąć w uniwersum Converge? Stworzyć big bandową wersję naszego zespołu, jakby kolejną gałąź drzewa? Rozmawialiśmy o tym przez kilka lat. A potem spotkaliśmy Bena i Chelsea około 2009 roku. Wydaje mi się, że wtedy wydała swój drugi album. Przyszli na koncert, gdy nasze trasy się przecinały i pozostaliśmy w kontakcie. Dobrze się dogadywaliśmy. Zrealizowałem kilka projektów z Benem. Zrobiliśmy split siedem lat temu z jednym z moich projektów o nazwie Wear Your Wounds i jednym z jego o nazwie Revelator.

Od tamtej pory po prostu utrzymywaliśmy kontakt i rozmawialiśmy o współpracy w jakiś sposób. Pomysł Blood Moon zaczął nabierać kształtów, kiedy zaoferowano nam możliwość zagrania na festiwalu Roadburn. Walter odezwał się do nas i zapytał, czy chcielibyśmy zagrać jakiś specjalny koncert, bo z tego słynie Roadburn. Stwierdziliśmy, że to dobra okazja, żeby sprawdzić, czy nasz pomysł może się udać. Które utwory wybrać? Kto mógłby je zagrać? Mniej więcej w tym czasie przedstawiliśmy swoje pomysły Chelsea i Benowi. Zaprosiliśmy też naszego wieloletniego przyjaciela, Stevena Brodsky’ego. Zależało nam też na tym, żebyśmy nie byli zamknięci w określonych rolach. Na przykład ja nie chciałem być tylko wokalistą, a Kurt tylko gitarzystą. Zagraliśmy kilka koncertów w ten sposób, czego zwieńczeniem był gig na Roadburn. Sprawiło nam to ogromną radość i satysfakcję. Od tego czasu powracał temat nagrania wspólnej płyty. Przez pięć lat wymienialiśmy się pomysłami i wysyłaliśmy sobie dema. Jak więc widzisz, ten pomysł nie spadł z nieba. To był długi proces.



Domyślam się, że proces nagrywania bardzo różnił się od tego, jak nagrywasz Converge.
Tak. To było bardziej płynne, oparte na współpracy. Wszyscy jesteśmy autorami, więc każdy przynosił do stołu inne piosenki, inne pomysły na teksty, inne pomysły na wokale. Musieliśmy być naprawdę otwarci na ten proces. A do tego trzeba było dużo czasu, żeby się przyzwyczaić. I to nie dlatego, że nie robiłem tego z innymi projektami. Pracowałem już wcześniej z innymi ludźmi, ale nadal większość mojego wkładu była zazwyczaj dość niezależna. Z Converge było tak, że kiedy muzyka była już gotowa do tekstów i wokali, przekazywano ją mnie. Przy Blood Moon pisali wszyscy… Pisałem dla Bena. Pisałem dla Steve’a. Oboje pisaliśmy dla Chelsea, Chelsea pisała dla nas. Wszyscy pracowaliśmy razem i to była dla mnie naprawdę satysfakcjonująca rzecz. 

Muszę przyznać, że byłam zaskoczona ilością pozytywnych komentarzy pod teledyskiem do Blood Moon. 
Nie czytam tych rzeczy dla własnego zdrowia psychicznego. Sztuka jest naprawdę osobista, prawda? Muzyka jest naprawdę osobista, nawet jeśli nie jest to osobista tematyka. Wkładasz w to tyle serca, że ​nawet konstruktywna krytyka lub pozytywne recenzje mogą mieć na ciebie wpływ i czuję, że wpłynęłoby to na mnie zbyt mocno. Wolę po prostu schylić głowę i iść dalej. Jeśli łączymy się z ludźmi, świetnie, jeśli nie, w porządku. Ale to dziwne, bo zawsze czuję, że powstaje tyle złości, kiedy ludziom coś się nie podoba lub coś się z nimi nie łączy. I zawsze jest to bardzo emocjonalna reakcja. To lekceważące i nie do końca zgodne z ilością pracy, która jest włożona w stworzenie czegoś. 

Jest mnóstwo muzyki i sztuki, które nie łączą się ze mną. Mnóstwo. Ale nigdy nie lekceważę faktu, że ktoś po prostu włożył dużo serca i duszy w próbę stworzenia czegoś. Może to wykoleić naprawdę wspaniałych artystów i muzyków. Bo sztuka to proces. Muzyka to proces. Praca twojego życia to nie tylko to jedno dzieło. Praca twojego życia jest twoim życiem. Więc kiedy widzę te momenty, w których ludzie lubią po prostu się z czegoś nabijać, to tak, jakbyś właśnie sprawił, że ktoś chciał przestać tworzyć. I nie sądzę, żeby to była dobra rzecz. Dlatego nie czytam tych rzeczy. Ale cieszę się, że ludzie są otwarci.



Tak, komentarze były bardzo optymistyczne. Myślałam, że fani Converge będą mieli bardziej zamknięte głowy. 
To prawda. Ludzie, szczególnie w agresywnej muzyce, mogą być bardzo “plemienni”. Jeśli zdefiniują cię w pewien sposób, to musisz taki pozostać na zawsze i nie możesz się rozwijać. Dlaczego? Dlaczego reszta Ziemi może się rozwijać, a ty jako artysta nie? Jeśli dojrzejesz jako artysta, będziesz krytykowany za rozwój. Ale jeśli nie rozwiniesz się jako artysta, zostaniesz skrytykowany za robienie wciąż tego samego. Ironiczne, prawda? Myślę, że to dlatego, że jest to taka emocjonalna sprawa. Muzyka jest subiektywna. Ludzie po prostu wezmą z niej tylko to, co zechcą. Dlatego nie możesz dać tym rzeczom mocy. Musisz skoncentrować się na tworzeniu muzyki i iść dalej.

Jesteś straight edge. To prawda?
Nie określam się w ten sposób. Nigdy tego nie robiłem. To dziwne, że ludzie lubią się tak definiować i że chcą to robić przez coś, czego NIE robią. Nie jem przypadkowych pokarmów, ale mnie to nie definiuje. Więc to dla mnie skomplikowany temat. Zawsze miałem problem z tym aspektem, ponieważ moją ambicją nigdy nie było należenie do jakiejś grupy. Nigdy nie lubiłem tego rodzaju klubu wzajemnej adoracji. Lata temu, kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem korespondować z Rennie Resminim, niesamowitym autorem tekstów i wokalistą zespołu Starkweather. Rozmawiałem z nim o takich rzeczach, ponieważ byłem dzieckiem i próbowałem rozgryźć różne sprawy. I on powiedział mi coś bardzo podobnego. To naprawdę ze mną zarezonowało. Odpisałem mu: Wiesz co? Masz całkowitą rację. Nie muszę wstępować do klubu. Nie muszę być definiowany przez to, co mam na sobie, czy to, że lubię metal tak samo, jak lubię hardcore i punk.

(c) Simon Grumeau
(c) Simon Grumeau

Po prostu staram się żyć w sposób, który jest jak najbardziej czysty, jeśli chodzi o tego typu rzeczy. I każdy definiuje to na różne sposoby. Spotkałem ludzi, którzy twierdzą, że są straight edge, a wypalali paczkę papierosów dziennie albo byli uzależnieni od seksu. Więc nie wiem, gdzie jest granica. Myślę, że kiedy ludzie zaczynają próbować kontrolować takie aspekty swojego życia i je definiować, zwykle nadmiernie rekompensują sobie brak czegoś innego w swoim życiu. Nie wiem, czy CBD to straight edge, ale wiem, że sprawia, że ​​zasypiam. Ale nie, nie piję. Nie biorę w tym udziału. To mnie nie interesuje. Jedna z rzeczy, którą Rennie mi kiedyś powiedział, była czymś w rodzaju tego, że świat zawsze próbuje nas zabić. Dlaczego ja miałbym mu w tym pomagać? Staram się mieć zawsze czysty umysł. Odbyłem trasy z mnóstwem ludzi, którzy aplikują całą masę rzeczy w swoje ciała i cieszą się tym. Nie ma w tym nic złego, o ile nie krzywdzą nikogo innego, tak zawsze na to patrzyłem.

Nigdy nie było dla ciebie problemem przebywanie w towarzystwie imprezujących ludzi? Wiem, że dla wielu trzeźwych osób jest to trudne. 
Tajemnicą poliszynela jest, że zmagam się z depresją. Kiedy izolujesz się przez depresję, niespecjalnie interesuje cię ten cały system nagród czy informacji zwrotnych, które otrzymujesz, gdy wychodzisz, imprezujesz i spędzasz czas z grupą ludzi. Unikam tłumów, imprezowanie jest dla mnie jałowe. Socjalizowanie się w ten sposób jest dla mnie puste, zazwyczaj i tak nie ma cię wtedy naprawdę, bo jesteś nawalony albo naćpany. Zresztą nie jestem towarzyską osobą. Ale nie będę też przesadnie krytyczny wobec tego, co robią inni ludzie. Po prostu znam siebie.



To skomplikowany temat, zwłaszcza teraz. Kiedy byłem nastolatkiem, wyglądało to zupełnie inaczej. Dzieciaki rysowały sobie X na swoich rękach i grały koncerty w miejscach, gdzie nie było barów. Ale to tworzyło tę fikcyjną narrację “my kontra oni”. Ludzie często to robią. Ale prawdziwy świat tak nie działa… nic nie jest czarno-białe, kiedy próbujesz żyć według pewnych zasad. Nigdy nie mógłbym pójść do sklepu spożywczego, gdybym zdecydował się wspierać tylko te rzeczy, które byłyby całkowicie zgodne z moją moralną i etyczną ideologią. Prawdopodobnie nie byłbym w stanie prowadzić samochodu. Nie byłbym w stanie kupić jedzenia w większości miejsc, ponieważ sprzedają rzeczy, których nie jem lub którym się sprzeciwiam. To, co mogę zrobić, to świadomie wybierać, co dzieje się w moim ciele i ze mną w kontekście społecznym. 

Pytam o to wszystko, ponieważ większość muzyków, z którymi rozmawiam, przechodzi przez proces trzeźwienia, zmienia styl swojego życia, idzie na terapię i otwarcie mówi o swoim zdrowiu psychicznym. Chciałam zapytać, czy ty, jako osoba obecna tak długo na scenie, widzisz tę zmianę?
Masz rację, to się zmienia. Myślę, że ludzie są bardziej otwarci na mówienie o rzeczach, które ich dotyczą lub które w jakiś sposób na nich wpłynęły. Szczerość jest bardzo ważna, szczególnie w dzisiejszych czasach, podobnie jak sposób komunikacji w pewnych sprawach. Ludzie szybko wydają osądy, a życie jest znacznie bardziej zniuansowane. I myślę, że te rozmowy są ważne, aby zrozumieć ludzi, ale i zrozumieć, że wszyscy, a szczególnie ci najbardziej kreatywni, są w jakiś sposób “uszkodzeni”.

Właśnie dlatego wszyscy tworzymy rzeczy. A to, co widzicie, to, co publikujemy w świecie, jest trochę jak wersje nas, które chcemy stworzyć. I myślę, że to może być bardzo wymowna i ważna rzecz. To naprawdę interesujące móc w pewnym sensie zagłębić się w to. I nie sprawia to, że sztuka i muzyka stają się nieistotne, kiedy zaczynasz się w tym zagłębiać. Właściwie myślę, że to czyni to je bardziej interesujące, ponieważ zaczynasz rozumieć ludzi, którzy to robią i dlaczego to robią. Uważam też, że jest to ważne, ponieważ straciliśmy wielu dobrych artystów i muzyków z powodu substancji i depresji. Mogli dalej się rozwijać jako ludzie i dawać światu pozytywne rzeczy. To bardzo przykre. Jeśli możemy wspólnie po prostu przyznać, że to jest problem, który trzeba omówić i zaadresować, to jest to pozytywna rzecz.



Ostatnio rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Jameyem, który śpiewa w Hatebreed. Te rozmowy są ważne, ponieważ pozwalają nam również odczuć, że nie jesteśmy sami, gdy mamy do czynienia z tymi emocjami. My też ulegamy presji osobistej, społecznej, codziennym stresorom. To wszystko jest w nas. Myślę, że każdy potrzebuje pewnego rodzaju kolektywu, zwłaszcza teraz. Potrzeba nam takiego zbiorowego uścisku, zapewnienia, że damy radę. Wszyscy w życiu osiągają ten punkt, zwłaszcza artyści i muzycy. Ostatnio było dość intensywnie, to na pewno…

To jest też bardzo ważne dla fanów – kiedy młodzi ludzie widzą, że ich idol otwarcie mówi o takich rzeczach i ma kontakt ze swoimi emocjami, może dla nich to nie będzie już takie dziwne.
Nie poczują się samotni. To bardzo ważne. A kiedy pójdą na koncert, znajdą sie w towarzystwie ludzi, którzy też nie czują się najlepiej. I zobaczą innych ludzi, którzy próbują coś z tym zrobić, przekuć w sztukę, znaleźć wyjście z tej sytuacji. Ale nie będzie to łatwa droga. I to nie będzie tak, że napiszesz piosenkę i już na drugi dzień poczujesz się lepiej. Zdradzę ci sekret: to, że tworzysz dużo sztuki i muzyki, nie oznacza, że z czasem skóra twardnieje ci jak u aligatora. Nie. Po prostu stworzyłeś więcej rzeczy, ale nadal jesteś tak samo kruchy, jak wtedy, gdy zaczynałeś. Myślę, że bardzo to widać teraz, w czasach pandemii, w których żyjemy. Tak wielu muzyków traciło zdolność grania muzyki i łączenia się z ludźmi na żywo, a ich twórcze życie zostało całkowicie zawieszone.

Z tego powodu setki tysięcy muzyków po prostu się rozpada. A przecież zaczęli tworzyć, żeby poradzić sobie emocjonalnie z przytłaczającymi rzeczami. To był ich sposób na życie – dzielenie się ze światem swoją sztuką. A teraz to zostało im zabrane. Wróciliśmy do punktu wyjścia. To jest naprawdę ciężka sytuacja. Co robić? Jak dalej funkcjonować? To się dzieje na naszych oczach. Myślę, że to główny katalizator, dzięki któremu ludzie mogą teraz rozmawiać o zdrowiu psychicznym. Ponieważ musimy. Teraz.

Sprawdź nasze pozostałe wywiady – tutaj!