Robiąc research, dowiedziałem się, że niektórzy dziennikarze, którzy rozmawiali z Jordanem Dreyerem przy okazji premiery płyty No One Was Driving the Car w 2025 r. dostali prawie 50-stronnicowe opracowania tekstów z tej płyty, aby móc się przygotować do rozmowy. Nic dziwnego – wystarczy posłuchać jakiejkolwiek płyty La Dispute, aby zobaczyć, że dzieła tego wokalisty to w zasadzie wielowymiarowe i bardzo obszerne powieści. To samo zdaje się dotyczyć samych wywiadów. I choć złapałem Jordana na backstage’u warszawskiej Proximy tuż przed wyprzedanym marcowym koncertem, efektem jest chyba najdłuższa, najciekawsza, a przy okazji najmilsza rozmowa, jaką przeprowadziłem na Undertone. O zmianach, TikTokowej popularności, technologii, skomplikowanym procesie tworzenia muzyki La Dispute. O życiu. Przeczytajcie koniecznie.
[YOU CAN ALSO READ IT IN ENGLISH]
W 2025 r. wróciliście z nowym albumem po 6 latach przerwy. I w Polsce graliście ostatnie właśnie tuż po wydaniu poprzedniej płyty, prawda?
O Boże, testujesz moją pamięć. Tak, będzie już z 6 albo 7 lat. Graliśmy na festiwalu [OPEN’ER FESTIVAL 2019 – przyp. red.], więc tak naprawdę od naszego ostatniego headlinerskiego koncertu minęło jeszcze więcej czasu.
Dzisiejszy koncert wyprzedał się całkiem szybko. Byliście zaskoczeni?
Zdecydowanie. Tak, częścią tego, co jest najlepsze w tej trasie, jest fakt, że nasza piątka jest całkiem rozrzucona po świecie i mamy pewne zobowiązania w naszych domach. W efekcie, im jesteśmy starsi, tym mamy mniej czasu na granie tras koncertowych. A jeśli już gramy to staramy się, aby były relatywnie krótkie, żeby nie spędzać zbyt dużo czasu z dala od naszych dzieci. W związku z tym trudniej jest dotrzeć do tak wielu miejsc jak kiedyś, kiedy jeździliśmy w swoje pierwsze trasy i nie mieliśmy innych rzeczy, które mogłyby nas obchodzić. Robiliśmy półtora miesiąca w Europie i docieraliśmy za każdym razem do różnych miejsc. Z wiekiem i większą liczbą różnych przeszkód, w pewnym sensie ograniczyliśmy się w tej kwestii, wobec czego zaczęliśmy spędzać dużo czasu w kilku powtarzających się państwach.
I ta trasa jest w pewnym sensie powrotem do wielu miejsc, których nie odwiedziliśmy przez ponad dekadę. Graliśmy w Wiedniu pierwszy raz od 12 lat. W Cardiff też. W Budapeszcie i Pradze pierwszy raz od 13 czy 14 lat. Wiele miejsc, do których nie mieliśmy możliwości wrócić wcześniej. Nie dlatego, że nie chcieliśmy – po prostu było to nieco utrudnione. A w Warszawie po prostu nas wcześniej nie było. Festiwal, na którym graliśmy te 7 lat temu był spoko, ale zawsze czujesz się trochę źle wracając na taką dużą scenę.
Wyróżnialiście się w tamtym lineupie.
Tak, zdecydowanie. Byli tam ludzie, którzy przyszli na nasz koncert, ale czuliśmy się trochę źle, że część z nich musiała zapłacić za cały dzień festiwalu, na którym nie interesował ich żaden zespół poza nami, tylko dlatego, że dawno nas nie było w Polsce. Pamiętam, że rozmawiałem z różnymi ludźmi po koncercie i mówiłem też ze sceny, że wrócimy i zagramy koncert dla nas. Headlinerski. Dlatego jesteśmy podekscytowani. Dobrze jest wrócić. Nie spodziewaliśmy się, że to się wyprzeda, wracając do twojego pytania, ale jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi.

Co, oczywiście poza dziećmi i obowiązkami, zmieniło się przez te sześć lat?
O Boże, myślę, że niewiele się zmieniło w kwestii tego, dlaczego kochamy to robić i dlaczego wkładamy wysiłek w to, aby granie było ciągle częścią naszego życia. Po pierwsze i najważniejsze – tworzenie razem muzyki wciąż dużo nam daje. I społeczność, która zechciała, abyśmy byli jej częścią ma dla każdego z nas wielką wartość, co też jest ważne. Myślę, że te 3,5 roku wczesnego COVIDu, kwarantann i tego, jaki to miało wpływ na przemysł muzyczny, a także nasze możliwości przebywania razem w jednym miejscu, wzmocniło tylko to, jak to wszystko jest dla nas ważne. Myślę, że musieliśmy to wszystko stracić, aby zrozumieć jakie jest ważne, jak wiele nam to daje i jak spełnieni czujemy się, robiąc to, co robimy. Myślę, że wracając po tym, mieliśmy nowy cel. I wydaje mi się również, że przestaliśmy się stresować koniecznością utrzymania tego zespołu na powierzchni pod kątem finansowym, bo prostu chcieliśmy wydać znowu płytę. Po tej wymuszonej przerwie czuliśmy się lepiej wyposażeni, aby móc w pełni się w to zaangażować.
Wróciliśmy lepsi w tym, co robimy i bardziej wyluzowani z tą świadomością, że nic nie trwa wiecznie i zawsze możesz stracić tę możliwość, ze względu na czynniki poza twoją kontrolą. I to jest duża rzecz. Od tamtej pory, gdy wróciliśmy do grania tras po COVIDzie, jesteśmy zespołowo w lepszy miejscu, lepiej się komunikujemy i jesteśmy lepsi w tym, co robimy, bo znowu nauczyliśmy się czerpać z tego przyjemność.
W międzyczasie zgarnęliście trochę TikTokowej popularności. Zauważyliście zmiany w swojej publiczności?
W pewnym sensie tak. Szczególnie na tej trasie. We wrześniu 2025 r. mieliśmy pierwszą część trasy w Stanach Zjednoczonych i to zauważyliśmy. Gdy byliśmy młodszym zespołem, nasza publiczność była całkiem zróżnicowana. Głównie byli to ludzie mniej więcej w naszym wieku, ale też trochę młodszych i starszych na tyłach sal. A potem to się wszystko wyrównało. Przez kilka lat wyglądało to tak, że przychodzili na nas ludzie w granicach plus minus pięciu lat od naszego wieku oraz tacy, którzy już nas kiedyś widzieli i byli lojalnymi fanami. Łączyliśmy się z ludźmi, z którymi to połączenie budowaliśmy przez lata.
A na tej trasie z każdym dniem odnotowujemy coraz więcej 15- czy 16-latków. Osób, które nawet jeszcze nie żyły, gdy wypuszczaliśmy pierwszą płytę. Teraz przychodzą na nasze koncerty i nawet pojawiają się pod klubem bardzo wcześnie. Nie prowadzimy intencjonalnej aktywności na TikToku, ani niczym podobnym, ale w pewnym sensie dzieje się to naturalnie. To interesujące jak środki komunikacji zmieniły sposób poznawania muzyki, na którą inaczej byś nigdy nie trafił. Trochę na zasadzie kolegi starszego brata, który wypalał ci płytkę CD, gdy dorastałeś. Tak poznawaliśmy zespoły. Ewentualnie chodziliśmy do sklepów płytowych i rozmawialiśmy ze sprzedawcami. A teraz ludzie poznają nasz zespół przez TikToka i odnajdują piosenki, które nagraliśmy bardzo dawno temu i nawet nie są reprezentatywne dla naszego dzisiejszego brzmienia.
To właśnie miało być moje kolejne pytanie. Mam poczucie, że popularność zdobyły utwory, które zostały nieco wyciągnięte z waszego kontekstu. Jak na to zareagowaliście?
Wiesz, to zależy. Większość tego, co ludzie znajdują w internecie i na TikToku to nasze dwie piosenki. To King Park, która dla wielu osób jest fundamentalnym utworem i pełni również wielką rolę w naszych życiach. Drugą jest Such Small Hands, od której wszyscy w zespole próbujemy się od lat zdystansować, bo nigdy nie czuliśmy, że jest wyznacznikiem tego, kim jesteśmy jako artyści. Dodaliśmy ten utwór jako intro do naszej płyty, gdy mieliśmy 21 lat i nigdy nie oczekiwaliśmy, że będzie czymś, z czym ludzie będą się najbardziej utożsamiać. I rodzi to pewne wątpliwości, bo to jest dla wielu osób natychmiastowe skojarzenie z naszym zespołem, a niekoniecznie się z tym utożsamiamy jako artyści. Ale interesujące na tej trasie jest to, że jest dużo nowych piosenek, które 15- czy 18-latki w pierwszych rzędach śpiewają z nami. Znajdują nas poprzez Such Small Hands, ale nie zatrzymują się na tym i angażują się w nowsze rzeczy, które wydają mi się bardziej skomplikowane. Fajnie jest widzieć, że te kawałki trafiają do ludzi.
Zauważyłem to ostatnio na koncercie Deftones. Kilka tysięcy dzieciaków śpiewających wszystkie utwory – nie tylko te z TikToka.
Tak, to jest super. Gadaliśmy o Deftones na tej trasie, bo paru moich znajomych wybrało się na ich koncert w Seattle i jeden z nich powiedział, że to było zajebiste, że było tak dużo młodych dziewczyn, młodych osób queer i dzieciaków, które dopiero co odkryły ten zespół i przyszły z rodzicami. I to nie jest tak, że śpiewały tylko My Own Summer. Znały cały ich katalog. Dzieciaki są ciekawe tego, co kryje się głębiej i wydaje mi się to naprawdę wspaniałe.
Płytę No One Was Driving the Car napisaliście podczas kilku tras koncertowych na całym świecie. Czy poszczególne miejsca wpłynęły jakoś na jej brzmienie?
Myślę, że gdy rozbijasz pisanie piosenek w ten sposób, każde miejsce wnosi jakiś poziom ekscytacji. Jesteś w nowym miejscu i w pewnym sensie doświadczasz innej energii – chociażby ze względu na inną temperaturę, kulturę… Wiesz, szereg różnych czynników. I myślę, że słychać to na płycie. Gdy pisaliśmy Panoramę [poprzedni album grupy z 2019 r.], wszyscy mieszkaliśmy w różnych miejscach i zdecydowaliśmy się wrócić do naszego rodzinnego miasta i spędzić ze sobą kilka miesięcy. Myślę, że było to dla nas konieczne w tamtym momencie, ale rodziło też pewne przeszkody. I bycie w rodzinnym domu było czasami jedną z nich, bo nagle masz ludzi, z którymi musisz się zobaczyć, rodzinę i tym podobne. Znalezienie balansu pomiędzy pracą, którą masz do wykonania a ludźmi, z którymi chcesz się zobaczyć i nadrobić zaległości było pewnym wyzwaniem, a nawet przeszkodą. Wszystko skończyło się bardzo dobrze, ale trudniej było dobrnąć do mety.
A przy tej płycie… Gdy spędzasz 10 dni na Filipinach i jesteś w Manili to nikogo nie znasz. Są oczywiście inne przeszkody. Czujesz się odizolowany przez język, różnice w środkach transportu i inne takie rzeczy. W pewnym sensie zmusiło nas to do skoncentrowania się w pełni na pracy i uczynienia z niej naszej codzienności. A poza tym – nawet przerwy były bardziej ekscytujące, bo nie chodziliśmy do miejsc, do których chodziliśmy za dzieciaka. Odkrywasz nowe miejsce i ekscytujesz się tym, gdzie jesteś. W związku z tym myślę, że każde z tych miejsc zostawiło na tej płycie pewien odcisk.
Czytałem wywiad z tobą, w którym opowiadałeś o rozdzieleniu tej płyty na 5 aktów, które wydaliście oddzielnie. Mówiłeś, że martwiłeś się tym, że wypuszczenie pierwszego aktu zmyli ludzi, którzy pomyślą, że poszliście w bardziej post-punkowe, agresywne brzmienie. Muszę przyznać – mnie zmyliliście. I chociaż uwielbiam całą płytę to te pierwsze trzy kawałki wspominam najlepiej.
Wiesz, ta decyzja była efektem kombinacji kilku rzeczy. To Kirk – nasz manager – zasugerował wydawanie płyty w częściach. Napisaliśmy ją w aktach, a poza tym w pewnym sensie przy każdej naszej płycie wierzyliśmy w pewien strukturalny porządek, więc nie było to dla nas super niezwykłe. Ale w przypadku tej płyty – w przeciwieństwie do poprzednich – poszczególne segmenty bardziej różniły się od siebie muzycznie. Zwykle po prostu bardziej te różnice rozrzucamy po całej płycie. Kirk zaproponował to, bo zawsze chciał trochę zejść z udeptanej ścieżki. Zrobić coś innego. I myślę, że to było całkiem mądre, biorąc pod uwagę jak muzyka rozpowszechniana jest w XXI w. – przez serwisy streamingowe, itd. Możesz trochę zabawić się w kwestii tego, jak wydajesz album zamiast polegać na tradycyjnym formacie.
Ale to prowadziło właśnie do wątpliwości, o których wspomniałeś. Nie chcesz, żeby ludzie usłyszeli te pierwsze trzy piosenki i założyli, że wszystko, co wyjdzie po nich, będzie brzmiało podobnie. Ale na koniec dnia wydaje mi się, że to, co najbardziej kochamy w naszym zespole to fakt, że pokrywamy bardzo duży muzyczny teren. I w pewnym sensie musisz zaufać swojej publiczności – czy to takiej, która jest z tobą od lat, czy takiej, z którą stykasz się pierwszy raz – że odkryją i zrozumieją twoją wizję, kiedy przyjdzie na to czas. I wydaje mi się, że zbyt często w dzisiejszych czasach rozwadniamy to, co kolektywnie robimy w sztuce, aby odpowiedzieć na problemy z zakresem uwagi odbiorców i inne tego typu sprawy. I w ten sposób ograniczamy doświadczenia.
Ostatecznie ta płyta została stworzona do słuchania w pięciu aktach i musimy zaufać ludziom – nawet jeśli drugi rzut piosenek ich odrzuci po tym jak pierwszy rozbudził oczekiwania – że finalnie wrócą do tej płyty i zrozumieją naszą wizję w całości, gdy już cały album ujrzy światło dzienne. Myślę, że oczywiście byli jacyś ludzie, którym nie odpowiadała taka forma wydania oraz tacy, którzy całkowicie to zignorowali i poczekali, aż ukaże się całość. Ale dzięki temu, jak to wydaliśmy, większość miała możliwość wsłuchać się w każdą z części dużo dokładniej i zobaczyć naszą wizję w ten sposób.

Jesteś znany z budowania bardzo skomplikowanych i dopracowanych narracji na waszych płytach. Jak wyglądał proces twórczy przy No One Was Driving the Car?
Tak, w przeszłości faktycznie budowaliśmy wszystko od tematu i konceptu. Przy pierwszych kilku płytach miałem bardzo wyraźną ideę – nie tylko odnośnie tego, jakie tematy chcę poruszyć, ale też jaką dynamikę im nadać. Moje zainteresowania dotyczące sztuki bardzo długo skupiały się na ciekawie ustrukturyzowanej fikcji, więc miałem poczucie, że jestem odpowiednio wyposażony, aby robić to samo. Z kolei moich kolegów z zespołu też zawsze przyciągała wielka, skomplikowana, majestatyczna muzyka. Więc mieliśmy tutaj spójną wizję i bardzo dobrze to zadziałało, bo nasze piosenki są bardzo rozwlekłe. Nasz proces to trochę taki dialog między mną a czterema muzykami w zespole. Mówię: “To jest moja wizja całej płyty i myślę, że taka powinna być jej dynamika”. I wtedy oni budują z tego piosenkę. Następnie wraca to do mnie i patrzymy, jak mój pomysł zmienia się w zależności od tego, co wyprodukują.
Przy Panoramie intencjonalnie ograniczyliśmy takie działania, bo chcieliśmy rzucić sobie wyzwanie i stworzyć album, który będzie bardziej meandrujący, marzycielski i w typie poematu symfonicznego. I prawdopodobnie przez to, ile wlaliśmy w tę płytę, czuliśmy, że tym razem pora wrócić do czegoś, co robiliśmy już wcześniej, ale tym razem jako lepsi muzycy i bardziej zdyscyplinowani ludzie. Spędziłem mnóstwo czasu po Panoramie po prostu zbierając informacje. Zwykle w ten sposób rozpoczyna się u nas proces tworzenia płyty. Mam na myśli pewne wiadomości i dzieła sztuki – np. filmy, muzykę czy poezję. Cokolwiek, co zostanie mi w mózgu na tyle długo, aż zacznę rozumieć, dlaczego to pasuje. Myślę, że generalnie poprzez zbieranie tych rzeczy, staram się zrozumieć, gdzie są podobieństwa między nimi, co pozwala mi przeprocesować, co czuję odnośnie tego jak doświadczam świata.
To długa i meandrująca odpowiedź, ale myślę, że spędzam tak dużo czasu czując niepewność nowoczesnego życia – zarówno w domu, jak i na całym świecie – że to wszystko musiało zacząć wydawać się poza naszą kontrolą. I dalej czuję się coraz bardziej w ten sposób. Kiedy zebrałem wszystkie te historie, mogłem je pogrupować pod względem tego jak przenikają przez tę konwersację i na koniec to jest właśnie struktura tego albumu. Dużo myśleliśmy też o filmach. Jest kilka nawiązań do kina w tym jak historia jest ustrukturyzowana. Gdy przyszedł czas, aby wejść do studia – i może to, że mieliśmy mało czasu na wspólne tworzenie muzyki, pomogło – pomocnym było to, że mogłem powiedzieć: “To jest 14 piosenek, na które mam pomysł. A tak moim zdaniem powinna wyglądać ich dynamika”. I wtedy mogłem zaprezentować to moim kolegom i pozwolić im przetłumaczyć rzeczy, które napisałem na platformę muzyczną. Następnie mogłem do tego wrócić i na tej podstawie napisać finalne słowa piosenek.
Czyli wszystko zaczyna się od ciebie?
Tak, zaczyna się od mojego pomysłu. W przypadku tej płyty najmocniej od czasu Wildlife [druga płyta La Dispute z 2011 r. – przyp. red.], którą praktycznie w całości zmapowałem piosenka po piosence. Tym razem zrobiłem to samo, a następnie wprowadziliśmy trochę poprawek. I na tym polega całe piękno. Myślę sobie: “Przedstawię to moim kolegom. Rozrysuję to na jebanej…”. Kupiliśmy olbrzymią planszę papieru do sali prób i zmapowałem to pod względem struktury i dynamiki. Część z tego się zmieniła, gdy zaczęliśmy pisać muzykę. Zaczyna się ode mnie, ale przechodzi to w dialog pomiędzy nami wszystkimi. Myślę, że to czyni z nas zespół.
Wydaje mi się, że ważnym elementem tej płyty jest technologia i nasz stosunek do niej. A to kwestie, których rozwój jest w dzisiejszym świecie coraz bardziej dynamiczny. Nie bałeś się, że podczas tworzenia tej narracji, świat wyprzedzi twoją pracę i część twoich tekstów się bardzo szybko zestarzeje?
Tak, przez całą naszą zespołową karierę walczę ze zbyt dosłownym mówieniem o tym, co dzieje się we współczesnym życiu. Właśnie z tego powodu. I myślę, że bardzo trudno jest zachować w tym wszystkim balans, bo – z tego samego powodu – im jestem starszy, tym bardziej korci mnie, żeby poruszać dzisiejsze problemy. Znalezienie sposobu na to, aby mówić w uniwersalny sposób o tym, jak doświadczamy coraz szybciej zmieniającego się świata to wyzwanie, ale takie, którego podjęcie się wydaje się bardzo ważne. Wobec tego dużo o tym myślałem – nawet pod kątem tytułu płyty. Wiesz, na początku bardzo chciałem, aby metaforą na nasz brak kontroli była rozbita Tesla, ale czy naprawdę chcę mówić bezpośrednio o Tesli? Nie wiem.
Znalezienie sposobu, aby wskazać na doświadczenie interakcji z nowoczesnym życiem, dynamicznym rozwojem technologii i naszym kolektywnym przyzwoleniem na jej obecność w naszych życiach było trudne. Ale wydaje mi się, że byłem w stanie znaleźć pewne powiązania pomiędzy tą a innymi rzeczami, w których pokładamy i historycznie pokładaliśmy naszą wiarę. Jest pewna zbieżność pomiędzy tym, jak wierzymy w dobrodziejstwo technologii, jak bez cienia krytyki przyjmujemy, że jest nam ona ofiarowana przez miliardowe korporacje w celu polepszenia jakości naszego życia, a tym jak ludzie wierzą w religię, szanse ekonomiczne, multi-level marketing i tym podobne. Myślę, że jest zbieżność pomiędzy tym, jak poślubiliśmy nasze telefony i tym jak zawsze znajdowaliśmy jakieś wyższe wytłumaczenie czy nadzieję odnośnie tego, gdzie zmierzamy jako ludzkość.

Ważnym elementem twoich historii jest zawsze Michigan, a dokładniej – Grand Rapids [miasto, z którego pochodzi La Dispute – przyp. red.]. I zwykle kreślisz jego mroczną wizję. Mam na myśli właśnie narkotyki, MLM-y, itp. Czy to miejsce jest naprawdę takie straszne?
Nie, nie! Myślę, że tak ogólnie przyciągają mnie mroczne rzeczy. Zadziwiająco, znajduję dużo ukojenia w eksplorowaniu tego, co makabryczne, brutalne czy mroczne. Wydaje mi się, że to ważne, aby nie uciekać od rzeczy, które czynią życie trudnym, tak samo jak nie uciekamy od tego, co czyni je pięknym i radosnym. To są komplementarne części życia i dotyczy to każdego miejsca. Dlatego myślę, że nigdy nie miałem na celu ukazywania Grand Rapids jako jakiegoś unikalnego miejsca, bo takim wcale nie jest. Jest jak każde inne – pełne ludzi, którzy starają się być szczęśliwi i nadać sens swojemu życiu. I są oczywiście podatni na zewnętrzne wpływy lub losowe wydarzenia, które to utrudniają.
Myślę, że powód, dla którego wspominam o Grand Rapids i Michigan tak często jest taki, że je po prostu kocham i mam z nimi więcej wspólnego niż z jakimkolwiek innym miejscem, ze względu na to, jaki wpływ miały na moje życie – dobry i zły. Finalnie jest to mój akt miłości. Grand Rapids to średniej wielkości miasto w Michigan, które poradziło sobie relatywnie dobrze w porównaniu do reszty tego rejonu, która została w niedawnej przeszłości zrujnowana ekonomicznie przez upadek przemysłu motoryzacyjnego w USA. To miasto wykonało świetną robotę, pozycjonując się jako dobre miejsce do życia dla osób z innych rejonów, co z perspektywy osoby, która tam dorastała jest całkiem śmieszne, bo kiedy byłem dzieckiem zupełnie tak nie było. I wiesz, są w związku z tym pewne złe rzeczy, ale są też dobre, które wywołują równą, odwrotną reakcję. Jest tam wiele naprawdę świetnych ludzi, którzy robią wspaniałe rzeczy dla społeczności oraz tworzą muzykę i sztukę. To miejsce, o którym wiem najwięcej, więc najłatwiej mi o nim mówić.
Jak wspomniałeś, zwykle bardzo wcześnie zaczynasz zbierać materiał na kolejną płytę. Czy zacząłeś już pracę nad kolejną?
Tak, co jest dosyć nietypowe. Zwykle zajmuje nam bardzo dużo czasu jako zespołowi, aby znowu nabrać gotowości na pracę nad kolejnym albumem. Ale wydaje mi się, że mieliśmy tak dobre doświadczenia przy produkcji tej płyty, że w pewnym sensie jesteśmy zmotywowani do działania. W przeszłości bywaliśmy wykończeni po cyklu płytowym. Ale może dlatego, że świat jest w takim stanie, w jakim aktualnie jest, zwracanie uwagi i absorbowanie tego, co nas otacza, a następnie nadawanie temu sensu przez sztukę, wydaje się dla nas ważniejsze. I mam nadzieję, że w efekcie, gdy już skończymy, będzie też takie dla innych osób. Zacząłem się rozglądać. Mam pomysły i myślę, że w rozsądnym czasie – oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami – zacznę składać je w coś na tyle spójnego, aby móc przedstawić to moim kolegom. I wtedy wskoczymy w to trochę szybciej niż kiedykolwiek. Nikt z nas nie chce czekać znowu 6 lat. W pewnym sensie swędzi nas, żeby znów coś zrobić.
Wszystkie zdjęcia w tym artykule wykonała Agata Hudomięt / Undertone
