fot. Jonny Scala
O dälek już teraz można śmiało mówić, że są składem legendarnym. Swoim najnowszym albumem, Brilliance of a Falling Moon, ugruntowują tylko swoją pozycję. To bezkompromisowy materiał, który jest mocną reakcją na wszystko, co aktualnie dzieje się na świecie. Mimo wszystko jednak jest to materiał pełen nadziei — jak sami zresztą przeczytacie w wywiadzie, nadzieja to paliwo, które powinno nas wszystkich napędzać. Miałam ogromny zaszczyt porozmawiać z Willem Brooksem i Mikem Marem o kulisach powstawania płyty, powrocie do korzeni i ich wyjątkowej dynamice. A także o tym, jak to jest być tym starszym wujkiem na scenie.
[YOU CAN READ THIS INTERVIEW IN ENGLISH]
dälek zagra w Polsce dwa razy:
15 maja w Pawilonie Nowa Gazownia (Poznań) [link do biletów] 16 maja w klubie Mechanik (Warszawa) [link do biletów]

Natknęłam się na cytat, w którym Will powiedział, że w trakcie nagrywania waszego najnowszego albumu wróciliście do esencji tego, jak piszecie utwory — do tego, od czego wszystko się zaczęło. Chciałabym usłyszeć więcej na ten temat. Wiem, że proces nagrywania był bardzo krótki — około dwóch tygodni — i że odkurzyliście długo nieużywane sprzęty…
Will Brooks: Jeżeli chodzi o sprzęt, to nic się nie zmieniło. Po prostu używałem MPC 3000, które od początku było centralnym elementem mojej produkcji. Chodziło bardziej o powrót do tego podstawowego narzędzia i pozostanie przy nim. Przede wszystkim chodziło o podejście. Mike grał na gitarze przepuszczonej przez efekty, a ja pracowałem na MPC — szukaliśmy dźwięków, budowaliśmy loopy i ścieżki jednocześnie, reagując na siebie nawzajem. Od samego początku był między nami taki ciągły dialog i słychać to w muzyce. Jest bardzo spójna.
Zazwyczaj bierzemy te wczesne pomysły i dokładamy kolejne warstwy, a potem je redukujemy. Ale tym razem… kiedy usłyszeliśmy to, co już mamy, stwierdziliśmy, że nie potrzeba nam nic więcej. Więc całość sprowadziła się do dodania wokali, aranżacji i tylko minimalnych dogrywek — drobnych akcentów. Te utwory były gotowe już na bardzo wczesnym etapie. Cały proces był więc bardziej uproszczony. Nie prosty — to nie jest właściwe słowo — ale sprowadzony do sedna.
Mike Mare: Właściwe słowo to esencja. To esencja tego, jak Will zaczynał robić beaty i jak ja zaczynałem robić muzykę. Jest to minimalizm w tym sensie, że pracujemy tylko z tymi dwoma podstawowymi elementami — właściwie trzema, bo jest jeszcze głos Willa.
Ale dlaczego akurat takie podejście? Czy to była świadoma decyzja, czy po prostu wydarzyło się to naturalnie?
Will: Chciałbym, żeby stała za tym jakaś lepsza historia. Chciałbym móc powiedzieć, że to zaplanowaliśmy — ale tak nie było. Nie jesteśmy aż tak bystrzy. To po prostu się wydarzyło. Kiedy usłyszeliśmy to, co już mieliśmy, wydawało się to wystarczająco mocne samo w sobie. Nie chcieliśmy dodawać więcej i ryzykować utraty. Chcieliśmy pozwolić temu wybrzmieć.
Mike: A ja trochę się nie zgodzę — myślę, że jednak jesteśmy całkiem bystrzy, bo zaufaliśmy swojej intuicji. Zamiast to rozkminiać, po prostu pozwoliliśmy temu się wydarzyć. Zazwyczaj zaczynasz od mnóstwa warstw i pomysłów, ale tym razem po prostu weszliśmy do pokoju i zaczęliśmy grać. Zaufaliśmy chwili. Nie było w tym nadmiernego analizowania.
Tytuł waszego najnowszego albumu pochodzi z książki Erika Larsona. Zastanawiałam się, kiedy pojawił się ten pomysł — czy mieliście tytuł od początku, czy przyszedł później?
Will: Czytałem tę książkę w trakcie pracy nad albumem. Jest w niej moment, kiedy córka ambasadora pisze list, opisując noc w Berlinie. I mimochodem rzuca: the brilliance of the falling moon. Spodobało mi się, jak to brzmi — po prostu ze mną zarezonowało. Zapisałem to i zdecydowałem, że to będzie tytuł naszej płyty. Pokazałem to Mike’owi, a on na to: Tak, brzmi świetnie. Dopiero kiedy robiliśmy wywiad do liner notes i nowej biografii z naszym dobrym znajomym, Johnem Morrisonem — świetnym muzykiem i pisarzem — ktoś w ogóle zapytał mnie, skąd wziął się ten tytuł.
Kiedy opowiedziałem mu tę historię i później zobaczyłem, co napisał, to właśnie on naprawdę połączył kropki. Myślę, że to sprawia, że jest tak dobrym pisarzem — nie tylko zadaje właściwe pytania, ale też dostrzega powiązania, których ja sam do końca nie uświadamiałem. Myślę, że wybór tego tytułu był bardziej podświadomy, związany z tematyką książki. Po prostu czułem, że to wyrażenie pasuje. Ale te wszystkie warstwy nadają mu jeszcze więcej znaczenia i sprawiają, że jest bardziej wyrazisty.
Przez cały album przewija się silny wątek oporu — na przykład w I Am a Man, które jest bardzo wymowne i mocne. Z kolei w Expression of Love pojawia się też odniesienie do Jamesa Baldwina. Czy mógłbyś opowiedzieć więcej o tych kontekstach i o tym, jak trafiły do twoich tekstów?
Will: W przypadku I Am a Man to po prostu wynikało z tego, co dzieje się w tym kraju — szczególnie z dehumanizacji imigrantów. Ta sytuacja sprawiła, że zacząłem myśleć o tym, jak ten kraj historycznie traktował tak zwanych innych. Jest takie sławne zdjęcie czarnoskórego mężczyzny maszerującego z tablicą zawieszoną na szyi, na której dużymi literami napisane jest napisane: I Am a Man. Cały czas myślałem o tym, jak ważne to wtedy było — i jak nadal jest aktualne dzisiaj. Tak więc użyłem tego jako punktu wyjścia, niemal jak manifestu — deklarując, kim jestem i w co wierzę. Że jestem mężczyzną. Że jestem człowiekiem.
Ten wątek z Jamesem Baldwinem jest ciekawy, bo tekst do Expression of Love był już gotowy — refren, wszystko. Ale czułem, że potrzebny jest tam jeszcze zsamplowany wokal. Zacząłem więc przeglądać różne materiały i do głowy przyszedł mi Baldwin. Poszukałem wywiadów i dokumentów i znalazłem fragment, w którym mówi dokładnie to, co ja już wyrażałem w tym utworze. To idealnie się zgrało.
Uwielbiam takie momenty — kiedy rzeczy po prostu się układają, bez wymuszania. To nie było zaplanowane, po prostu się zadziałało. I czuję, że jego słowa musiały się tam znaleźć. Sprawiają, że wydźwięk tego utworu jest jeszcze mocniejszy. Myślę też, że wszystkie problemy, z którymi mierzymy się teraz, istnieją tak naprawdę od dawna. To historia, która się powtarza. Ludzie tacy jak James Baldwin czy osoby protestujące w latach 60. — oni też przez to przechodzili. Tak samo jak my teraz. To wciąż się dzieje.
Planowałam zapytać o to później, ale skoro już o tym mówisz… jak mieć nadzieję, kiedy widzisz, że wciąż dzieją się te same rzeczy?
Will: Nie wiem, czy cokolwiek ulegnie poprawie… ale o to właśnie chodzi. Nadzieję znajdujesz w tym, że ten świat zawsze płonął. I że bywało gorzej. Nadzieję znajdujesz w bliskości ludzi, których kochasz, w budowaniu wspólnoty, w cieszeniu się życiem — i w dostrzeganiu piękna w rzeczach, które wciąż istnieją. Bo na świecie są piękne rzeczy. Inaczej po co walczyć? Gdyby wszystko było naprawdę tak beznadziejne, jak się czasem wydaje, nie stawialibyśmy oporu. Nie walczylibyśmy. Nie miałoby to sensu. Powodem, dla którego walczymy, jest to, że na świecie jest tyle piękna — rzeczy, o które warto walczyć.
Jest taki wers w The Essence — utworze, który wypuściliśmy jako singiel, ale nie trafił na album — w którym mówię: I refuse to let them kill my joy with bigotry. I to jest w zasadzie moja mantra. Nie ma mowy, żebym pozwolił tym skurwysynom zepsuć mi dzień. Będę się cieszyć życiem z moimi przyjaciółmi, rodziną, bliskimi — i żyć najlepiej, jak potrafię, pomimo nich. Tam właśnie jest nadzieja. Tam jest radość. I tego trzeba się trzymać.
Mike, jaka była twoja reakcja, kiedy po raz pierwszy usłyszałeś te teksty?
Mike: Wszystko, co Will zawiera w warstwie lirycznej, jest mocne. Zawsze dużo się tam dzieje. Kiedy rozmawialiście o nadziei… mam wrażenie, że sporo ludzi się już poddało. Widzi tylko mrok i beznadzieję. Ale to, co robi Will, polega na tym, że pokazuje, że w tym wszystkim wciąż jest nadzieja. Tak jak mówił — wszystko jest w ogniu, zawsze w nim było. Czasami bywało gorzej. A jako ludzie tak naprawdę nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby przetwarzać wszystko, na co jesteśmy dziś wystawieni. Nie jesteśmy emocjonalnie przygotowani na to, żeby przyjmować wszystko, co dzieje się na świecie. Ale Will ma taki sposób mówienia o rzeczach, że je wskazuje, nie nazywając ich zawsze wprost — i to nadaje jego tekstom pewną ponadczasowość.
Oczywiście są momenty, kiedy jest bardziej bezpośredni — kiedy jest to w stylu fuck this motherfucker i dokładnie wiesz, o co chodzi — ale to nie jest większość jego wypowiedzi. I to jest wymowne. Mam też wyjątkową pozycję w tym wszystkim. Siedzimy razem w pokoju i Will jest obok. Wypowiada te słowa na bieżąco, w czasie rzeczywistym. Wszyscy inni słyszą to później. Ja dostaję to w tym momencie, prosto do ucha. To jest zupełnie inny poziom bliskości z tym, co on tworzy. Nawet nie wiem, jak to opisać — ale to jest bardzo mocne.
Czy czujesz, że jesteś odpowiedzialny za dopełnienie tych tekstów odpowiednimi dźwiękami, żeby podbić ich przekaz jeszcze bardziej?
Mike: Dźwięki były pierwsze, więc to jego teksty tak naprawdę sprawiają, że muzyka staje się mocniejsza. Fundament już był, a potem on wniósł do tego słowa — więc działa to w drugą stronę.
Will: Ponieważ budujemy brzmienie razem, mogę jeszcze nie znać dokładnych słów, ale zazwyczaj mam już wyczucie, jak chcę do nich podejść. Myślę nie tylko o znaczeniu, ale też o swoim głosie jako instrumencie — o tym, jak wpisuje się w to, co tworzymy. Nie uważam, żeby jedno było ważniejsze od drugiego. Chcę, żeby warstwa dźwiękowa i wokal funkcjonowały na równym poziomie. To wszystko jest częścią całości. Myślę, że wielu MC oddziela się od muzyki, co jest błędem — bo wokal i tekst to po prostu kolejny instrument. Czasami więcej można wyrazić dźwiękiem niż słowami. Robiliśmy to często w Dälek — są utwory, w których najmocniejszy moment jest wtedy, kiedy nic nie mówię, a słyszysz tylko surową emocję muzyki.
Mike: W tym balansie jest bardzo cienka granica. Na tym albumie zaczęliśmy od muzyki, ale to, co Will zrobił ze swoim głosem i tekstami, ostatecznie ukształtowało całość. Wcześniej było tak, że mieliśmy jakieś 85% gotowego utworu, a potem Will dopisywał do niego tekst. Tym razem mieliśmy dużo bardziej surową wersję. On przyszedł z wokalami, a potem wszystko budowaliśmy wokół tego. Więc w pewnym sensie jego głos stał się jeszcze bardziej centralny niż wcześniej. Zawsze był ważny, ale tutaj jest naprawdę na pierwszym planie.
Will: Myślę, że wynika to też z tego, jak bardzo uproszczone są te utwory — i z tego, jak teraz je miksujemy. To częściowo kwestia doświadczenia, ale też technologii i sprzętu, do których mamy dostęp. Jesteśmy w stanie lepiej osadzić wokale, jednocześnie zachowując taką siłę muzyki, jakiej chcemy. Więc ten balans jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wszystko to składa się na końcowy efekt. Brzmi to bliżej tego, co słyszę w głowie, niż kiedykolwiek wcześniej. Nigdy nie jest to 100%, ale jest coraz bliżej — i to jest dobre uczucie.
Czy pisanie tekstów było tym razem trudniejsze? Tematy na tym albumie są bardzo złożone, więc zastanawiam się, jak ten proces wyglądał dla ciebie.
Will: Zawsze traktowałem ten projekt — tę muzykę — jako swoją terapię. Więc tak naprawdę nie mam wyboru. To jest to, co muszę powiedzieć, co muszę z siebie wyrzucić. I szczerze — wiem, że to brzmi jak banał — ale są momenty, kiedy piszę albo nagrywam i myślę: skąd to się w ogóle bierze? To, jak układa się flow, koncepcje, jak wszystko łączy się w obrębie zwrotki — nie do końca to rozumiem. Ale cieszę się, że tak się dzieje. Więc czy jest to łatwiejsze, czy trudniejsze — naprawdę nie wiem. To jest ciężkie, emocjonalne, ale konieczne. Muszę to powiedzieć. To jest coś, co pozwala mi zachować względną równowagę psychiczną w codziennym życiu.
Na scenie muzycznej w USA wyraźnie widać silną falę politycznego wyrazu — szczególnie w tekstach. Czy czujecie, że coś się zmienia?
Mike: Z tego, co widzę — i to tylko moja perspektywa — przez jakiś czas wszystko mocno przeniosło się do mediów społecznościowych i wydawało się, że ludzie nie są już tak aktywni w realnym świecie. Ale ja też jestem już w tym momencie starym gościem. Nie wychodzę za bardzo, więc pewnie sporo mnie omija. Moje „wychodzenie” to głównie trasy koncertowe albo spotkania ze znajomymi, kiedy są w mieście, więc nie mogę w pełni mówić o tym, co dzieje się na miejscu. Mimo to wygląda na to, że każde pokolenie w końcu się aktywizuje — organizuje się, łączy ludzi, robi koncerty, gdzie tylko się da. Ludzie cały czas przesuwają granice — fizycznie i mentalnie. Ale jeśli spojrzysz na historię, sztuka i muzyka zawsze reagują na rzeczywistość. Więc tak, myślę, że dużo się dzieje — także rzeczy, których nawet nie widzimy.
Will: Zdecydowanie dużo się dzieje — ale duża część tego należy do innego pokolenia. I to jest w porządku. To nie musi być dla nas. Kiedy byliśmy młodsi i zaczynaliśmy, też nie robiliśmy rzeczy dla starszych ludzi. Więc są sceny i społeczności, które nie są już dla mnie — i zupełnie mi to odpowiada. Właściwie to mi się podoba. Z zewnątrz jednak widzę, że coś się dzieje. I nie tylko muzycznie — pamiętam, że w czasie pandemii, kiedy po zabójstwach osób czarnoskórych odbywały się protesty, poszedłem na marsz w mieście, w którym mieszkałem. I był on zorganizowany przez osoby, które miały może 16 lat.
Kiedy ja miałem 16 lat, nie byłem tak świadomy, tak elokwentny, tak połączony z tym, co się dzieje. Więc zobaczenie tego dało mi dużo nadziei. Oczywiście, to nie dotyczy każdego młodego człowieka. Ale sama świadomość, że tacy ludzie istnieją — organizują się, zabierają głos — ma znaczenie. Mam nadzieję, że będą to robić dalej. Im jestem starszy, tym bardziej czuję, że moją rolą jest to wspierać — i wiedzieć, kiedy zrobić krok w tył. Jednym z największych problemów starszych pokoleń jest to, że nie wiedzą, kiedy zejść z drogi.
Mike: Szczerze mówiąc, każdy w pewnym momencie powinien umieć usunąć się na drugi plan.
Will: Po prostu nie ma dla mnie sensu to, że ludzie w wieku 70 czy 80 lat wciąż podejmują decyzje, które wpływają na młodsze pokolenia — decyzje, których konsekwencji sami już nie doświadczą. Jeśli kształtujesz przyszłość, powinieneś mieć w niej jakiś udział. Powinno ci zależeć na tym, co wydarzy się za kilkadziesiąt lat. Inaczej jaki to ma sens? Podejmujesz decyzje, nie będąc częścią ich skutków.
Mike: Tak. Spędzam czas z moimi siostrzeńcami i bratankami — to już młodzi dorośli — i uświadamiam sobie, że nie mam realnego kontaktu z ich światem. Nie do końca rozumiem, jak żyją i czego doświadczają.
Wiem, że właśnie powiedzieliście, że nie jesteście już do końca na bieżąco z tym, co się dzieje w muzyce, ale interesuje mnie ta perspektywa starszych wujków. Backxwash, clipping. czy HO99O9 — są tacy artyści i zespoły, które prawdopodobnie słuchały was, kiedy dorastały i odkrywały różne brzmienia. Jak ich oceniacie?
Will: Tak, śledzę wielu z tych artystów. To, czy ich zainspirowaliśmy — to raczej pytanie do nich, nie do nas. Ale tak po prostu działa muzyka. Wszystko opiera się na tym, co było wcześniej. W naszym przypadku — gdyby nie Public Enemy, My Bloody Valentine, Boogie Down Productions, Faust — nie byłoby nas. Zawsze przed tobą jest coś, co pomaga ci znaleźć własny głos. A jeśli masz szczęście, sam wpływasz na kolejne pokolenie. To, że wciąż to robimy, że od początku stworzyliśmy własną ścieżkę, a teraz jest to bardziej akceptowane — że wokół tego powstał cały świat — to jest dla mnie niesamowite. Masz artystów takich jak Backxwash, clipping., billy woods, Fatboi Sharif, Moor Mother — wszyscy mówią podobnym językiem, ale robią z nim zupełnie różne rzeczy. I to właśnie sprawia, że jest to ekscytujące. Uwielbiam to.
Mike: Myślę, że wszyscy jesteśmy inspirowani rzeczami, których nawet sobie nie uświadamiamy. Czasem to coś, co usłyszeliśmy raz. Kiedy dorastaliśmy, jasne — można było znaleźć rzadkie płyty, ale w większości mieliśmy radio. A w tamtym czasie mainstreamowa muzyka była naprawdę niesamowita. Artyści, którzy byli w radiu w latach 80. i 90., potrafili robić ogromne wrażenie.
Jeśli chciałeś znaleźć muzykę undergroundową, naprawdę musiałeś jej szukać. Trzeba było być w odpowiednich kręgach, ktoś musiał ci to pokazać. Teraz wszystko jest dostępne. I to jest piękne. Może też być przytłaczające — słucham czegoś, a potem nawet nie pamiętam, co to było. Może to jest własnie ta perspektywa starszego wujka. Ale to niesamowite, że teraz jest tak dużo wszystkiego. Jest tyle do odkrycia, tyle rzeczy, które mogą inspirować.
Will: Tak — technologia jest narzędziem, ale działa w obie strony. Wszystko jest dostępne, ale może to być też przytłaczające, do tego stopnia, że masz wrażenie, jakby nic nie było dostępne. Jednocześnie prawie nie ma już gatekeeperów. Możesz znaleźć to, co chcesz, inspirować się tym, czym chcesz, tworzyć to, co chcesz. Nawet pop dzisiaj jest mieszanką gatunków — wszystko się ze sobą miesza. Kiedy my zaczynaliśmy, ludzie wciąż próbowali wszystko zamykać w konkretnych szufladkach. Teraz już tak nie jest. Więc w pewnym sensie czuję, że wygraliśmy. Robiliśmy muzykę, która nigdzie nie pasowała — a teraz to jest norma.
Mike: Tak, gdyby nasza muzyka wychodziła teraz, pewnie nie byłaby nawet nazywana eksperymentalną.
Mam kolejny cytat. Bardzo mi się spodobał. Dobrze podsumowuje to, o czym mówicie: Zrobiliśmy karierę na tym, że odnajdywaliśmy się tam, gdzie nie pasujemy.
Mike: Niezłe, Will.
