Protomartyr wracają w glorii i chwale ze swoim siódmym albumem studyjnym, Hotel Usona [premiera 25 września]. Kiedy zespół istnieje już 16 lat i ma za sobą tyle płyt, ciężko jest zaskoczyć czymś nowym czy świeżym. Jednak ten zespół z Detroit udowadnia, że jest to możliwe. Pojawiają się nieobecne wcześniej inspiracje muzyką Bliskiego Wschodu. W sensie brzmieniowym to ich najpotężniejsze dzieło – i moim zdaniem – jedna z ich najlepszych płyt. Bogactwo aranżacyjne wręcz przygniata. Na pewno spora w tym zasługa producenta Dave’a Fridmana [który wyprodukował 12 albumów The Flaming Lips – w tym Yoshimi Battles The Pink Robots – ale też między innymi Oracular Spectacular MGMT, Some Loud Thunder Clap Your Hands Say Yeah, Marauder Interpolu czy Drums and Guns Low].
To już drugi wywiad z Protomartyr dla Undertone. Pierwszego udzieliłeś w czasie pandemii…
O tak, wspaniałe czasy.
Wydaliście wtedy nowy album Ultimate Success Today. Ale nie mogliście go promować z oczywistych względów. Czy teraz, z perspektywy czasu, żałujesz, że zdecydowaliście się wydać płytę właśnie wtedy?
Nie, nie żałuję. Dziwnie się teraz do tego wraca. Nigdy nie wiesz, czy w ogóle uda ci się wydać kolejny album. Z każdą płytą jest tak samo. Nie wiesz, czy nie będzie ostatnią, nie wiesz, co przyniesie świat, a przecież zespoły cały czas się rozpadają. Pomyśleliśmy więc po prostu: Wydajmy tę płytę. Kiedy przygotowywaliśmy się do premiery, myśleliśmy: Może to wszystko potrwa tydzień? Czym właściwie jest ten COVID? Może będzie jak z ptasią grypą albo chorobą szalonych krów – za dwa lata będziemy już tylko z tego żartować?
Ale kiedy okazało się, że pandemia nie zamierza odpuścić, pomyśleliśmy: No dobra, jest źle. Straciliśmy źródło utrzymania i już nigdy nie pojedziemy w trasę. Pamiętam, że w wielu recenzjach pojawiało się pytanie, dlaczego Protomartyr wydali właśnie teraz płytę o śmierci, umieraniu i chorobach. Najwyraźniej jestem jasnowidzem. Nie wiem. Myślę, że dla niektórych ta płyta była czymś dobrym, bo dobrze się jej słuchało w tamtym czasie. Słyszałem jednak też od ludzi, że nie są już w stanie do niej wrócić, bo za bardzo przypomina im pandemię. Cieszę się, że ją wydaliśmy. Myślę, że znalazły się na niej jedne z naszych najlepszych utworów, ale jednocześnie jest to album, który bez wątpienia stanowi świadectwo tamtego czasu.

Jesteśmy tu oczywiście po to, żeby porozmawiać o waszym nowym albumie, Hotel Usona. Słucham go w kółko od kilku dni i muszę powiedzieć, że jest wspaniały. Widziałam też kilka recenzji i wszystkie były bardzo pozytywne. Czy świadomość, że płyta już teraz spotyka się z tak dobrym przyjęciem, sprawia, że mniej się denerwujesz przed premierą? Czy nadal towarzyszy ci niepewność?
Niepewność jest zawsze. To po prostu coś, z czym ja i reszta zespołu musimy się mierzyć. Jestem jedną z tych osób, które czytają recenzje i nawet jeśli dwadzieścia z nich będzie dobrych, a jedna taka sobie, pomyślę: No właśnie, ta jedna! Dlaczego? Muszę się więc na to psychicznie przygotować. Problem z wydawaniem płyt w dzisiejszych czasach polega na tym, że nagraliśmy ten album mniej więcej rok temu. Sama świadomość, że wreszcie się ukaże, jest więc wspaniała. Towarzyszy temu ogromne wyczekiwanie. Chcesz po prostu, żeby płyta w końcu ujrzała światło dzienne. A kiedy już się ukaże, będę szczęśliwy, że mogę myśleć o czymś innym.
Ale nadal będziesz musiał o niej rozmawiać!
Tak, ale to akurat mi nie przeszkadza. Nie mam nic przeciwko rozmawianiu o płycie. Chodzi o to, że zawsze możesz nagrać gniota. Ludzie mogą powiedzieć: To jest beznadziejne. A przecież dopiero po znacznie dłuższym czasie okaże się, jak ta płyta zostanie zapamiętana. Uważałem, że nasz poprzedni album był naprawdę dobry. Myślałem sobie: O, piszemy krótkie, konkretne kawałki. Nie są takie powolne. Wydawało mi się, że ludziom bardzo się to spodoba. Ale z perspektywy czasu wygląda na to, że nie polubili ich tak bardzo jak naszych długich, powolnych utworów. Więc nie potrafię tego przewidzieć. Nie wiem, co podoba się ludziom.
W którym momencie zacząłeś postrzegać poszczególne utwory jako różne pokoje w tym hotelu? Czy był to koncept, który przyświecał ci od początku pisania płyty, czy raczej pomysł, który pojawił się, kiedy utwory były już gotowe?
Zwykle pracujemy w ten sposób, że Greg i reszta zespołu zajmują się muzyką, a ja dopiero później jej słucham i piszę do niej teksty. Tym razem wyglądało to jednak nieco inaczej. Alex, nasz perkusista, i ja zostaliśmy ojcami mniej więcej w tym samym czasie, więc zrobiliśmy sobie przerwę. Byliśmy dość zajęci, a Greg miał pracować nad muzyką samodzielnie. To on jest głównym kompozytorem w zespole, więc samo w sobie nie było to niczym nowym. Nowością było raczej to, że przez kilka miesięcy siedział sam przed komputerem, całkowicie pochłonięty pracą.
Zanim zaczął, powiedziałem mu mniej więcej: Będę pisał tak, jakby wszystko działo się w pokojach jakiegoś budynku. Prawdopodobnie hotelu, choć jeszcze nie jestem pewien. Sam nie wiedziałem, kiedy znajdę czas na pisanie tekstów. Miałem przecież małe dziecko. To dało mi pewną swobodę, bo kiedy dostałem muzykę, mogłem po prostu zastanowić się, jak dany utwór wpisuje się w mój koncept. Wcześniej wyglądało to zazwyczaj tak, że słuchałem muzyki i zastanawiałem się, jakie emocje we mnie wywołuje. To właśnie one decydowały o tym, o czym będzie tekst. Przy nowym podejściu nadal możesz kierować się emocjami, ale nie musisz wszystkiego wymyślać od zera. Możesz zadać sobie pytanie: O jakiej postaci będzie ten utwór? O jakim aspekcie hotelu opowie? A kiedy dostałem już muzykę i byliśmy gotowi do nagrywania, Ameryka zaczęła naprawdę koncertowo wszystko spieprzać. Pomyślałem więc, że ta płyta będzie o kondycji Ameryki. Miałem nadzieję, że dzięki temu łatwiej będzie mi o tym pisać, bez zbytniej dosłowności i nachalnego wykładania kawy na ławę. Że opowieść o hotelu, potraktowana jako alegoria, będzie po prostu ciekawszym sposobem na poruszenie tych tematów.
Wspomniałeś, że od początku myślałeś o hotelu. Zastanawiam się jednak, czy postrzegasz przebywających w nim ludzi bardziej jako gości czy raczej jako więźniów.
To zależy. Dla niektórych Ameryka jest wspaniałym miejscem. Są ludzie, którzy zarabiają fortunę kosztem innych i żyją z dala od całej reszty. To oni zajmują luksusowe apartamenty na najwyższych piętrach. Ale jest też mnóstwo ludzi, którzy nie mają zbyt wiele. Żyją od wypłaty do wypłaty. Może nawet nie mają własnego pokoju, tylko błąkają się po korytarzach. Oficjalnie są w Ameryce i w pewnym sensie korzystają z jej dobrodziejstw – z klimatyzacji czy choćby z tego, że mają dach nad głową. Ale nie są w pełni częścią tego wszystkiego. Kiedy wiedziałem już, że będzie to hotel, pomyślałem, że Ameryka nie może być po prostu jakimś starym, nawiedzonym domem. Przecież mieszkasz tutaj na określonych warunkach, płacisz za to, żeby tu być, i wszyscy dokładają się do utrzymania tego miejsca. To bardziej relacja oparta na wymianie finansowej. Dlatego właśnie hotel. Poza tym przez te wszystkie lata spędzone w trasie zebrałem mnóstwo doświadczeń związanych z hotelami i wiem, jakimi dziwnymi miejscami potrafią być.
W przeszłości w swoich tekstach często poruszałeś temat żałoby, trudnych doświadczeń i rzeczy, które już się wydarzyły. Czy ojcostwo skierowało twoją uwagę bardziej ku przyszłości, a może nawet ku nieco bardziej optymistycznym tematom?
Zdecydowanie. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy pojawia się dziecko, odczuwasz pewną ulgę. Wcześniej martwisz się tym, kim jesteś; nie wiesz, jakie jest twoje miejsce na świecie. To bardzo egocentryczne podejście, ale nie ma w nim nic złego. Kiedy jednak masz dziecko, odpowiedź na te pytania pojawia się sama. Twoim zadaniem jest opiekować się tym dzieckiem i tyle. Nie musisz już przejmować się tym, jak postrzegają cię inni, i tym podobnymi sprawami. To ciekawe, bo na wszystkich poprzednich płytach Protomartyr obecne były gniew i przekonanie, że świat jest popieprzony. Ale kiedy masz dziecko, wszystko staje się jeszcze bardziej wyraziste. Myślisz sobie: Nie mogę uwierzyć, jak bardzo ten świat jest zjebany. Nie mogę uwierzyć, że sprowadziłem na niego dziecko. Ten gniew staje się więc bardziej ukierunkowany. Jednocześnie bardzo interesujące jest to, że nie musisz już skupiać się na sobie, bo to dziecko staje się najważniejsze.
Musisz jednak zmierzyć się z faktem, że bycie wokalistą zespołu to bardzo egocentryczne zajęcie. Trzeba jakoś pogodzić to z posiadaniem dziecka. Bo tekst w rodzaju: Muszę teraz pomyśleć o swoich tekstach nie sprawdza się, kiedy akurat próbujesz zmienić pieluchę. Musisz więc nauczyć się sporej pokory. Ale świadomość, że znalazłeś odpowiedź na pytanie kim jesteś, że jesteś ojcem i musisz troszczyć się przede wszystkim o tę jedną, najważniejszą dla ciebie istotę, daje ogromne poczucie wolności.
W jednym z wywiadów przyznałeś, że odkąd zostałeś ojcem, czytasz mnóstwo książek dla dzieci. Czy ojcostwo zmieniło też twoje podejście do języka – to, na co zwracasz w nim uwagę, co uważasz za warte powiedzenia albo jak bezpośredni chcesz być w swoich tekstach?
Przede wszystkim dużo słucham teraz dziecięcych piosenek, a prostota ich tekstów bywa czasami doprowadzająca do szału. To jest naprawdę okropne. Ale zanim zabierałem się za pisanie tekstów, często słuchałem też muzyki folkowej i robiłem to z podobnego powodu. Mam tendencję do nadmiernego komplikowania wszystkiego. Uwielbiam grzęznąć w szczegółach, pisać za dużo i za bardzo zagłębiać się we własne myśli. Tymczasem w dziecięcej opowieści czy piosence musisz przedstawić jakąś historię w ograniczonym czasie, używając niewielu słów, które dziecko będzie w stanie zrozumieć. To naprawdę dobra lekcja pisania piosenek dla każdego. Dlatego słuchanie tych rzeczy okazało się dla mnie bardzo pouczające. Było to też przyjemne, bo wiele z tych piosenek i książek pamiętam z własnego dzieciństwa. Na szczęście moja córka jest jeszcze na tyle mała, że nie wykształciła własnego gustu, więc mogę jej mówić: O, a teraz pokażę ci wszystkie rzeczy, które ja lubię!. Ale kiedy już będzie potrafiła powiedzieć, co jej się podoba, a co nie, jestem pewien, że wiele rzeczy, które lubiłem jako dziecko, wyląduje w koszu.
Nadal mieszkasz w Detroit?
Tak, tuż za miastem. Przeprowadziłem się.

Mam więc pytanie o Detroit. Wiem, że jako zespół jesteście już trochę zmęczeni tym, że nieustannie opisuje się waszą muzykę przez pryzmat tego miasta. Chciałabym jednak, żebyś opowiedział o nim komuś, kto zna je wyłącznie ze stereotypowych wyobrażeń o smutnym, opustoszałym miejscu. Co jest w Detroit wyjątkowego? I jak wygląda tamtejsza scena muzyczna?
Kiedy zaczynaliśmy, pochodzenie z Detroit zdecydowanie działało na naszą korzyść. Było swego rodzaju skrótem myślowym. Ludzie mieli już jakieś wyobrażenie o tym mieście, a nam bardzo to pomagało. Powiedziałbym, że od czasu kiedy założyliśmy zespół, Detroit bardzo się zmieniło. Gramy już od szesnastu lat i przez ten czas zaszło tu naprawdę wiele zmian. To, co jest w nim wspaniałe, to fakt, że jest dużym miastem o charakterze małego miasteczka. Pod wieloma względami panuje tu małomiasteczkowa atmosfera, gdzie wszyscy mniej więcej się znają. I to jest ogromna zaleta.
Jeśli chodzi o stereotypy, to rzeczywiście sytuacja na rynku pracy jest fatalna. Nie ma zbyt wielu miejsc pracy, bo duża część przemysłu stąd zniknęła i tak naprawdę nic jej nie zastąpiło. Przez ostatnie piętnaście lat wielu młodych ludzi próbowało przeprowadzić się do Detroit. Przyjeżdżali, po czym orientowali się, że nie ma tu zbyt wielu możliwości zatrudnienia i wyjeżdżali. Właśnie dlatego Detroit będzie trudno stanąć na nogi. Po prostu brakuje tu pracy. Ale w ciągu ostatnich piętnastu lat zaczęto też poświęcać miastu więcej uwagi. Ludzie się tu sprowadzają, podejmowane są próby uporządkowania przestrzeni i ożywienia centrum. To oczywiście dobrze, ale trzeba jeszcze zadbać o dzielnice, w których faktycznie mieszkają ludzie.
Jeśli chodzi o scenę muzyczną, jest naprawdę świetna, przede wszystkim dlatego, że życie tutaj wciąż jest stosunkowo tanie. Czynsze są całkiem przystępne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak drogo jest teraz wszędzie indziej. W Detroit nadal można mieszkać za niewielkie pieniądze. Są miejsca, w których można grać; są bary, a do tego dochodzi ta niewielka, wspierająca się społeczność, o której wspominałem.
Nie ma tu też jakiejś szczególnej rywalizacji. To nie jest tak, że istnieje scena Detroit, na której możesz wspiąć się na sam szczyt i zostać królem. Jeśli chcesz osiągnąć coś więcej, wyjeżdżasz. Do Chicago, Nowego Jorku albo Los Angeles. Nikt więc nie próbuje wspinać się po plecach innych, żeby dostać się na szczyt. Wszyscy ze sobą współpracują. I nikt nie traktuje cię w jakiś szczególny sposób tylko dlatego, że grasz w Protomartyr. Nikogo to, kurwa, nie obchodzi. A to akurat bardzo dobra rzecz dla sceny muzycznej. Ponieważ ludzie nie mają poczucia, że odniosą wielki sukces, robią to po prostu z miłości do muzyki. Myślę, że dzięki temu jest tu więcej kreatywności. Pojawia się też mnóstwo młodych zespołów, które dostrzegają w tym swoją szansę. Zresztą my sami zaczynaliśmy dokładnie w ten sposób. Pomyśleliśmy: Nie ma tu zbyt wiele do roboty, ale granie w zespole to coś, co łatwo tutaj zacząć. I można się przy tym dobrze bawić!
Dave Fridmann [producent Hotel Usona] słynie z nadawania płytom potężnego, wręcz fizycznie odczuwalnego brzmienia. Czy podczas pracy w studiu zdarzył się moment, kiedy skala tego, jak ogromne może stać się wasze brzmienie, zaczęła cię niepokoić? Może pomyślałeś, że to już przesada, ale ostatecznie wyszło wam to na dobre?
Albo na złe! Że to był straszny błąd! [śmiech] To Greg najbardziej chciał z nim pracować. Miał ku temu dwa powody. Po pierwsze, wysłał Dave’owi dema, które brzmiały dosyć gównianie, bo przecież były tylko demami. Greg nad nimi pracował, ale nie brzmiały jeszcze tak, jak sobie to wyobrażał. Dave natomiast od razu coś w nich usłyszał. Mówił na przykład: O, podoba mi się ten fragment. Zachowamy go z dema, bo udało ci się w nim zupełnie naturalnie uchwycić coś ciekawego. Od samego początku świetnie się więc z Gregiem dogadywali. To zawsze dobry znak, bo Greg często przystępuje do pracy nad płytą z jakąś nadrzędną wizją, którą trudno mu przekazać innym. Jeśli ktoś potrafi od razu ją zrozumieć, to świetnie.
Greg chciał, żeby na albumie pojawiło się mnóstwo instrumentów dętych. Zależało mu na potężnym brzmieniu, ale bez nakładania na siebie kolejnych warstw gitar. Chciał, żeby muzyka była ciężka, ale nie w ten oczywisty sposób. Uważał, że Dave najlepiej poradzi sobie z osiągnięciem takiego efektu. I myślę, że rzeczywiście się udało. Jeśli chodzi o mnie, praca w studiu zawsze wygląda tak samo. Trzy dni zajmuje nagranie perkusji, kolejne cztery dni schodzą na resztę instrumentów, a ty czekasz, aż w końcu przyjdzie pora na wokale. Kiedy już zaczynasz je nagrywać, masz wrażenie, że nigdy nie dostajesz wystarczająco dużo czasu.
Oni spędzają całe dnie na budowaniu tych kryształowych katedr, a potem ty musisz do nich zaśpiewać. I słyszysz: O, dobra, jest świetnie. A ty na to: Zaraz, chwileczkę! Ale tak to już po prostu wygląda. Tym razem mieliśmy najwięcej czasu na nagrania w całej naszej historii. Sesje podzieliliśmy też na dwie części, co bardzo pomogło. Jednak po nagraniu siódmej płyty mogę już śmiało powiedzieć, że nie jestem człowiekiem stworzonym do pracy w studiu. Może naoglądałem się zbyt wielu kiepskich filmów, bo zawsze wyobrażam sobie, że wejdziemy do studia i nagle napiszemy piosenkę albo od razu dopadnie nas jakiś przypływ kreatywności. A to nigdy się nie zdarza. Po prostu przychodzisz tam wykonać swoją robotę. To bardziej przypomina pracę w biurze niż to, co sobie wyobrażałem. Myślałem: Studio Dave’a Fridmanna! To będzie jak fabryka czekolady! Ale nie. Było całkiem przyjemnie, tylko nie było w tym żadnej magii. Tyle mogę powiedzieć.
Na Hotel Usona pojawiają się inspiracje muzyką Bliskiego Wschodu. To pewnie pytanie bardziej do Grega, ale zastanawiam się, czy masz jakieś przemyślenia na ten temat.
Cóż, od dawna miałem nadzieję, że Greg zacznie czerpać z tych inspiracji, bo ma libańskie korzenie. Pamiętam, że kilka lat temu bardzo się ucieszył, kiedy dowiedział się, że Dick Dale, gitarzysta surfrockowy, również miał libańskie pochodzenie. Zareagował mniej więcej tak: Aha! To dlatego jego gitara brzmi właśnie w ten sposób! Myślę jednak, że Greg nie chciał też robić tego zbyt ostentacyjnie. To byłoby trochę tak, jakbym ja nagle stwierdził: Musimy sprawić, żeby nasza muzyka brzmiała jak muzyka irlandzka! Chociaż akurat bardzo chętnie bym to zrobił.
Wydaje mi się, że w miarę jak rozwijał swój warsztat i poszukiwał nowych brzmień, doszedł do momentu, w którym poczuł, że naprawdę może mocniej włączyć te inspiracje do naszej muzyki. I to jest świetne – czerpać z najróżniejszych źródeł, żeby trochę namieszać i wprowadzić coś nowego. Zresztą na scenie muzycznej doskonale widać, nie wymieniając nazw zespołów, kto szuka inspiracji w wielu różnych miejscach, a kto ogranicza się do myślenia: Gramy post-punk, więc będziemy inspirować się wyłącznie post-punkiem. Przecież zespoły postpunkowe też nie czerpały inspiracji wyłącznie z jednego gatunku. Trzeba szukać ich wszędzie, gdzie tylko się da. To właśnie dzięki temu kształtuje się własne brzmienie.

Chciałabym teraz zapytać o stronę wizualną, bo to ty ją tworzysz. Często podkreślasz, jak bardzo lubisz pracować ręcznie, korzystać z kserokopiarek i podobnych metod. Co tak bardzo cię w tym fascynuje?
Przez długi czas czułem się trochę głupio z tym, że nie potrafię obsługiwać Photoshopa ani podobnych programów. Po prostu nigdy mnie to nie interesowało. Ale teraz, zwłaszcza odkąd pojawiła się sztuczna inteligencja i widzisz ją dosłownie wszędzie… Nie wiem, jak to wygląda u was, ale tutaj wystarczy przejść się ulicą i niemal każda restauracja ma już jakieś grafiki wygenerowane przez AI. A ja lubię fizyczny wymiar pracy. Lubię to, że mam pewne ograniczenia i że popełniam własne błędy. Jeśli miałbym określić swój styl artystyczny, powiedziałbym, że jest połączeniem błędów, które popełniałem przez lata. Podoba mi się to, jak bardzo osobisty jest ten proces. Na początku istnienia zespołu myślałem sobie: No dobra, ledwo potrafię śpiewać, więc przynajmniej tyle mogę zrobić.
Zajmowałbym się tworzeniem okładek, nawet gdybym nie grał w zespole. Po prostu chciałem mieć taką możliwość. Kiedy masz własny zespół, możesz naprawdę robić wszystko po swojemu. I to była jedna z największych radości, jakie dało mi granie w Protomartyr. Sam fakt, że mogę się tym zajmować. Robię to po prostu dlatego, że sprawia mi to przyjemność. Trochę martwi mnie jednak sytuacja z kserokopiarkami, z których korzystałem przez tyle lat. Nie ma ich już w miejscach, do których zwykle chodziłem. Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę będę musiał kupić sobie własną kserokopiarkę. A są bardzo drogie, więc wolałbym tego uniknąć.
Te, które są teraz dostępne, są po prostu kiepskie. Może mają w sobie AI? Nie chcę wszystkiego na nią zwalać, ale w punkcie, do którego chodzę, z tych kserokopiarek usunięto wszystkie funkcje, które były dla mnie interesujące z artystycznego punktu widzenia. Pewnie chodziło o oszczędności, o jakieś uproszczenie ich działania. Ale w ten sposób właściwie je zniszczyli. Zobaczymy więc, jak będzie wyglądała następna płyta. Może zrobię ją przy pomocy AI? Kto wie!
… nie, nie zrobię.
Skoro już mówimy o sztucznej inteligencji, w branży muzycznej trwa obecnie ogromna dyskusja na temat AI, która może tworzyć muzykę bez udziału muzyków, bez jakiegokolwiek wkładu człowieka. Jak ty na to patrzysz jako muzyk? Uważasz, że to realne zagrożenie?
Tak, zdecydowanie. Zawsze łatwo rozpoznać, kto będzie na tym zarabiał, bo to właśnie ci ludzie przekonują wszystkich, jakie to wspaniałe. Muzyka już wcześniej, między innymi za sprawą streamingu, została w pewien sposób sprowadzona do produktu. Odebrano jej ludzkiego ducha, a teraz dostaje kolejny, być może ostateczny cios. Ale nie sądzę, żeby sztuczna inteligencja całkowicie zabiła muzykę.
Oczywiście lokalne sceny muzyczne staną się jeszcze ważniejsze. Ludzie, których znasz, którzy potrafią grać i tworzyć muzykę – to wszystko zawsze będzie żywe. Rozumiem, kiedy ktoś mówi: Och, to przecież tylko narzędzie. Owszem, to tylko narzędzie, ale wydaje mi się, że nie ma w nim żadnej różnorodności. Wszystko będzie brzmiało tak samo. Nawet jeśli wpiszesz: Zrób coś innego. Pokaż mi coś, czego jeszcze nie było, nie sądzę, żeby w ten sposób działała ludzka kreatywność. Może oczywiście powstanie z tego jakaś zupełnie nowa forma twórczości. Życie będzie toczyć się dalej, a my zaczniemy wręczać nagrody ludziom, którzy najlepiej potrafią wpisywać prompty.
Dla mnie to coś antyludzkiego. Coś, co stoi w sprzeczności z człowieczeństwem. W zasadzie wszystkie formy sztucznej inteligencji. Potrafię sobie wyobrazić, że AI przydaje się do pewnych rzeczy, ale lista takich zastosowań jest moim zdaniem dość krótka. Uważam, że powinna całkowicie trzymać się z dala od działalności twórczej. Choć prawdopodobnie jest już za późno, żeby ją powstrzymać.
Iggy Pop określił ten album jako niemal wagnerowski i zwrócił uwagę na jego modalny oraz chromatyczny charakter. Zaskoczyło cię takie porównanie?
Cóż, zaskoczył mnie już sam fakt, że Iggy Pop w ogóle zechciał coś o nas napisać. A do tego powiedział coś interesującego. Nie ograniczył się do stwierdzenia: To świetna płyta. Było widać, że naprawdę się nad nią zastanowił. W pewnym sensie wychwycił to, że Greg chciał nadać temu albumowi potężne brzmienie. Właśnie na to zwrócił uwagę. I było też jasne, że nie wrzucił tego do AI, żeby napisała tekst za niego. Użył tak osobliwych sformułowań i przedstawił tak dziwne pomysły, że od razu było wiadomo, że to jego własne przemyślenia. Więc tak, to było świetne.

Jest pewna sprzeczność w tym, że jesteście zespołem docenianym przez krytyków, koncertujecie na całym świecie i macie na koncie siedem albumów, a jednocześnie wasza sytuacja finansowa potrafi być bardzo niepewna. Zastanawiam się, czy przepaść między sukcesem artystycznym a bezpieczeństwem finansowym jest dziś większa niż wtedy, kiedy zaczynaliście.
Powiedziałbym, że tak. Z kilku powodów. Przede wszystkim nikt nie ma zagwarantowanego sukcesu w branży muzycznej ani nie może uważać, że mu się on należy. Poza tym każdy z nas inaczej definiuje sukces. Moja rada dla początkujących zespołów jest taka: niczego nie oczekujcie, a wtedy wszystko, co się wydarzy, będzie po prostu miłą niespodzianką. Kiedy zaczynaliśmy, powiedzieliśmy sobie: Nagrajmy singiel na siedmiocalowym winylu. I nagraliśmy. Potem pomyśleliśmy: Może zagrajmy kilka koncertów poza Michigan, gdzie mieszkamy? Pojedźmy do Chicago, pojedźmy do Nowego Jorku.
Te wszystkie małe cele stopniowo się nawarstwiały, aż w końcu oglądasz się za siebie i myślisz: O, mamy karierę! Ale muszę przyznać, że pod względem finansowym to naprawdę fatalna branża. Zwłaszcza dla zespołu na naszym poziomie. Jesteśmy na tyle duzi, że ludzie chcą nas oglądać, więc chcemy jeździć w różne miejsca. Ale nie jesteśmy na tyle duzi, żeby wyprzedawać tam wielkie sale koncertowe. W zasadzie ledwo wiążemy koniec z końcem. A kiedy masz dziecko, zaczyna to mieć dla ciebie jeszcze większe znaczenie. Zastanawiasz się, dlaczego wyjeżdżasz z domu, żeby ledwo zarobić na życie.
Zanim zostałem ojcem, zupełnie mnie to nie obchodziło. Myślałem sobie: To jest szczyt moich życiowych osiągnięć. Mogę robić właśnie to! Teraz, kiedy mam dziecko, trochę częściej nachodzą mnie myśli w rodzaju: Po co my właściwie…? Ale staram się nie podważać sensu istnienia zespołu. Gramy razem już od szesnastu lat i nie chcę tego kwestionować. Skoro wciąż idziemy naprzód, to znaczy, że jest ku temu jakiś powód. Kiedy zakładaliśmy zespół, byłem w nim tym starym gościem, a pozostali byli młodzi. Teraz wszyscy jesteśmy starymi gośćmi i oni też zaczynają odczuwać trudy tego życia, na przykład fizyczne skutki tras koncertowych. Oni też chcieliby mieć trochę pieniędzy.
Ale myślę, że tym, co trzyma nas razem, jest przede wszystkim potrzeba tworzenia. Naprawdę świetnie nam się razem pracuje. Doskonale dogadujemy się w trasie, świetnie gra nam się koncerty. Pod każdym innym względem wszystko działa jak należy. Gdyby odjąć od tego pieniądze, bylibyśmy najlepszym zespołem na świecie! Kwestie finansowe to jedyny problem, który nieustannie wisi nam nad głowami. Ale trzeba jakoś działać dalej. Zresztą co innego miałbym robić? W tym wieku jestem już chyba za stary, żeby zająć się czymkolwiek innym. Zobaczymy więc, jak to wszystko się potoczy.
