Miasto Salem w stanie Massachusetts słynie z dwóch rzeczy — przeprowadzonego pod koniec XVII wieku procesu o czary, w którego skutek z 200 sądzonych osób zabito 19 „winnych” i Converge. O ile tą pierwszą nie ma się co jarać, bo polowania na czarownice w USA nie mają nawet startu do naszych europejskich wyczynów, o tyle czwórką gówniarzy z sąsiedztwa, którzy zapracowali na miano pionierów scenicznego wpierdolu już podniecać się warto.
Nigdy się na nich nie zawiodłam, chociaż nie każdy album kocham. Podróżują po obrzeżach gatunków, czasem skręcą w metal, czasem bardziej połamią rytm — prawo artystów do eksploracji — ale zasadniczo są jak endokrynolodzy w Warszawie — trudno znaleźć dobrego, mimo że to i tak wąska specjalizacja, dlatego warto się ich trzymać. W tym roku pokusili się o wydanie drugiego albumu, bo kiedy nagrali „Love is Not Enough”, okazało się, że nie do końca to mieli na myśli, a poza tym powstało morze materiału. Podobno zamierzali brzmieć noise rockowo, ale „wyszło jak zwykle”, bardzo metalowo, dla mnie trochę meh i ziew. Nawet nie dało się przy tym poużalać nad sobą w walentynki, ale „Hum Of Hurt”… to zupełnie co innego. Zupełnie co innego…
No to co, przelecimy się teraz po numerach od góry do dołu, shall we?
„Slip the Noose” wjeżdża z buta, uświadamiając mi od razu, że to nie będzie album z gatunku „bierzemy jeńców” tylko album z gatunku „plądrujemy, gwałcimy i palimy mieszkańców wioski uprzednio zamykając ich w stodole”. Granie oczywiście nie jest jakoś bardzo nowatorskie, ale doza wściekłości, perfekcyjnych gitar i galopującej na wszystkie strony perki została tutaj odmierzona perfekcyjnie. Następnie przechodzimy do jednego z singli promujących płytę, „Doom in Gloom” z lekko noise rockową zwrotką i refrenem, który jakimś cudem sprawia, że zaczynam marzyć o przytulaniu spoconych marynarzy. Ahoj.
Dalej jest tylko gorzej. Wita mnie „It Only Gets Worse”, bardzo ciężki i dynamiczny, wkurwiony jak Bąkiewicz na paradzie równości, przypomina mi na raz wszystkie numery z moich ukochanych albumów zespołu Shora, który niestety już nie istnieje. To się nazywa „szkoda całkowita”, a ja jestem dygresyjna, zawracam do meritum. ”Detonator” jest spokojny i bardziej klasyczny, z miękkim wokalem w momentach, które u Bannona jakoś akurat mi nie wadzą. Kolejny numer to „I Won’t Let You Go”, najbardziej romantyczny, rozpoczęty dosłownie frywolną jak dla mnie partią gitarową uprzedzającą pierdolnięcie, jakiego się nie spodziewałam, a wszystko w imię miłości. Tę głęboką uczuciowość podsyca zaś podążający jego śladem galopując „It’s Not Up To Us”, przypominając nam, że wszyscy bierzemy udział w wyścigu, na który się nie pisaliśmy i w którym żadne z nas nie wygra.
„Dream Debris” jest autoportretem opartym na głębokiej linii pulsującego gdzieś w mózgu basu wzmacnianego tętentem tomów, natomiast instrumentalny „It Used To Matter” w mojej opinii pełni rolę przydługiego wstępu do utworu tytułowego – „Hum of Hurt” – który jest zwyczajnie po prostu kurwa epicki, mimo że brzmi metalowo i klasycznie zwłaszcza w partii refrenu, co kojarzy mi się z szantami i przypomina raz o miętoleniu wilków morskich w zawilgotniałej okrętowej kajucie. Dzieło kończy się zaś na potężnym „Nothing is Over”, którego tytuł i tekst, o ironio, zapowiada nowy początek, jeśli tylko będziemy w stanie o niego zawalczyć.
„We must rage for the dying light…”
„Hum” w nazwie albumu nawiązuje do tajemniczego zjawiska niskotonowego buczenia, szumu lub dudnienia nazywanego niekiedy „dźwiękiem ziemi” słyszalnego zazwyczaj przez niewielki odsetek populacji na danym obszarze. „A co jeśli ten dźwięk uosabia interferencję całego bólu na świecie, słyszalną w całym kosmosie? Coś, co zauważają ludzie o podobnej wrażliwości emocjonalnej”. pyta Bannon. Ja słyszałam go nieraz w Norweskich górach. Starsze pokolenia z rejonów łańcucha Gór Skandynawskich mawiają, że te skały potrafią śpiewać. A może to cisza sprawia, że narząd słuchu wyłapuje dźwięk procesów biologicznych?
Mimo iż chłopaki z Salem od zawsze utrzymywali, że grają po prostu „agresywną muzykę”, w ich sztuce nigdy nie chodziło wyłącznie o wpierdol. Bannon jest jednostką silnie autorefleksyjną i niesamowicie wrażliwą, jego teksty nawet opowiadając wprost o nim, uderzają w najczulsze punkty w człowieku, zaś utożsamiać się z nim to dwojako zaszczyt i tragedia dla jednostki.
„When I was just a boy
I so wanted to be loved
When I thought I held your hand
I know now it was a gun”
„Hum Of Hurt” to nie jest jakiś tam kolejny album, to wycieczka w głąb siebie majestatycznie różnorodną, czasem trudną, miejscami śliską trasą. Technicznie doskonała, matematycznie nieprzewidywalna, piękna i dojrzała płyta. I nawet tego noise rocka im się trochę udało jednak wcisnąć. Oczywiście marzę o usłyszeniu jej na żywo, ale Converge niestety już dawno wyrośli z kameralnych klubików, na które jeszcze może mnie stać, a na trasie ich wycieczki nie figuruje w tym roku Polska. Berlin też wyprzedany. Tym, którym się uda gdziekolwiek ich zobaczyć, ze szczerego serca zazdroszczę.
