To ciekawe, jak zwodnicza bywa pamięć. Zapamiętałam Alexa jako trudnego rozmówcę, ale kiedy wreszcie odpaliłam nagranie okazało się, że było zupełnie inaczej. Mój towarzysz rozmowy był wesoły i wyluzowany, piekielnie inteligentny i niesamowicie skromny. Na kilka godzin przed przemianą w sceniczną bestię porozmawialiśmy o życiu w trzeźwości, poezji, dobrych i złych wokalistach, ostatniej płycie i życiu w trasie, które wokalista Daughters kocha ponad wszystko. Zespół zagra na tegorocznej edycji OFF Festival – ich koncert to pozycja obowiązkowa!

Jak sobie radzisz na trasie, od kiedy jesteś trzeźwy?
Jest o wiele ciężej. Teraz, kiedy jesteśmy bardziej popularni, koncertów jest więcej i chciałbym się bardziej socjalizować. To potrafi być frustrujące. Trasa sama w sobie też jest strasznie męcząca. Większość dnia spędzamy na podróży i nudzeniu się… od początku miesiąca zagraliśmy jakieś cztery koncerty. Na szczęście reszta naszych dat to granie dzień po dniu, więc będziemy się tylko przemieszczać i grać. Wreszcie poczuję się jak w trasie. Teraz czuję się jak na wycieczce… z tym, że nic nie zwiedzam. Bardzo nudne wakacje.

Na filmach wygląda to o wiele ciekawiej.
To prawda, ludzie myślą, że to super zabawa. To znaczy… wiesz, od ciebie zależy, jak będziesz się bawiła na trasie. Ale to nie jest urocze zajęcie. Mamy grafik, którego musimy się trzymać. Bardzo napięty grafik.

Czy bez używek nie jest trudniej wczuć się w koncert?
Nie sądzę. Kiedyś, kiedy piłem, myślałem, że nie będę umiał tego zrobić bez alkoholu… Myliłem się. Jedyne, co się zmieniło, to mówienie do publiki. Kiedyś uwielbiałem to robić. Teraz nie znoszę. Nienawidzę, kiedy mamy przerwy między piosenkami, chłopaki się stroją… ja chcę tylko śpiewać. To bywa frustrujące. Są ludzie, którzy potrzebują alkoholu, żeby występować. Ale to tylko świadczy o tym, że nie są prawdziwymi artystami, że to fasada.



Dostosowanie się do życia w trzeźwości zajmuje trochę czasu, na początku może być bardzo ciężko.
Jasne, trzeba na nowo nauczyć się żyć. Byłem zawodowym alkoholikiem, piłem codziennie, cały czas. Dla mnie trzeźwość była jak rehabilitacja po ciężkim wypadku, kiedy uczysz się stawiać kroki na nowo. Musiałem zrozumieć, jak socjalizować się z ludźmi, jak z nimi przebywać, jak funkcjonować. Ale zacząłem śpiewać, bo chciałem. To nie był pijacki pomysł. Dopiero potem przyszły narkotyki i alkohol. Ja zawsze chciałem robić sztukę, grać. Po prostu musiałem znaleźć nową drogę. Teraz jestem bardziej konsekwentny, mam silny związek z tym, co robię. Czuję się za to odpowiedzialny. Kiedyś urywał mi się film cały czas, zagrałem tak wiele koncertów, których kompletnie nie pamiętam. Kiedy teraz o tym myślę, to jest to dla mnie strasznie żenujące. Byłem dupkiem, zachowywałem się jak idiota… zaczęła się za nami ciągnąć opinia zespołu, gdzie wokalista zawsze się rozbiera i sika komuś do butów. Ludzie zaczęli przychodzić na nasze koncerty tylko z tego powodu, nie obchodziła ich nasza muzyka. Dlatego wydaje mi się, że wyszło nam to wszystkim na dobre. Teraz zależy mi bardziej na tym, co tworzę i potrafię z tym współegzystować.

Kiedy rozmawiałam z Gregiem Puciato, przyznał, że męczył go bardzo wizerunek wokalisty-małpy (link do wywiadu). Czuł, że ludzie oczekują od niego, że co wieczór będzie skakał po scenie z zakrwawionym czołem.
Jestem świadom pewnych oczekiwań, ale nie mam najmniejszej potrzeby sprostania im. Oczywiście jesteśmy tutaj, żeby zagrać koncert i dać jak najlepsze show, ale gram, bo kocham to robić… oczywiście dostaję za to pieniądze, koniec końców jest to praca. Nie chcę jednak czuć, że mam jakieś obowiązki. Nie chcę wychodzić na scenę i zastanawiać się, co teraz powinienem zrobić. Udawać, że się dobrze bawię, albo że jestem szalony… To ciekawe, że Greg powiedział coś takiego, bo widziałem ostatnio The Black Queen i…

Skakał po ścianach?
Dokładnie (śmiech)! Ostatnio rozmawialiśmy o jakichś wspólnych datach… kurde, nie powinienem o tym mówić. W każdym razie rozmawialiśmy też o pracy na scenie. Robimy to już tyle lat, że nawet jeżeli starasz się od tego uciec, to jest to już zbyt głęboko w tobie. I jak widać, wychodzi to z ciebie, nawet jeżeli starasz się tego nie robić. Oprócz bycia performerem chcę być też wokalistą. Nie potrafiłem śpiewać, kiedy zaczynałem występować. To była drugorzędna sprawa. Najważniejsza zawsze była relacja z publicznością – jak oni reagują na mnie, a ja na nich.



Przez Daughters przewinęła się masa muzyków. Nawet teraz, na trasie europejskiej, waszego basistę zastąpi Chris z METZ. Czy zgrywanie się na nowo po tylu latach zajmuje wam mniej czasu, jest łatwiej?
To potrafi być frustrujące. Kiedy spojrzysz na inne zespoły, mają to bardziej usystematyzowane – wypuszczają płytę, jadą w trasę, wypuszczają kolejną płytę, znowu jadą w trasę. Pomiędzy naszymi płytami są dłuższe przerwy, plus ta ostatnia, ośmioletnia… to wszystko było spowodowane właśnie zmianami personalnymi. Ludzie przychodzili, odchodzili… kiedy wyruszaliśmy w trasę, trzeba było uczyć nowe osoby, potrzebowaliśmy czasu, żeby się zgrać, ta osoba musiała zacząć czuć się komfortowo z nami, więc… nie jest łatwo. Gdyby to ode mnie zależało, chciałbym, żeby nasz skład nie zmienił się przez ostatnie 20 lat, ale niestety tak nie wyszło.

Założyliśmy zespół, kiedy mieliśmy dwadzieścia kilka lat. Ja akurat od zawsze wiedziałem, że chcę robić muzykę, ale inni ludzie rozeszli się w swoje strony. Nasz pierwszy gitarzysta, Jeremy, który wyreżyserował teledysk do Less Sex, odszedł z zespołu, żeby studiować. Chciał być reżyserem. Potem wyprowadził się do LA i udało się, robi teledyski. Z kolei Sam, który gra u nas na basie już długo, po prostu nie mógł zostawić aktualnej pracy, żeby jechać z nami w trasę, dlatego gramy z Chrisem. Trasa wymaga poświęcenia, nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. Z czasem wychodzi, co komu pasuje, na jakie życie kto potrafi przystać.

Tak jak rozmawialiśmy wcześniej – tylko od ciebie zależy, jak trudne to będzie. Z pewnością nie jest to życie dla każdego. Z drugiej strony to pieprzona praca, masz być o określonej porze w określonym miejscu, odbębnić swoje i tyle. Można się poczuć bardzo samotnym. Zostawiłem w domu swoją rodzinę. Kiedy w zeszłą zimę wróciłem z trasy, okazało się, że moje młodsze dziecko nauczyło się w tym czasie chodzić. Musisz być świadom, że takie sytuacje mogą cię ominąć i być gotowym to poświęcić. Nie wiem, czy to jest najlepsza decyzja, jaką w życiu podjąłem, ale nie wiem, co innego mógłbym robić. Nie mam żadnych innych zdolności. Robię to, od kiedy byłem nastolatkiem.

Wydałeś książkę z poezją. Może coś w tym kierunku?
Byłoby super (śmiech)! Ale raczej nie opłacę z tego rachunków. Tak, wydałem jedną książkę i nie przestaję pisać. Publikuję swoje wiersze w różnych periodykach. To w pewnym sensie przedłużenie tego, co robię w Daughters. Zajęło mi dużo czasu, żeby poczuć się ze swoim pisaniem na tyle komfortowo, żeby wypuścić coś własnego, bez towarzystwa muzyki. Poczucie, że wszystko zależy ode mnie i dotyczy tylko mnie, było trochę przerażające. Jednak nie był to akt odwagi, a raczej egoizmu (śmiech). Jestem bardzo zadowolony z tej książki i na pewno będę to kontynuował.

Proces pisania wierszy i tekstów piosenek bardzo się od siebie różni?
Tak, proces jest zupełnie inny. Kiedy piszę tekst piosenki, muszę liczyć się z resztą zespołu, a nie mówić tylko za siebie. Staram się nie wygłaszać manifestów politycznych czy opinii społecznych, bo rzutowałoby to na cały zespół. A oni nie muszą się przecież ze mną zgadzać. W poezji wszystko zależy ode mnie. Nie muszę się martwić, czy ktoś to zaakceptuje. To jednocześnie bardzo przerażające i wyzwalające.



Czytałam, że Nick miał bardzo duże oczekiwania względem S/T i mocno przeżył, że płyta nie odniosła sukcesu. Jak było w przypadku You Won’t Get What You Want? Spodziewaliście się tak dużego zainteresowania?
Ja nie miałem żadnych oczekiwań co do S/T. Byliśmy wtedy dzieciakami, które po prostu chciały bez przerwy grać, wydawać płyty i na końcu oczywiście mieliśmy nadzieję, że trafi to do jakichś ludzi, ale nie mieliśmy wielkich oczekiwań co do sławy czy sprzedaży albumu. Tak samo było z YWGWYW. Po prostu chcieliśmy wydać płytę i zagrać kilka koncertów. Nagle okazało się, że o płycie jest coraz głośniej. Oczywiście bardzo mnie to cieszy, ale nie polegam na tym. Kto wie? Ludzie są kapryśni, przychodzą i odchodzą. Teraz wszyscy są nami bardzo podekscytowani, ale za rok mogą już zapomnieć. Po prostu gramy jak najwięcej koncertów i staramy się o tym nie myśleć.

Jak nagrywa się płytę po tak długiej przerwie? Czuliście presję?
Jasne, zastanawialiśmy się co będzie, jak wrócimy po tylu latach i wypuścimy słaby album. Ale z drugiej strony – nie mamy nad tym kontroli i po prostu zależało nam na zrobieniu płyty, która będzie się podobała przede wszystkim nam. Na nasze szczęście spodobała się też innym. Poza tym nie mamy powodu, mamy wystarczająco ciężko bez tego – każdy z nas mieszka dosłownie w innej części kraju, więc nagrywanie było prawdziwą mordęgą. Sam tytuł płyty się do tego odnosi. Nie mieliśmy oczekiwań i zależało nam na tym, żeby inni też ich nie mieli. Naszą ideą było – wypuścimy płytę, ale nie miejcie wobec niej żadnych oczekiwań. Po prostu posłuchajcie i jej i wtedy oceńcie. Nie zrzucajcie odpowiedzialności na nas – albo się wam spodoba, albo nie.

Nie wahaliście się, czy dana piosenka nie brzmi wystarczająco jak Daughters?
Nie. To jest piękne w naszej muzyce, że nie mamy brzmienia. Myślę o Daughters jak o kolektywie. Nie ma za tym głębszej ideologii, po prostu jesteśmy grupą ludzi, która spotyka się raz na jakiś czas i mamy ten komfort, że możemy zdecydować wspólnie, w jakim kierunku idziemy. Może kolejna płyta będzie brzmiała dokładnie tak samo, może nie. Nie jesteśmy zespołem trashowym, punkowym czy folkowym. Nie mamy narzuconych określonych ram, w których musimy się obracać. Mamy możliwość robienia tego, co chcemy. Tym jest właśnie Daughters. Grupą ludzi.

Parę lat temu nagraliście kilka piosenek, ale nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Po prostu nie były dobre. Wydawało nam się, że dobrze sobie radzimy, ustaliliśmy plan działania i deadline. Kiedy się spotkaliśmy, okazało się, że jesteśmy zardzewiali, czuliśmy, że stać nas na więcej. Nie byliśmy zadowoleni z finalnego efektu, więc wspólnie postanowiliśmy, że te kawałki zostaną w szufladzie. Były tam dobre pomysły, ale nie potrafiliśmy ich rozwinąć. To było bardzo drogie demo (śmiech).



W jednym wywiadzie powiedziałeś, że ciężka muzyka cierpi na brak dobrych wokalistów. Możesz wymienić tych, którzy są warci uwagi?
Bardziej mnie interesuje energia sceniczna niż same możliwości wokalne. Greg Puciato jest naprawdę dobrym wokalistą. Uwielbiam też Iggy’iego Popa – charyzmatyczny gość i świetny wokalista. Ma wspaniały głos! Jest tak wielu frontmanów, którzy są bardzo słabymi wokalistami. Uwielbiam The Cramps, a Lux był fatalnym wokalistą i jednocześnie genialnym liderem. Z drugiej strony jest tak wielu wokalistów, którzy nie mają za grosz charyzmy. W radiu słyszysz masę świetnych głosów. Ale nie są kreatywne, oryginalne, nie piszą własnej muzyki. Beyonce może jest ponad tym, ale weźmy taką Mariah Carrey. Jej występ jest wyreżyserowany od początku do końca, mówią jej, co ma robić. To jest produkt. A ja nie jestem zainteresowany płaceniem za próbę sprzedania mi produktu na scenie. To jak telezakupy, kiedy kamera dokładnie ci pokazuje, jak świetnie nóż kroi pomidora. To jest bez serca, zupełnie dla pieniędzy, nie ma duszy. A sztuka powinna mieć duszę. Dla mnie to ma znaczenie. Nie musisz być dobrym wokalistą…

Są wieczory, kiedy śpiewam fatalnie. Bardzo się bałem, że stracę głos, zanim trasa się skończy. Trzeba dbać o swoje struny głosowe, rozgrzewać je przed koncertem, żeby móc śpiewać dobrze i czuć się ok. Nie chcę skończyć ze zniszczonym głosem, nie chcę mieć operacji, chcę móc dalej grać koncerty. Jednocześnie mam ten komfort, że nie obchodzi mnie specjalnie, jak brzmię danego wieczoru. To z kolei zmartwienie chłopaków – Chrisa czy Nicka, którzy nieustannie muszą pilnować, czy nie rozstrajają się im gitary. Mnie to gówno obchodzi. Ja skupiam się na publiczności, na znalezieniu połączenia z nimi. Nie muszę martwić się o gitarę, o to, czy jestem podłączony do prądu. Mogę w tym czasie szaleć z ludźmi, a to tak naprawdę kocham! Nienawidzę procesu nagrywania, nienawidzę studia nagraniowego, grania w kółko tej samej piosenki. Chciałbym nagrywać tak, jak MC5 – wciskać „record”, grać koncert i po wszystkim.

Opowiedz o okładce You Won’t Get What You Want.
Zrobił ją Jesse Draxler, nie znaliśmy go wcześniej. Wiedziałem jedynie, że jest odpowiedzialny za art work płyty Zoli Jesus. Znałem jego styl, ale nie znałem go osobiście. Swoją drogą, Greg i Jessie są bardzo dobrymi przyjaciółmi (śmiech). Robił też okładkę dla The Black Queen, ale nie widać tam jeszcze jego charakterystycznego stylu.

Jessie pokazał nam sześć propozycji, chcieliśmy użyć wszystkich! W końcu zdecydowaliśmy się na tę jedną. To ciekawe, bo nie mieliśmy żadnych oczekiwań względem okładki, nie mieliśmy żadnego pomysłu. Ja wyobrażałem sobie jakieś czarno białe zdjęcie… zawsze mieliśmy ilustracje na okładkach, więc chciałem przepchnąć pomysł fotografii. Ale propozycje Jessiego były tak dobre, że zapomniałem o swojej wizji.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, byłam pewna, że to coś nowego od Massive Attack…
Jesteś kolejną osobą, która zwraca na to uwagę. No cóż, reminiscencja w sztuce to częste zjawisko. Nie wiem, czemu ludzie są tak wyczuleni na punkcie oryginalności. Tak naprawdę… wszystko już powstało. Nasz perkusista gra na takim samym pieprzonym zestawie bębnów jak perkusiści na całym świecie. To, co się liczy, to suma wysiłku włożonego w to, co tworzysz. Tak naprawdę interpretujemy w kółko to, co już powstało.



Jesteście w labelu Mike’a Pattona. Podobno najpierw wypytwał o Was wspólnych znajomych. Chciał wiedzieć, czy jesteście w porządku?
Taaak, byliśmy na trasie z Dälek przez jakieś dwa tygodnie. Rozmawialiśmy z chłopakami o tym, że szukamy wytwórni, nie mamy pomysłu na to, kto mógłby nas wydawać. Wtedy Will (Brooks – przyp.red) powiedział, że Mike wypytywał o nas – czy jesteśmy bandą zjebów, czy może fajnie się z nami współpracuje. Jednocześnie John, nasz ówczesny tour manager, był też na trasie z Pattonem, więc jakoś to wszystko złożyło…

Rozmawialiśmy z masą wytwórni, wysłaliśmy mnóstwo maili. Każdy nam odpisywał, że nie ma czasu, albo nie odpisywali w ogóle. Kiedy Patton nam to zaproponował, byliśmy naprawdę zdziwieni, dopytywaliśmy, czy na pewno tego chce (śmiech). A on na to – Oczywiście, że chcę! To zajebiście dobra płyta!

Cieszę się, że ten album okazał się sukcesem z dwóch powodów. Po pierwsze, pozwala nam to grać i odwiedzać miejsca, których nigdy byśmy nie odwiedzili, poznawać nowych ludzi. Kurde, jesteś z Polski a rozmawiamy w Paryżu, to całkiem surrealistyczne! Drugi powód, trochę samolubny, to utarcie nosa tym wszystkim ludziom, którzy nie chcieli nas wydać. Mam nadzieję, że plują sobie teraz w brodę.

Na pewno.
Nikt nigdy się nami nie interesował. Nie byliśmy na okładkach gazet, nie było nas na listach przebojów. Teraz wszystkie nasze koncerty są wyprzedane, to jest tak dziwne! Już tu kiedyś byliśmy i graliśmy dla piętnastu osób. Ale tak naprawdę cieszę się z tego, że możemy koncertować. To zupełnie nowe doświadczenie. Kiedyś nikt by nam nie zaproponował jakiejś sali, a teraz wyprzedajemy o wiele większe miejscówki. Gdzie wylądujemy za rok? Nie wiem, ale cieszę się tym, co mamy teraz.

Wasza historia to piękny przykład na to, że nigdy nie wiesz, kiedy kariera wskoczy na ten wyższy poziom.
To prawda (śmiech)! Nie wiem, czy kiedykolwiek się nad tym zastanawiałem. I nie wiem, od czego to zależy. Ale to chyba miłe, że po 20 latach grania więcej ludzi zaczęło na nas zwracać uwagę. Nie wiem, co to tak naprawdę oznacza. Czy przekroczyliśmy jakąś granicę? Czy to może ludzie ją przekroczyli? Czy dokonaliśmy jakiejś dobrej zmiany, która spowodowała, że album jest bardziej przystępny? A może zmieniły się ludzkie gusta? Albo kultura się zmieniła? Może to zasługa internetu?

Czy ja wiem? Internet może jeszcze bardziej utrudniać przebicie się.
To prawda. Jest tak dużo gównianej muzyki w internecie. Teraz każdy może coś nagrać i wypuścić to gówno do sieci. I z dnia na dzień nabić milion wyświetleń na YouTube. Teraz mamy autobus. Autobus! Pierwszego dnia trasy o tym rozmawialiśmy. Zaczynaliśmy od grania koncertów w piwnicy kolegi, jeździliśmy vanem wypełnionym sprzętem i dwoma materacami dmuchanymi, ledwo mieszcząc się w tym pieprzonym samochodzie. A teraz latamy na inne kontynenty… To bardzo dziwne. Ale rzeczy przychodzą i odchodzą. To jest jak fala, może za rok rozbijemy się o brzeg? Nie wiem. Po prostu chcę grać i świetnie się bawić. Tylko na tym mi zależy.

Podaj dalej!
Posted in WywiadTagged