Kiedy czytałam wywiady z Luisem, wyłaniał mi się z nich obraz zgorzkniałego artysty nienawidzącego swojego życia. 

Na szczęście szybko okazało się, że mózg The Soft Moon nie jest dekadenckim gburem, albo po prostu ten etap ma już za sobą. Szybko porozmawialiśmy o jego ostatniej płycie, ukochanym/znienawidzonym Berlinie i ostatnich rewelacjach związanych z Jacksonem. W połowie rozmowy chyba trochę pożałował, że nie przyniósł ze sobą więcej wina.

Criminal to twój najbardziej osobisty album. Dlaczego nagrałeś go właśnie teraz?
Ciekawe… Myślę, że osiągnąłem pewien punkt w swoim życiu. Miejsce, w którym się znalazłem, złościło mnie. Złościły mnie moje decyzje, ja sam… Musiałem to z siebie wyrzucić. Wiesz, to takie uczucie, jak pójście na siłownię czy boks – fizyczna ulga. Kiedy teraz o tym myślę, odnoszę wrażenie, że na poprzednich albumach bardziej… biadoliłem? Teraz wziąłem odpowiedzialność za swoje czyny i zmierzyłem się ze swoją złością. Byłem na siebie zły, miałem sobie za złe to, w jakim kierunku zmierza moja kariera… Robienie muzyki wyciąga z ciebie strasznie dużo energii. Musisz się zmierzyć ze swoimi demonami, to naprawdę potrafi być uciążliwe. Bardzo się z tym męczyłem. Dlatego na Criminal jest tak dużo złości. Teraz mam się o niebo lepiej.

Te uczucia nie wracają, kiedy stoisz na scenie?
Granie na żywo to coś zupełnie innego niż nagrywanie w studiu. Bardzo lubię grać koncerty, lubię to fizyczne i emocjonalne zmęczenie. Ale to coś zupełnie innego niż pisanie. Kiedy tworzę, strasznie się męczę. Mam duży problem z produktywnością, z utrzymaniem jej stałego poziomu. Tak więc albo jestem zły, bo jestem w procesie pisania, albo jestem wściekły, bo nie mogę się w niego wbić. Błędne koło. Jednak od jakiegoś czasu uczę się traktowania siebie z szacunkiem. Coraz częściej mi się to udaje. Na pewno dzięki Criminal poczyniłem ogromne postępy w tym kierunku.

Okazuje się, że wszyscy mają problemy z zachowaniem zdrowia psychicznego. Nawet znane osoby coraz częściej otwierają się na ten temat.
Chyba masz rację. Na początku myślałem, że jestem jedyną osobą, która czuje się w taki sposób. Ale, tak jak wspomniałaś, to większy problem, dotyczący ludzi na całym świecie. Kiedy zacząłem ten projekt, szybko zrozumiałem, że wielu ludzi czuje to samo, co ja. Nie wiem, skąd w nas tyle smutku… może to po prostu ludzka natura? To naprawdę ogromny problem… Ja przynajmniej mam muzykę, to mi pomaga. Niektórzy uciekają w alkohol. Też tak robiłem przez jakiś czas. Jednak alkohol to tylko odsuwanie problemów na później, przekładanie ich. A one stają się coraz większe i coraz ciężej jest się z nimi mierzyć.



Ty mierzysz się z nimi na scenie, pozwalając innym ludziom w tym uczestniczyć. Nie krępuje cię to?
To tylko mi pokazuje, że więcej ludzi czuje to samo, może się do tego odnieść. Wszyscy jesteśmy wrażliwi. Dlatego postanowiłem nie myśleć o tym i pozwolić sobie na pełną ekspresję. Jeżeli wyrażam siebie kreatywnie, to musi to być szczere, prawdziwe, czyste. W innym przypadku nie ma to sensu. Kiedy dorastałem, nie miałem przestrzeni na okazywanie emocji. Moja rodzina była bardzo zamknięta, nie okazywaliśmy sobie uczuć. Chyba dlatego teraz mam tak silną potrzebę wyrażania siebie wręcz w teatralny sposób przed tłumem ludzi (śmiech). Ale z drugiej strony to dowód, jak ważna jest komunikacja, ekspresja. To musi być ważne, gdyby nie było, na pewno nie siedziałbym tutaj teraz z tobą.

Trafiłam w jednym z wywiadów na informację, że Michael Jackson miał na ciebie ogromny wpływ, kiedy dorastałeś. Chyba domyślasz się, o co chcę zapytać… widziałeś dokument Leaving Neverland?
Nie, niewiele o nim wiem. Wiem, że aktualnie jest bardzo popularny, wszyscy o nim mówią. Ale celowo go jeszcze nie obejrzałem. Jackson był dla mnie bohaterem, był całym moim światem, kiedy dorastałem. Dlatego chyba nie chcę oglądać tego filmu, bo wiem, że może mi zburzyć to wszystko… To bardzo trudne. Ale wiesz, na tym etapie chyba już nigdy się nie dowiemy, co się naprawdę wydarzyło. Czasami myślę, że to wszystko ustawka, a ci rodzice użyli swoich dzieci, żeby zdobyć sławę i pieniądze. Nie wiem. Chcę zatrzymać te dobre wspomnienia o nim…

Na pewno jest łatwiej, jeżeli nie widziałeś dokumentu. Mimo wszystko chciałam zapytać, czy twoim zdaniem da się odseparować artystę od jego twórczości? Wiedząc, że zrobił straszne, niewybaczalne rzeczy?
O w mordę, nie byłem przygotowany na takie pytania… Na pewno ciężko jest oddzielić artystę od jego dzieła. Z jednej strony to przestępcy, skrzywdzili innych ludzi. Dlatego rozumiem usuwanie ich z filmów czy banowanie w branży filmowej… Wiesz, na pewno pieniądze mają w tym duży udział i tak naprawdę to one decydują o perspektywie ludzi.

Ale jeżeli chodzi o muzykę… możesz poczuć się oszukany… co, jeżeli w tekstach Michaela Jacksona są jakieś małe okna, da się w nich odnaleźć odniesienia do pedofili? Z drugiej strony to nie twoja wina, skąd mogłeś wiedzieć. Nie możesz mieć sobie za złe, że podobała ci się ta muzyka. Nie wiem, to naprawdę bardzo trudne.



Dobrze, już cię nie męczę! Dalej mieszkasz w Berlinie?
Tak, już prawie 5 lat.

Dlaczego wybrałeś akurat to miasto?
Ludzie zjeżdżają tam z całego świata, bo mogą poczuć się wolni, spełnić swoje ukryte pragnienia… Artyści tam migrują, bo atmosfera jest niesamowita, jest coś metafizycznego w tym mieście… może przez jego przeszłość? To miasto imprez i narkotyków, wolności… Berlin chce napisać historię od nowa, a ludzie chcą w tym uczestniczyć. Nigdy specjalnie nie jarałem się Berlinem; to nie tak, że marzyłem o tym, żeby się tutaj przeprowadzić. Mój manager tu mieszka, w Europie mam więcej fanów, więc po prostu pod względem logistycznym bardziej mi się opłacało tu żyć. To był też dobry moment, ponieważ moja płyta odniosła sukces i mogłem mieszkać w Berlinie utrzymując się tylko grania. Ale dotarłem do punktu, gdzie mam już przesyt. To miasto mnie zmieliło i wypluło. Wracam do domu w sierpniu! Powrót po 5 latach będzie lekkim szokiem (śmiech).

To ciekawe, że macie w Los Angeles tak silną scenę niezależną, a okazuje się, że więcej fanów masz akurat tutaj, w Europie.
To prawda (śmiech) Ale Amerykanie to ignoranci. Europejczycy chyba lepiej mnie rozumieją. Wiesz, ja zawsze traktowałem The Soft Moon jako swego rodzaju projekt artystyczny. Nigdy nie chodziło mi tylko o granie na gitarze czy śpiewanie, tam zawsze było coś więcej. Chodziło o możliwość doświadczenia, poznania mojego świata. Odnoszę wrażenie, że w Europie bardziej docenia się sztukę. Ludzie są bardziej otwarci, nie oceniają tak, jak Amerykanie. Teraz będę mówił okropne rzeczy, ale Amerykanie chodzą na koncerty, bo to jest modne, albo bo jest po nich impreza. Europejczycy potrafią jechać na koncert 9 godzin pociągiem. To jest po prostu szalone! Fani tutaj są o wiele bardziej lojalni.

Na koniec dziwne pytanie – wiem, że takie lubisz!
Zawsze!

Gdybyś mógł jeść do końca życia jedno danie, byłoby to…
Ceviche! To danie pochodzi z Peru – rybę gotujesz z sokiem z limonki, cebulą, słodkim ziemniakiem… kocham to! To moje danie popisowe. Mam chyba zdjęcie na swoim telefonie, poczekaj… musisz tego spróbować!

 


Jeżeli podobają się Wam treści, jakie prezentujemy i chcecie nas wesprzeć, możecie odwiedzić nasz profil na Patronite:

 

Podaj dalej!
Posted in WywiadTagged ,