Oto druga część mojego podsumowania artystów, których warto zobaczyć na słowackim festiwalu Pohoda. Trzeba przyznać, że line-up wydarzenia jest na tyle bogaty, że bez najmniejszego problemu przygotowałem dwuczęściowe zestawienie, składające się łącznie z dwunastu wykonawców. Zapraszam do lektury! 

Fontaines D.C. 

Od zera do headlinera – rozwój Fontaines D.C. to dla mnie jedna z najbardziej satysfakcjonujących historii, które na przestrzeni ostatnich lat wydarzyły się w świecie muzyki. Już w 2022 roku, na Glastonbury, ten irlandzki zespół ściągnął pod scenę tłumy. Teraz, trzy lata później, grupa z Dublina jest już stałym bywalcem na największych festiwalach i jedną z największych gwiazd spod szyldu rockowej alternatywy. Co sprawiło, że to właśnie oni wznieśli się tak wysoko? Na pewno swoje zrobiły charyzma i wierność punkowym korzeniom, ale muzycy z Fontaines D.C. wiedzą przy tym, jak uśmiechnąć się do niedzielnych słuchaczy, czego dowodem płyta Romance z 2024 roku. To album, który odchodzi od przesiąkniętego gotykiem post-punka, znanego z płyty Skinty Fia, w stronę stadionowych hymnów, brit-popowych hitów i dream popu. Chętnie przekonam się, jak to wszystko wybrzmi na wielkiej scenie, ale jestem pewien, że chłopaki z Dublina sobie poradzą. 



Geordie Greep 

Jako fan black midi, nie mógłbym pominąć na tej liście Geordiego Greepa. Ex-wokalista i były gitarzysta grupy, zadebiutował w wielkim stylu, wydając w zeszłym roku The New Sound. Tytuł jest dość wymowny, ale muzyk nie odchodzi całkowicie od avant-progowego dziedzictwa Black Midi. To dalej opętańcza, szalona i przesiąknięta chaosem, a do tego bardzo hałaśliwa muzyka. Geordie odszedł z noise-rockowych torów, by skręcić w stronę progresywnego jazz fusion wymieszanego z dzikim charakterem muzyki latynoskiej. W rezultacie The New Sound jest płytą… bardzo taneczną. Mniej tu wściekłości, więcej zabawy, przy wciąż bardzo wysokim stężeniu kontrolowanego chaosu, polirytmii i niecodziennych sygnatur. Jestem przekonany, że Geordie jest w stanie rozkręcić pod sceną niezłą imprezę. 



Magdalena Bay 

Ten pochodzący z Kalifornii duet wydał do tej pory ledwie dwie płyty, ale to zdecydowanie wystarczyło, by namieszać w świecie alternatywnych brzmień. Już Mercurial World z 2021 roku zebrał doskonałe oceny, ale tylko po to, by zostać przyćmionym przez dla wielu perfekcyjny Imaginal Disk. Oba wydawnictwa oscylują wokół emocjonalnego, rozmarzonego synth popu, wymieszanego z porcją psychodelii. Nie jest to jednak synth pop pędzący, idealny do biegania czy jazdy rowerem na złamanie karku. Twórczość duetu jest nieco cięższa i choć wciąż można ją określić mianem ‘tanecznej’, to taniec do ich muzyki byłby w dużej mierze rozmarzonym bujaniem się pod sceną, nie dzikim skakaniem do rytmu. 



Yeule 

Muzykę Yeule bardzo trudno zaszufladkować. Już samo to może stanowić zachętę do tego, żeby wybrać się na koncert tej niezwykle utalentowanej osoby. Można napisać po prostu, że to rozmarzona indietronica, ale mieszają się tu takie gatunki, jak glitch/noise pop, neo-psychodelia czy nawet shoegaze. Pomimo wspomnianego rozmarzenia, w twórczości Yeule drzemie punkowa motoryka i energia, które, w połączeniu z plamami glitchu i zadziornymi gitarowymi riffami, tworzą nieszablonową, bardzo smaczną mieszankę. Całość przypomina mi nieco twórczość Grimes, jednak muzyka Yeule jest zdecydowanie bardziej charakterna, doprawiona znacznie większą ilością gatunkowych nawiazań. Na dotychczasowy dorobek artystyczny Yeule składają się 3 płyty długogrające, a czwarta zostanie wydana pod koniec maja. 



Massive Attack 

Kolejny wykonawca, którego można określić mianem legendy. Massive Attack to prekursorzy trip-hopu, autorzy tak ikonicznych i wybitnych płyt, jak choćby Mezzanine czy Blue Lines, mistrzowie przygniatania słuchaczy brzmieniem do bólu ciężkim, surrealistycznym i mrocznym, pełnym industrialnego brudu. Przyznam szczerze, że nie miałem jeszcze okazji być na trip-hopowym koncercie, a przynajmniej nie w takiej skali. Spodziewam się jednak, że występ Massive Attack będzie niemal duchowym, refleksyjnym przeżyciem, okazją do zanurzenia się głęboko w dźwięku. To niezły kontrapunkt dla występów tak energetycznych headlinerów, jak Iggy Pop czy Fontaines D.C. 



Deadletter 

Kolejny już zespół post-punkowy z Wielkiej Brytanii. O ile jednak Maruja (jeśli zaliczyć ją do tej fali) stawia na soniczną agresję wymieszaną z melancholijnością post rocka, a Fontaines D.C. mieszają punka z britpopem, muzycy Deadletter stawiają raczej na taneczność. Nadający jazzowego sznytu saksofon przywodzi nieco na myśl Black Country New Road czy black midi, ale w nieco mniej chaotycznym wydaniu. Muzycy z New Hampshire wydali do tej pory jeden, naprawdę niezły album, ale nie sposób nie dosłyszeć drzemiącego w ich twórczości potencjału. To materiał o solidnym kręgosłupie w postaci dominującej linii basu i świetnie zagranych partii perkusyjnych. Przestrzeń utworów uzupełniają dwie gitary elektryczne, a całość wieńczy wspomniany już saksofon, który sprawia, że do wydawnictwa wkrada się szczypta klimatu noir. To, w połączeniu z przemyślanymi kompozycjami (przeważnie nabierającymi mocy pod koniec trwania utworu) i częstym wykorzystaniem chórków, sprawia, że twórczość Deadletter wydaje się być idealnie skrojona pod spektakularne koncerty.