Z dziesiątym odcinkiem Nie Znasz wracamy po krótkiej przerwie. W jej trakcie opisywani kilka tygodni temu Artificial Pleasure ogłosili koncert na Soundrive Festivalu a wspomniany w poprzedniej części Netherfriends zdołał nagrać dwie płyty. Brzmi jak kawał czasu, prawda? No cóż – te długie dwa tygodnie wynagradzamy leczniczym dream popem z Walii i rewelacją zakończonego SXSW. Zapraszamy!

Niektórzy wierzą, że muzyka może mieć właściwości lecznicze. I nie chodzi tylko o zdrowie psychiczne, bo tutaj chyba wszyscy jesteśmy zgodni, że muzyka ma na nie wpływ. Według niektórych terapeutów, harmonizujące działanie gongów i mis tybetańskich łagodzi bóle mięśni i głowy, wpływa na układ krążenia i przewód pokarmowy oraz likwiduje stres. Można w to wierzyć lub nie (zainteresowanych odsyłam do najbliższego studia jogi lub poszperania w internecie) – dla nas liczy się, że dzięki tej teorii powstała jedna z najciekawszych płyt dream popowych tego roku.

Mowa o imiennym debiucie Kelly Lee Owens, która otwarcie przyznaje, że wierzy w lecznicze właściwości dźwięków i stara się wykorzystywać je w swojej twórczości. Co prawda na wydanej 24 marca płycie próżno szukać gongów i tybetańskich mis, ale walijska artystka osiąga podobny efekt za pomocą syntezatorów i swojego, skąpanego w reverbie, głosu. Kelly umiejętnie miesza wspomniany dream pop z minimalistycznym techno, tworząc hipnotyczne melodie, które jednocześnie nadają się do medytacji i tańca. Łatwo odnaleźć tu też nawiązania do art popu spod znaku Jenny Hval, która zresztą udziela się w jednym z kawałków młodszej koleżanki.

Jenny to nie jedyna osoba, która pomogła Kelly przy nagraniu tego albumu. Duży udział w karierze Walijki ma również słynny Daniel Avery, który odkrył ją kiedy pracowała w jednym z londyńskich sklepów z płytami i grała na basie w indie rockowym History of Apple Pie. Kilka lat pracy z Averym sprawiło wręcz, że debiutancki album Owens nie brzmi zupełnie jak debiut. I zdaje się, że to jest jego największą siłą. Oprócz, oczywiście, wspomnianych właściwości leczniczych.



Jeśli wierzyć Arturowi Rojkowi, nasz kolejny bohater – australijski Rolling Blackouts Coastal Fever – to tegoroczny zwycięzca w kategorii „Najlepsze koncerty SXSW”. Wydający w legendarnym Sub Pop Australijczycy są właśnie świeżo po wydaniu swojej drugiej EP pt. „French Press”. Czym tak zachwycili szefa Off Festiwalu? Sprawdźmy.

Swoją muzykę określają – niezwykle trafnie – mianem „tough pop / soft punk”. Nie brak tu punkowej intensywności, choć granej raczej na australijską, surfową modłę. Jest tu też dużo miejsca dla przebojowych melodii, a sprzyja temu fakt, że jeden z trzech gitarzystów gra wyłącznie na akustycznym instrumencie. Wszystko to stanowi jednak tło dla doskonałego patentu, jakim jest wykorzystanie trzech równorzędnych wokali. Każdy z gitarzystów śpiewa, a swoimi partiami wymieniają się wielokrotnie w ramach jednego kawałka, tworząc wrażenie konwersacji. Jakby ktoś pytał jak sprawić mocne wrażenie bez rozkręcania wzmacniaczy na maxa i bezmyślnego walenia w gitary, oto odpowiedź.

Rolling Blackouts Coastal Fever zrobili wrażenie nie tylko na Arturze Rojku i zgodnie wymieniani są w czołówce najlepszych zespołów teksańskiej imprezy przez najważniejsze muzyczne serwisy. W momencie, w którym piszę ten tekst nagrywają swoją sesję dla legendarnego radia KEXP, a parę godzin później zakończą swoją amerykańską trasę koncertem w Seattle. Pod koniec wakacji mają pojawić się w Europie. Mam w związku z tym nadzieję, że zachwyt szefa Off Festivalu będzie miał jakieś przełożenie na kształt ich trasy.



 

Mało Ci nowej muzyki? Sprawdź playlisty #nieZnasz na Spotify:

Podaj dalej!