Will Oldham, aka Bonnie ‘Prince’ Billy, ale tworzący też pod takimi pseudonimami, jak np. Palace Brothers, to postać bez wątpienia znana wszystkim miłośnikom americany i folku/country w uduchowionym, czasem punkowym, przeważnie ponurym wydaniu. Jak sam jednak przyznaje w wywiadzie, nie ma pojęcia, gdzie znajduje się, grając muzykę, a ponadto nie przepada za etykietkami. W styczniu tego roku wydał swoją najnowszą płytę – The Purple Bird – a już 20 i 21 maja zagra dwa koncerty w Warszawie – w klubie Pardon, To Tu [kup bilety].
[YOU CAN READ THIS INTERVIEW IN ENGLISH]
Napisałeś i nagrałeś już ponad 20 płyt, tak solo, jak i z innymi artystami. Czy dzięki temu tworzenie nowej muzyki stało się łatwiejsze, czy może wręcz przeciwnie, jest trudniej, bo starasz się wymyślić coś nowego?
W większości przypadków jest łatwiej, ale czasami to wciąż szokująco trudne. Zwłaszcza nagrywanie, bo gdy już wymyślisz, jak chcesz coś zrobić, zazwyczaj pojawiają się nieprzewidziane przeszkody.
Mógłbyś więc wymienić kilka nieprzewidzianych przeszkód, które pojawiły się podczas nagrywania The Purple Bird?
Cudowne w przypadku tego albumu jest to, że praktycznie nie mieliśmy problemów podczas nagrywania. Jedynym problemem było to, że dzień przed sesją nagraniową moja córka przypadkiem trafiła mnie kciukiem w oko, gdy siadała mi na kolanach. Miałem następnego dnia jechać do studia do Nashville, to około 3 godziny jazdy ode mnie, a ja nie mogłem otworzyć jednego oka, ból był nieznośny. Ostatecznie Ferg, producent albumu, musiał wysłać jakiegoś dzieciaka, który podwiózł mnie z Louisville do Nashville.
Okej, czy mógłbyś w takim razie wymienić przeszkody, z którymi musiałeś się zmierzyć, podczas nagrywania poprzednich płyt?
Tak więc nagrywam teraz nowy album. Problem w tym, że pomijając The Purple Bird, od lat nie nagrywałem z basistami. Zapytałem więc producenta, czy mógłby mi kogoś polecić. W odpowiedzi otrzymałem kontakt do faceta, który jest czelistą, ale grał na basie na płycie jednej artystki, producent twierdził, że dobrze się z nim pracuje. Zaprosiliśmy go na sesję i grał pięknie, ale tydzień później z jakiegoś powodu po prostu przestało to działać. To był wspaniały człowiek i świetny muzyk, ale musieliśmy z przykrością zerwać współpracę. Nagraliśmy partie basowe do połowy płyty, i okazało się, że musimy znaleźć kogoś, z kim nagramy resztę. W takich sytuacjach zastanawiasz się, co zrobić dalej.
Czy porównujesz swoje nowe nagrania do starych?
The Purple Bird to inny, specyficzny rodzaj nagrania. Myślę, że brzmi trochę jak Ease Down The Road skrzyżowane z Keeping Secrets Will Destroy You. Więc tak, porównuję swoją twórczość, to przypomina mi, że nie pracuję w próżni, że nie muszę zaczynać od zera, że jeśli musiałbym przeszukać pamięć, w poszukiwaniu jakichś konkretnych rozwiązań, to one tam będą. Przypomnienie sobie, że są utwory, które można uznać za poprzedników nowo nagranych numerów, pomaga wydedukować, jak dany utwór może znaleźć swoje życie.
Wspomniałeś, że The Purple Bird to specyficzne, wyjątkowe nagranie. Możesz wytłumaczyć, dlaczego tak jest?
Po wydaniu Keeping Secrets Will Destroy You w 2023 roku, zacząłem pracę nad nowym albumem. Zadzwoniłem wtedy do Ferga, pytając, czy chciałby się spotkać, jako przyjaciele, nie współpracownicy. On jednak zaproponował, że możemy przy okazji napisać muzykę. To coś, co cechuje Nashville – songwriterzy często spotykają się ot tak, żeby nagrywać muzykę. Ja sam nigdy w taki sposób nie pracowałem, myślałem, że to może odciągnąć mnie od pracy nad nową płytą, ale i wydawało się, że to może być całkiem przyjemne. Spotkaliśmy się kilka razy, a sesje wyszły naprawdę nieźle, więc Ferg stwierdził, że zorganizuje nam kilka kolejnych sesji, tym razem z udziałem innych artystów. Mieliśmy wspaniałą chemię, to po prostu było czuć. Zarówno Ferg, jak i ja, jesteśmy raczej introwertykami, a jednak spotykaliśmy się, tworzyliśmy muzykę i czuliśmy się z tym naprawdę dobrze. W końcu Ferg stwierdził, że musimy zwieńczyć te spotkania sesją nagraniową. Myślę, że najbliżej tej płycie do albumu Bonnie Prince Billy Sings Greatest Palace Music, wydanego we wczesnych latach dwutysięcznych. Producent i mój przyjaciel, Mark Nevers, zgromadził wtedy dla mnie grupę świetnych muzyków sesyjnych. Jeden z nich, Stuart Duncan, grający na mandolinie i skrzypcach, był obecny także przy nagrywaniu tej płyty. Muzycy, którzy towarzyszyli mi przy tworzeniu The Purple Bird byli naprawdę niesamowici, to prawdziwi czarodzieje potrafiący po jednym odsłuchu wpasować się w nastrój utworu i doprowadzić go do nowego miejsca. Nagraliśmy 12 utworów w 2 dni, wszystkie instrumentalne partie w jedyne dwa dni, co jest wspaniałym osiągnięciem. Potem zgraliśmy się jeszcze, by nagrać harmonie wokalne i resztę. Zazwyczaj to ja muszę dzwonić do ludzi i załatwiać formalności, w tym przypadku wszystkim zajął się Ferg, co pozwoliło mi skoncentrować się na tworzeniu muzyki. The Purple Bird po prostu płynęło, bo Ferg skupiał się na produkcji, a ja na muzyce – to było bardzo wyzwalające doświadczenie.
Tak więc wychodzi na to, że nagrywając płytę, trzeba otoczyć się mnóstwem utalentowanych ludzi?
To ponad połowa pracy – otoczyć się ludźmi, którzy są lepsi od ciebie, w praktycznie wszystkim.
To pozwala w naturalny sposób przejść do następnego pytania. Jesteś znany z punkowego podejścia DIY, ale w jednym z ostatnich wywiadów, stwierdziłeś, że „muzyka country polega na dzieleniu się”. Czy więc dzielenie się twórczością i współpracowanie z innymi to było coś, czego musiałeś się nauczyć?
Punk też powinien polegać na dzieleniu się. Zarówno punk, jak i country, w założeniu są muzyką populistyczną. Spędziłem dzieciństwo w swego rodzaju izolacji. Sporo idealizowałem i marzyłem o byciu z innymi ludźmi. W wieku około 8 lat zacząłem udzielać się przy przedstawieniach, w wieku 10 lat dołączyłem do szkoły teatralnej, w której uczono nas improwizacji. Po kilku miesiącach brałem udział w pierwszym improwizowanym przedstawieniu. Grałem głównie ze starszymi dzieciakami i właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że to jest to, co chciałbym robić, być częścią aktu twórczego, opierającego się na umiejętnościach, przygotowaniu i praktyce, ale tylko w połączeniu z innymi ludźmi. W takim przypadku nie ma osobistości ważniejszej od reszty, każdy wie, kiedy coś się schrzaniło, albo kiedy udało się odnieść sukces.
Mógłbyś w takim razie opowiedzieć o jakimś wyjątkowym doświadczeniu, które dzieliłeś z innymi, w trakcie swojej kariery? A może każdy moment, w którym grasz muzykę, jest wyjątkowy?
Chciałbym, żeby każdy taki był, takie jest założenie. Dobrym przykładem takiego wyjątkowego momentu jest nagrywanie EP wspólnie z zespołem Tortoise. Mój znajomy, który prowadzi wytwórnię, usłyszał, że pewnego razu, może odrobinę pijany, zaimprowizowałem wykonanie utworu Thunder Road Bruce’a Springsteen’a. Jako że był wielkim fanem wymienionego artysty, zapytał mnie, czy chciałbym wraz z zespołem Tortoise nagrać ten i kilka innych utworów. Znałem większość członków tej grupy, ale nigdy nie współpracowaliśmy ze sobą. Nagraliśmy wspólnie łącznie 14 utworów i doskonale nam się ze sobą pracowało. Nie mieliśmy nic do stracenia, nikt z nas nie musiał pisać utworów, wszystko skupiało się na interpretacji, dzięki czemu nie martwiliśmy się o potencjalne błędy. To była kwestia zachowania energii utworu, sprawdzaliśmy, jak daleko możemy dotrzeć z piosenką, żeby zachować jej charakter, ale jednocześnie wynieść ją na nowy poziom. To jeden z projektów, które sprawiły mi największą radość, głównie dlatego, że współpracowałem z tak wyjątkowymi muzykami.
Pozwól, że zapytam o Louisville. Jak duży wpływ to miasto i jego scena miały na Twoją muzykę?
Ogromny. Mieliśmy w Louisville ekscytującą, wspierającą się społeczność twórców, o której zacząłem dowiadywać się w wieku mniej więcej 10 lat, od starszego brata. On miał wtedy 13 lat, ale już chodził na koncerty i grał w zespołach ze starszymi chłopakami. Wracając do domu, opowiadał mi niesamowite historie o tym, jak świetni są ci goście. A kiedy sam ich poznałem, musiałem mu przyznać rację. To byli wspaniali, kreatywni ludzie, otoczeni przez grono osób wspierających scenę. Gdy miałem mniej więcej 14 lat, nasza scena zaczęła łączyć się ze sceną z Chicago, choć to miasto znajdowało się aż 5 godzin jazdy autem od nas. Dużo się tam działo i z jakiegoś powodu znaleźliśmy wspólny grunt. Zespoły stamtąd jeździły do nas i na odwrót. To jakby przedłużenie naszego muzycznego krajobrazu, co trwa zresztą do dziś. Wczoraj wieczorem, gdy poszedłem nad rzekę, by obejrzeć wyścig parowców, natknąłem się na coś w rodzaju zebrania niebieskich kołnierzyków, a to wszystko w akompaniamencie zespołu grającego country. Perkusista grupy rozpoznał mnie i zaprosił do wspólnego wykonania Ohio River Boat Song, mojego utworu, który i tak mieli zagrać. Uznałem, że to świetny pomysł. Będąc tu, nawet jako osoba o niezależnym guście, nie czujesz się jak wyrzutek.
Więc scena w Louisville żyje i ma się dobrze?
Tak, żyje i ma się dobrze.
Mógłbyś wymienić jakieś ekscytujące nowe zespoły z Louisville?
Jako przykład mógłbym podać zespół Copiers, który chyba nagrywa właśnie kolejną płytę i jest wspaniały. Dużo tu dobrej muzyki.
Jest ten znany slogan o Louisville – Keep Louisville weird. W jakiś sposób twórczość z tego miasta, także Twoja, doskonale wpisuje się w ten „dziwny” charakter.
Myślę, że to tylko etykietka, stworzona przez ludzi mających dobre zamiary, ale starających się zaszufladkować unikatowość tego miasta.
Masz jeszcze kontakt ze znajomymi ze sceny, np. z członkami zespołu Slint?
Rozmawiałem niedawno z Brittem, Brianem i Toddem, więc tak, utrzymujemy regularny kontakt. Z kolei David Pajo… jest specyficzną osobą, zerwał ze mną kontakt jakieś dwa lata temu, nie mam pojęcia dlaczego. Ale każdy, kto z nim współpracował, rozumie, że to skomplikowana osobistość.
Czy uważasz siebie za osobę zafascynowaną duchowością, mistycyzmem?
Tak jakby. Jestem zafascynowany mistycyzmem, ale uważam też, że używając języka, nie da się do końca opisać tego, czym w rzeczywistości jest mistycyzm. To początek czegoś, są osoby, które zagłębiły się w tym zjawisku głęboko, mają pewne zrozumienie tego, czym jest mistycyzm, ale wydaje się, że w pewnym momencie pojawia się bariera uniemożliwiająca przekazanie wiedzy i doświadczenia reszcie społeczeństwa. Myślę, że to dlatego, że jako ludzie jesteśmy wystarczająco mądrzy, by wiedzieć wiele rzeczy, których nie wiemy, ale są pewne zjawiska, których nie możemy pojąć, bo ogranicza nas pojemność mózgu.
Są pewne rzeczy, które po prostu znajdują się poza naszym zasięgiem?
Absolutnie. Wiele rzeczy jest poza naszym zasięgiem. Mistycyzm i inne dzielne próby eksplorowania niezbadanych sił, które nas kontrolują, albo jednoczą, albo inspirują czy motywują. Próbujemy opisać te zjawiska przy pomocy języka, co sprawia, że nigdy nie będziemy w stanie w pełni ich zrozumieć, bo one istnieją poza językiem czy strukturami myślowymi.
Zapytałem o to, ponieważ wiele z twoich utworów ma nawiedzony, opętańczy klimat. Trudno jest go stworzyć?
Tak, to bardzo trudne. Ale cieszę się, że to moja praca, bo dzięki temu muszę eksplorować głębiej, próbować przekroczyć linię tego, co możliwe lub niemożliwe do zdefiniowania. W śpiewaniu wspaniałe jest to, że masz narzędzia takie jak dynamika i natężenie głosu, melodia czy timing, i możesz wykorzystać te narzędzia, by przekazać to, czego nie da się przekazać słowem.
Masz jakąś specjalną metodę, która pozwala ci uchwycić ten klimat, grając na żywo czy w studiu?
Grając na żywo, pracując z innymi artystami, to opiera się na komunikacji między sobą i z publicznością. Zebranie się w grupie, w tym przypadku artystów, ma ułatwia tworzenie określonych form komunikacji. Kiedy nagrywam lub gram na żywo, cenię sobie to, że akt twórczy obserwuje i uczestniczy w nim nie tylko publika, ale też muzycy, z którymi gram. Cała magia nagrań tkwi w tym, że możesz usłyszeć dany moment raz jeszcze, to jak kamera, która uchwyciła samochód przekraczający linię mety podczas wyścigu. Na nagraniu słyszysz ewentualne trudności, ale słyszysz też, gdy udaje się uchwycić ideę utworu. Możesz odsłuchać nagrania kilka razy, aż wreszcie zgrasz się z tym, co słyszysz.
Czujesz różnicę pomiędzy graniem w USA czy Europie? W końcu country czy folk nie są tu tak popularne…
Tak, to zapewnia mi swego rodzaju przewagę. Gram muzykę, która może być identyfikowana jako country czy folk, ale to nie oddaje tego, co tworzę. Kiedy występuję tutaj, ludziom często wydaje się, że rozumieją, co się dzieje na scenie, wiedzą, gdzie są, a wtedy muszę pracować jeszcze mocniej, by utwierdzić ich w przekonaniu, że jednak nie mają o tym pojęcia, bo ja sam nie wiem, gdzie tak naprawdę jestem, gdy gram. Jeśli wiesz, gdzie jesteś, słuchając mojej muzyki, to wiesz więcej ode mnie. W Europie, przez brak zaznajomienia z progresją akordów, czy wyrażeniami charakterystycznymi dla wymienionych gatunków, przez co ludzie mogą patrzeć na muzykę, bez naklejania jej etykietek.
Twoje utwory są często coverowane. Masz ulubione wykonanie jednego ze swoich utworów?
Myślę, że odpowiedź będzie oczywista – to cover I See a Darkness w wykonaniu Johnny’ego Casha. To jak nieprzewidziane zderzenie świata realnego i świata marzeń, to jedna z tych rzeczy, o których się marzy. Poza tym, gdy nagraniu tej wersji towarzyszył Ferg i to właśnie wtedy go poznałem, dzięki czemu, 25 lat później, mogliśmy stworzyć razem album. To wydarzenie, które wyraźnie wpłynęło na moje życie. A poza tym, usłyszenie jego głosu, śpiewającego napisany przeze mnie tekst…
