Zbierając się na wczorajszy koncert CKOD czułam się o wiele starzej niż powinnam. Dziwne uczucie – ekscytacja z powodu koncertu mieszała się z ekscytacją powrotu do przeszłości. Pakując aparat do torby, przez głowę przebiegła mi myśl – A jeśli na koncercie będzie pogo? Odpowiedziałam sobie szybko, że to się na pewno nie wydarzy. Moje kolana całe w siniakach przypominają mi dzisiaj, jak bardzo się myliłam. Idąc do Pogłosu, uśmiech nie schodził mi z twarzy. I nie chodzi już tylko o samą myśl o gigu, ale bardziej o małe absurdy dotyczące tej sytuacji. Czy to już ten czas dla mnie, że chodzę na reunion shows? Powinnam zacząć zaczepiać dzieciaki w tramwajach i tłumaczyć im, że prawdziwej muzyki już nie ma?



Kiedy szliśmy na skróty między nowymi biurowcami czy co to się tam wybudowało, usłyszeliśmy, jak zespół gra próbę. Nie wiem już, co grali, ale kiedy usłyszałam ten kawałek, pomyślałam sobie – żeby tylko tego nie zjebali. Żeby nie zniszczyli moich wszystkich wspomnień! Nie wiem, jakoś bawiła mnie trochę ta pielgrzymka do Pogłosu. Czy wypada jeszcze śpiewać te teksty? Czy ta muzyka da mi to samo, co dawała 17 (jprdl) lat temu? Czekając na koncert, podsłuchiwałam rozmowy innych ludzi i byłam w szoku, jak sporo osób było w Pogłosie po raz pierwszy w życiu. Jak możecie nie znać tego miejsca, jak możecie go nie kochać i nie rozpaczać razem z nami Przeprowadziłam się do Warszawy w tym samym miesiącu, w którym ten klub się otworzył. Naprawdę ciężko myśleć o tym, że zaraz go nie będzie. Tutaj poznałam wielu ludzi i przeprowadziłam większość wywiadów. Zrobiłam setki zdjęć. Czy znajdę inny domek?

Krótko po 19 ludzie już zajmowali miejsca pod sceną, więc poddałam się presji i przedostałam się do pierwszego rzędu z aparatem. Sala szybko się zapełniła i zaczęło się robić cieplutko. W końcu na scenę wszedł Nebaz, odpowiedzialny za zorganizowanie tego gigu i przeprowadził krótką lekcję z historii. Otóż CKOD zagrali swój drugi koncert w życiu w tych samych murach, wtedy znanych pod nazwą Centralnego Domu Qultury, a sam Nebaz był managerem zespołu, kiedy zaczynali. Serio, czy dało się bardziej nostalgicznie? Brakowało tylko pokazu slajdów ze wspomnieniami (oglądałabym). Kiedy zespół wszedł na scenę, dało się wyczuć chwilę zawahania, ale tłum szybko przejął pałeczkę. Wszyscy skandowali Cool Kids Of Death, a ja zaczęłam walkę o życie swoje i aparatu. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, bo normalnie poddałabym się po dwóch piosenkach, ale tutaj po prostu musiałam zostać.

To niesamowite, jak działa ludzki mózg. Nie słuchałam tej muzyki dosłownie latami, ale teksty wyklepane na blachę tylko czekały, aż zacznę je z siebie wypluwać. Oczywiście nie byłam w tym przypadku odosobniona. Wszyscy zdzierali sobie gardła na każdym kawałku, wyciskając z siebie siódme poty. W chwilach przebłysku świadomości starałam się od siebie odpychać myśli o tym, ile płynów ustrojowych innych ludzi się na mnie znajduje. Skandal, Nie Warto, Generacja Nic, Nielegalny – nie dało się zacząć tego koncertu lepiej. Nawet kawałki z Afterparty, czyli tytułowy hit i Bal Sobowtórów brzmiały świetnie. Od zawsze miałam do tej płyty mieszane uczucia, ale okazuje się, że te dwa utwory nieźle się bronią po latach.



Są w życiu takie szczególne okresy, kiedy muzyka stanowi idealny soundtrack do tego, co właśnie się w nim dzieje. Muzyka CKOD przez pewien czas była właśnie taką ścieżką dźwiękową dla moich burzliwych lat w liceum. Czegokolwiek by wczoraj nie zagrali, przenosiło mnie to dokładnie w te chwile, w te miejsca. Teraz myślę o nich z uśmiechem na twarzy, ale pierwsze miłości, złamane serca, poczucie osamotnienia czy niezrozumienia, to wszystko rezonowało najmocniej przy akompaniamencie CKOD. Nie wspominając już o tym, że miałam się za bardzo edgy laskę, która to jest fanką elity polskiej alternatywy, duh. Ale tak, koncert. Setlista była idealnie wyważona, a 19 piosenek to chyba całkiem solidny set. Chociaż niewystarczający dla publiczności tego wieczora. Po wymuszonym powrocie na scenie Ostrowski przyznał, że w sumie nie mają nic na bis, więc zagrają jeszcze raz kilka kawałków. Nikomu to nie przeszkadzało.

Jak już zapewne zauważyliście, to nie był dla mnie tylko koncert. To była emocjonalna podróż na księżyc i z powrotem. I właśnie za to kocham muzykę. Że potrafi złapać za gardło, za serce, wywrócić flaki do góry nogami. I baaardzo dawno tego nie czułam na koncercie niezmąconym hektolitrami alkoholu czy innymi wspomagaczami. Dzięki chłopaki, nie spieprzyliście tego. Na takie reuniony mogę chodzić i powoli godzić się z kolejnymi latami na liczniku.

 

Posted in RelacjaTagged ,