W oczekiwaniu na warszawski koncert Oneohtrix Point Never przypominamy momenty, w których stojący za tym projektem Daniel Lopatin zrobił coś radykalnie innego czasami od wszystkich innych, a czasami od samego siebie

(Szczegóły wydarzenia, które odbędzie się już 12 kwietnia w Warszawie i informacje o biletach znajdziecie na stronie Winiary Bookings)

Gdy mowa o muzyce Oneohtrix Point Never, większość fanów czy krytyków muzycznych postrzega ją albo z perspektywy zorientowanej na emocjonalny ładunek tej twórczości, ucieleśniającej przecież egzystencjalnej wagi doświadczenia związane z przemijaniem czasu czy pamięcią, albo bardziej interesuje się konceptualnym zapleczem i backstory poszczególnych pozycji w dyskografii. Są to oczywiście punkty widzenia nie tylko uprawnione i dosyć samorzutnie nasuwające się odbiorcy, ale i uzupełniające siebie nawzajem. Daniel Lopatin jest bowiem wyjątkowo zdolnym i wrażliwym kompozytorem o erudycji, która pozwala mu tworzyć równie zwarte, co nieoczywiste konceptualne rusztowania dla swoich prac, a ponadto najczęściej udaje mu się zapewnić ciągłość pomiędzy poszczególnymi warstwami dzieła. Mam jednak wrażenie, że rozważaniach odmieniających przez wszystkie przypadki słowa takie jak nostalgia i melancholia (u odbiorców bardziej uczuciowych) czy duchologia (z kolei bardziej u tych po studiach humanistycznych, jeśli wiecie co mam na myśli) siłą rzeczy ciężar przechyla się w stronę retrospektywnych, jeśli nie wręcz retromańskich aspektów twórczości Oneohtrix Point Never. Tymczasem mi trudno nie widzieć w Lopatinie także innowatora, który ustawicznie zaskakuje swoich fanów, a kilkukrotnie wręcz otarł się o awangardę w ścisłym znaczeniu tego słowa, zwiastując nadejście nowych zjawisk w muzyce przed ich nazwaniem i rozpowszechnieniem. Oto subiektywny wybór kilku takich momentów w trwającej już prawie dwie dekady historii Oneohtrix Point Never.

Rewolucja pierwsza, czyli kiedy Daniel Lopatin z nudów wymyślił vaporwave

Vaporwave to gatunek, którego dominantą tematyczną i estetyczną jest komplikowanie relacji czasowych poprzez przywoływanie widm, nieaktualnych przyszłości i niedoskonałości pamięci. Względem tego na ironię zakrawa fakt, że bez szczególnego naciągania faktów można przyporządkować mu precyzyjną datę powstania: 19 lipca 2009 roku, czyli dzień, w którym konto o nazwie sunsetcorp opublikowało na Youtube następujący film (i jeszcze dwa inne, który z jakiegoś powodu nie doczekały się równie kultowego statusu):

Jak głosi legenda, ten i inne krótkie videoarty stojącego za kontem sunsetcorp Lopatina w tym okresie, jak i nie mniej fundamentalny dla vaporwave, wydany rok później mixtape Chuck Person’s Eccojams Vol. 1 mają genezę w… nudzie podczas pracy biurowej, którą dwudziestokilkuletni wtedy muzyk urozmaicał sobie, tworząc w darmowym programie do edycji dźwięków o nazwie GoldWave plądrofoniczne kompozycje ze spowolnionych, pociętych i zapętlonych fragmentów radiowych hitów z lat 80. i 90. I chociaż sam pomysł wydobywania nowego emocjonalnego kolorytu z zastanego materiału dźwiękowego poprzez zmianę tempa ma źródła co najmniej od DJa Screw (który zresztą oprócz południowego gangsta rapu spowalniał także na przykład Phila Collinsa), bez przesady można powiedzieć, że to miniatury z konta sunsetcorp były pierwszą prezentacją wykorzystania tego zabiegu w służbie szczególnej estetyki, tematyki i tonu, które później określono zbiorczym terminem vaporwave.

Rewolucja druga, czyli kiedy Oneohtrix Point Never zagrało vaporwave bez nostalgii

Vaporwave w swojej najbardziej kanonicznej, a przynajmniej najbardziej rozpoznawalnej postaci mocno opiera się o estetyzację czegoś, co z technicznego punktu widzenia należałoby nazwać artefaktami nieaktualnych technologii zapisu danych. Tym właśnie jest ziarno taśmy VHS z teledysków, a w samej muzyce na przykład efekty mające odzwierciedlać uszkodzenia taśmy magnetofonowej. Dosyć wdzięcznie sprzęga się to z zakresem tematycznym gatunku: niedoskonałości technologii stanowią tutaj odbicie niedoskonałości ludzkiej pamięci, a z sensorycznego punktu widzenia przydają utworom waloru niesamowitości, duchologicznej zasłony spowijającej transmisję z innego, minionego lub nawet hipotetycznego czasu.

Tak rozumiany vaporwave dosyć łatwo poddać krytyce: patent jest wszak cokolwiek ograny przynajmniej od czasów Boards of Canada, a łatwość jego zastosowania znacznie skróciła mu termin ważności (czy widząc kolejny nowy teledysk wyglądający jak z taśmy VHS, czujecie jeszcze nostalgię za czymkolwiek? Bo ja co najwyżej za czasami, gdy ten filtr nie był domyślnym wyposażeniem każdego programu do edycji video). Nieco bardziej skomplikowana jest zarówno ocena, jak i interpretacja odnogi stylistycznej gatunku, której wczesnym przykładem jest album Oneohtrix Point Never R Plus Seven z roku 2013. Muzyka na R Plus Seven porzuca wiele tropów z wcześniejszej dyskografii OPN, takich jak archiwalne sample czy charakterystyczne, analogowe brzmienie syntezatora Roland Juno-60. Zamiast tego oparta została o ostentacyjnie cyfrowe brzmienia instrumentów MIDI i mikroskopową manipulację dźwiękiem w stopniu umożliwionym przez zupełnie współczesne technologie. W efekcie R Plus Seven to materiał wprost z doliny niesamowitości, pełen pustych przestrzeni od pogłosów wybrzmiewający pełni, bo nie zanikających w analogowym szumie, w którym ciężar zostaje przesunięty z retrospekcji w stronę derealizacji, wynikającej z rozmycia i problematyzacji granic pomiędzy naturalnym a syntetycznym, czy symulacją i rzeczywistością. Już to samo w sobie okazało się później częstym motywem w eksperymentalnej elektronice kolejnych lat, lecz Lopatinowi było dane wyprzedzić swoje czasy po raz kolejny…

Rewolucja trzecia, czyli kiedy OPN potknęło się o hyperpop

Garden of Delete, czyli skądinąd mój ulubiony album w dorobku Oneohtrix Point Never ma genezę, która sama w sobie brzmi jak surrealistyczny amalgamat z popkulturowych wyobrażeń, tak często prezentowanych przez Lopatina w jego twórczości: nieoczekiwane (i niezupełnie faktyczne) rozwiązanie Death Grips w roku 2014 sprawiło, że zwolniło się miejsce na support w trasie Nine Inch Nails z Soundgarden, a na zastępstwo zaproszono właśnie Oneohtrix Point Never. Lopatin doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dotychczasowa twórczość (ostatnim długogrającym albumem OPN było wtedy właśnie R Plus Seven) niezupełnie sprawdzi się w kontekście występu przed legendami alternatywnego rocka, dlatego przygotował na trasę premierowy materiał, oparty o mariaż cyfrowego hiperrealizmu z aluzjami do gestów i brzmień typowych dla muzyki rockowej przełomu tysiącleci. Eksperymenty te stały się fundamentem dla reminiscencji z trudów okresu dojrzewania, którym jest rzężący od cyfrowych imitacji gitar elektrycznych, charczący cybernetycznym growlem album Garden of Delete z roku 2015.

Garden of Delete zachwyca mnie przede wszystkim bezkompromisowością i przejrzystością wizji, dzięki której Daniel Lopatin wspiął się na istne wyżyny swojego kunsztu kompozytora i producenta. Dopiero dziś, z punktu widzenia przeszło dekady od premiery tego materiału, jesteśmy w stanie zobaczyć, jak niejako mimochodem antycypował on szereg zabiegów stylistycznych, które miały zawładnąć ogromnymi połaciami muzyki niezależnej na przestrzeni kolejnych lat. I znowu: niekoniecznie twierdzę, że to Daniel Lopatin jest absolutnym pionierem mariażu współczesnej elektroniki z grunge i nu-metalem, hiperrealistycznie “mokrych” brzmień czy cyfrowego przetwarzania wokalu jako kluczowego środka ekspresji. Tak się jednak składa, że to na Garden of Delete zabiegi te zostały być może po raz pierwszy wykorzystane w konfiguracji, która pozwala zobaczyć w tym albumie prototyp chociażby sporej części deconstructed clubu ze szczytowego okresu gatunku (przypadającego na okolice premiery Another Life Amnesia Scanner), czy hyperpopu szczególnie drugiej fali, a więc z okolic 100 gecs czy food house/Gupi & Fraxiom.

Rewolucja czwarta, czyli kiedy Daniel Lopatin złapał za mikrofon

Muszę przyznać, że mam pewien problem z tropem “(eksperymentalnego) producenta elektronicznego, który odkrywa potencjał ekspresji za pomocą głosu”. Sytuacje, w których żywy wokal osoby odpowiedzialnej także za muzykę stanowi realną wartość dodaną i punkt zwrotny w trajektorii projektu są raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę, według której reorientacja produkcji wokół wokalu częściej niż nie spycha wszystko w rejony konwencji i dawno ustalonych relacji pomiędzy elementami dzieła muzycznego. Nie wspominając już o tym, że często dzieje się to na rzecz głosu wykorzystywanego na poziomie umiejętności który, mówiąc dyplomatycznie, nie dorównuje temu, z jakim produkowany jest elektroniczny dźwięk.

Wyznaczany przez obecność konwencjonalnie rozumianych wokali okres twórczości Oneohtrix Point Never rozpoczął się od przypominającego Vocaloid syntezatora mowy ChipSpeech na albumie Garden of Delete, a na Age Of, Magic Oneohtrix Point Never i Again obejmował już głos samego Daniela Lopatina (oraz sporadycznego udziału gościnnych wokalistów i wokalistek, między innymi Caroline Polachek czy The Weeknd). W mojej opinii wiele z tych nagrań stanowi… świetną egzemplifikację zarzutów, jakie wysuwam powyżej wobec kliszy producenta nagle wskakującego za mikrofon. Żaden ze sposobów, w jakie Daniel Lopatin zniekształcił swój głos nie jest nawet w ćwierci tak intrygujący jak jego produkcje, a analogiczne zjawisko ma miejsce na poziomie kompozycji, gdzie nielinearne relacje pomiędzy elementami utworu zostały zastąpione przewidywalnym schematem piosenki, wywiedzionym z popu często bez znaczącego ładunku dekonstrukcji i badania granic. A jednak, nawet w tym mniej ulubionym wątku twórczości OPN znajduję momenty, które zapewne zostaną ze mną już do końca życia: imitujące zużycie taśmy magnetycznej vibrato w refrenie do Lost But Never Alone, czy moment utworu Black Snow, w którym gościnne pojawienie się ANOHNI na raptem jedną linijkę tekstu rekalibruje cały emocjonalny bagaż kompozycji (serio, prześledźcie sobie tekst utworu podczas słuchania, to zobaczycie, o co mi chodzi). O Danielu Lopatinie można powiedzieć to samo, co krytyk filmowy Roger Ebert powiedział kiedyś na temat Wernera Herzoga: nawet jego porażki są spektakularne.

Rewolucja piąta, czyli kiedy Lopatin miał odwagę zrobić drugi raz (prawie) to samo

Jakiś obrót kółka myszki lub dwa przesunięcia kciukiem od tego akapitu znajdziecie stopkę, w której deklaruję bezustanne pragnienie znalezienia takiej muzyki, jakiej jeszcze nie było. Jakkolwiek moja postawa od czasów napisania tego bio nie uległa zasadniczej zmianie, widzę coraz więcej słabych punktów tego podejścia: traktowanie postępu i nowości jako celu samego w sobie to przecież rdzeń filozofii postaci takich jak Elon Musk czy Sam Altman, których postrzegam głównie jako śmiertelnych wrogów rasy ludzkiej jako takiej, jak i wszystkiego, co na tym świecie jest dla mnie osobiście ważne i cenne. Ponadto doświadczenie pokazuje, że nieokiełznany apetyt na nowość często próbuje się zaspokoić powierzchownymi pozorami postępu, przykrywającymi fakt, że w rzeczywistości niewiele się zmienia: w aspekcie cywilizacyjnym przykładem mogą być rekonstrukcje logiki transportu publicznego, tylko znacznie drożej i mniej wydajnie (jak niesławny hyperloop Muska), a wracając już do muzyki, łatwo zobaczyć, jak wrażenie nowości wytwarza się procesją wymiennych nawiązań i wskrzeszeń najróżniejszych minionych styli, niejednokrotnie ewidentnie kierowanych do osób zbyt młodych, by pamiętać ich źródło.

Kilka płyt OPN po Garden of Delete posiada pewien komponent innowacji w moim odczuciu nieco wymuszonej, jak gdyby podyktowanej logiką rodem z branży gier komputerowych, w której każda kolejna część gry musi być pod każdym względem większa od poprzedniej: Age Of to posthumanistyczna opera, Magic Oneohtrix Point Never jest osobistą retrospekcją dotychczasowego życia Daniela Lopatina, przefiltrowaną przez fragmentaryczną logikę programu stacji radiowej, a Again… jeszcze jedną autobiograficzną retrospekcją, ale z nowym wachlarzem prominentnych współpracowników, obejmującym między innymi Jamiego Stewarta z Xiu Xiu, Lee Ranaldo z Sonic Youth, Scotta Corteza z Loveliescrushing i Astrobrite, a także, co najbardziej kontrowersyjne, sztuczną inteligencję, której wytworami Lopatin deklaruje rzekomo ironiczną fascynację. Czy jednak naprawdę jest tak, że im więcej kontekstów i nazwisk na niebiesko na Wikipedii, tym lepiej? Obawiam się, że często raczej tym bardziej ciężkostrawnie i mniej komunikatywnie.

Na tym tle niezwykle odświeżająca wydała się wieść, że najnowszy album Oneohtrix Point Never, czyli Tranquilizer z roku 2025 nie będzie oparty ani o bibliografię, ani listę celebrytów jeszcze dłuższe i bardziej imponujące niż dotychczas, a raczej powrót do metody z kultowego już albumu Replica z roku 2011. Tak Replica, jak i Tranquilizer czerpią z określonego, skończonego materiału źródłowego: w pierwszym przypadku są to kupione przez Lopatina na eBayu płyty DVD ze zgranymi telewizyjnymi reklamami z lat 80. i 90., a w drugim wrzucona na archive.org paczkazripowanych płyt CD z samplami dla muzyków i producentów dźwięku, jakie popularne były w latach 90. Efemeryczność materiałów, które pojawiały się i znikały z serwisu, gdy ten borykał się z problemami prawnymi, stała się dla Daniela Lopatina inspiracją i bodźcem do stworzenia kolejnego plądrofonicznego materiału. W decyzji tej nie odczuwam wykalkulowanego fan service ani odgrzewania kotleta jak w przemyśle filmowym, produkującym nieskończony strumień remake’ów, prequeli i spinoffów, a raczej powrót do możliwości słuchania bardziej abstrakcyjnego, niezapośredniczonego konceptualnym bagażem czy statusem gościnnych muzyków. A przede wszystkim Tranquilizer to materiał, w którym techniki stosowane przez Lopatina już w czasach sunsetcorp i Eccojams wykorzystane są z trudną wręcz do pojęcia finezją i kunsztem. Dosłownie nikt inny na świecie nie potrafi robić czegoś takiego na takim poziomie jak ten człowiek, i chociażby dlatego świetnie się stało, że album ten powstał we właśnie takiej formule.

 

Oneohtrix Point Never będzie prezentować polskiej widowni album Tranquilizer na żywo już 12 kwietnia w warszawskiej Stodole, w formie show stworzonego we współpracy z francusko-amerykańskim artystą multimedialnym Freeka Tet. Jeżeli ktoś stanowczo nie zgadza się z którąś z wygłoszonych powyżej opinii, będzie wtedy okazja, żeby mi o tym powiedzieć osobiście. Do zobaczenia na koncercie!