O tym, że świat jest mały, a życiem (nie tylko moim) często kierują szczęśliwe zbiegi okoliczności, przekonałam się nie raz — a wywiad z Peter Peter jest tego najlepszym przykładem. O tym kanadyjskim artyście usłyszałam po raz pierwszy w 2024 roku i od razu zaczęłam go śledzić. Choć po francusku nie rozumiem więcej niż merci, jak się okazało, język nie stanowi żadnej bariery — cały urok tkwi bowiem w emocjach, które słychać w muzyce tworzonej przez Peter Peter. Ostatnio artysta zyskał jeszcze większą popularność za sprawą serialu Heated Rivalry, opowiadającego historię miłosną dwóch zawodników hokeja, do którego napisał ścieżkę dźwiękową.

[YOU CAN READ THIS INTERVIEW IN ENGLISH]

Heated Rivalry osiąga szczyty popularności nie tylko w Kanadzie i USA, ale także w Europie, nie pomijając Polski. Kiedy po raz pierwszy czytałeś scenariusz i zaczynałeś pracę nad projektem, miałeś poczucie, że serial może osiągnąć taki sukces?

Miałem dobre przeczucie od początku. Propozycja, którą reżyser —  Jacob Tierney — przedstawił mi przez telefon, brzmiała ekscytująco. Gdy przeczytałem scenariusz, naprawdę mi się spodobał. Ciężko pracowaliśmy nad każdym odcinkiem. Pamiętam, że czytając piąty pomyślałem: To jest świetne. Teraz jest to jeden z najwyżej ocenianych odcinków na IMDb. Czułem, że to będzie dobry serial, ale bycie dobrym nie zawsze oznacza globalny sukces. Nie spodziewałem się, że osiągnie to skalę międzynarodową. Byliśmy zadowoleni, gdy został kupiony w Kanadzie i USA, ale potem ciągle rósł. Możesz życzyć sobie sukcesu, ale nie możesz zaplanować czegoś takiego.

Co twoim zdaniem sprawiło, że serial odniósł taki sukces? To zasługa fabuły, aktorów, czy czegoś innego?  

Myślę, że to ta osobliwość i nietypowe podejście do realizacji. Heated Rivalry nie podąża za zwykłą telewizyjną formułą. Jacob prowadził to bardzo konsekwentnie, był przekonany o swoich pomysłach: muzyce, wyborach reżyserskich. Pozostał pewny siebie i nie słuchał nacisków z zewnątrz, zwłaszcza z branży, która czasami próbuje stonować rzeczy, by trafić do szerszej publiczności. Kiedy rozcieńczasz te wyróżniające cechy, tracisz charakter serialu. Jacob utrzymał wizję nienaruszoną i to zrobiło dużą różnicę.



Który moment były dla ciebie największym wyzwaniem?

Całość była wyzwaniem, bo to był mój pierwszy raz przy tworzeniu muzyki do serialu. Z natury jestem trochę leniwym autorem piosenek — zwykle mam luźniejszy harmonogram — ale przy projekcie telewizyjnym tak się nie da. Miałem bardzo krótki przedział czasu: kiedy otrzymałem finalne materiały, miałem około dwóch miesięcy na napisanie i wyprodukowanie wszystkiego. To dało mniej więcej siedem dni na odcinek na komponowanie, produkcję i dostarczenie. To było szalone! Te ciasne  terminy był największym wyzwaniem, ale też mnie inspirowały. Byłem tym podekscytowany.

Teraz imprezy, na których grana jest twoja muzyka odbywają się wszędzie, widziałam jedną także w Warszawie.

To surrealistyczne. Serial stał się wielkim fenomenem. W LA jest coś takiego jak Club Nineties, gdzie przyjeżdżają DJ-e i robią duże rave’y. Teraz motywem jest Heated Rivalry. Grają tam moją muzykę, a ludzie przesyłają mi filmiki. Podobno DJ-e odtwarzają cały soundtrack — pełne 1 godzinę i 11 minut — przed swoimi występami. To niesamowite! Od pandemii moja publiczność rozwijała się, ale nie był to gwałtowny wzrost, teraz to po prostu eksplodowało!

Jest jakiś konkretny utwór z serialu, który jest dla ciebie szczególny?

Najbardziej wyjątkowy utwór dla mnie to It’s You, ten, w którym śpiewam. Początkowo mieliśmy licencjonować piosenkę z mojego ostatniego albumu — Lisbonne, ale negocjacje cenowe nie wypaliły. Zamiast tego stworzyłem oryginalny kawałek do ścieżki. Jacob zasugerował, żebym na nim zaśpiewał, co było ryzykowne, bo śpiew zajmuje dużo przestrzeni w scenie i jeśli nie pasuje, lepiej wcale nie śpiewać. Ale ta piosenka napisała się praktycznie sama, w jakieś 30–60 minut. Idealnie wpasowała się w scenę.

Ile miałeś swobody twórczej przy pracy nad piosenkami?

Miałem pełną swobodę. Jacob niczego nie narzucał. Mówił rzeczy typu: Jeśli słyszysz gitarę, zagraj gitarę. Wiedziałem, że od dekady śledzi moją twórczość i podobała mu się moja ostatnia płyta Éther, więc myślałem, że być może wyobraża sobie coś bardziej elektronicznego, czasami nawet w stronę EDM. Kiedy powiedział: Wrzuć tam, co chcesz, byłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Jacob naprawdę pozwolił mi robić, co chcę. To było uwalniające, ale też trochę przerażające, bo nie chcesz zawieść kogoś, kto już lubi twoją muzykę.

Widziałem, że będzie drugi sezon serialu. Pracujesz już nad nowymi utworami?

Jeszcze nie. Mieliśmy pozytywne rozmowy, ale nic nie jest podpisane. W branży rozrywkowej nie można niczego brać za pewnik…

Pisanie muzyki do serialu to jedno, ale wypada też porozmawiać o twoim projekcie muzycznym jakim jest Peter Peter. Będąc w Quebec City, spotkałam Richarda, który jest metalheadem. Powiedział mi, że się znacie i wcześniej grałeś w heavy metalowym zespole Post-Scriptum. Zacznijmy zatem od początku.

Post-Scriptum był zespołem, w którym grałem razem z przyjaciółmi. W wieku nastoletnim przede wszystkim dużo pisałem, a po szkole średniej, zanim zacząłem studiować filmoznawstwo, zrobiłem sobie krótką przerwę, więc głównie ćwiczyłem z zespołem. Pozostali chłopcy byli dla mnie trochę jak nauczyciele, bo studiowali muzykę. Jeden z nich, JP, brał lekcje w sklepie muzycznym. Co roku organizowano tam koncert, w którym braliśmy udział. Na jednym z tych koncertów pojawił się Richard i zapytał nas: Macie ważne paszporty? Bo chciałbym, żebyście grali w Europie. Pomyśleliśmy wtedy: Wow! To naprawdę się dzieje!. Richard był bardzo miłym facetem i dodał nam trochę pewności siebie, bo tak naprawdę kompletnie nie wiedzieliśmy, co robimy.

Przeprowadziłem się do Montrealu jako pierwszy. Kiedy tam dotarłem, zdałem sobie sprawę, że mój angielski nie jest wystarczająco dobry, żeby realnie robić karierę muzyczną. Czułem ogromną presję. Zrozumiałem, że trochę improwizuję i że czasami to, co robię, nie do końca jest szczere. Zacząłem więc pisać po francusku, bo w tym języku czułem się swobodnie, ale śpiewanie po francusku i brzmienie dobrze to była zupełnie inna historia. Przez co najmniej dwa lata tworzyłem muzykę i pisałem teksty, które tak naprawdę mi się nie podobały.

W końcu odszedłem z zespołu. Zdecydowałem się go rozwiązać i skupić na karierze solowej, a niedługo potem podpisałem kontrakt płytowy. To były naprawdę dobre lata. Nigdy nie czułem się samotny — zawsze towarzyszyło nam poczucie wspólnoty. Wszystko dźwigaliśmy razem: presję tworzenia muzyki, organizowanie koncertów. Nie mieliśmy bookera. Sami dzwoniliśmy do klubów i gazet. Kiedy myślę o tamtych latach, nie pamiętam, żebym odczuwał stres związany z muzyką. Miałem lekką ekscytację przed koncertami, ale to nie był stres. To nie była jeszcze prawdziwa kariera.

Miałam okazję posłuchać tej pierwszej EP-ki Post-Scriptum. Masz głos! Zauważyłam, że zwłaszcza na koncertach na żywo, zdarza ci się czasem z niego korzystać.

W tamtym czasie byłem typowym krzykaczem. Moją główną inspiracją była przede wszystkim Nirvana i rzeczy w tym stylu. Zresztą, zanim skończyłem liceum, w ogóle nie słuchałem Nirvany — bardziej interesowali mnie Smashing Pumpkins. Ale kiedy zdecydowałem się nauczyć grać na gitarze, tak jak dla większości dzieciaków, Nirvana stała się tym oczywistym punktem wyjścia. Więc chyba w tym sensie byłem trochę boomerem.

Pozostali chłopcy mieli inne inspiracje, bardziej ciągnęło ich w stronę metalu, bardzo technicznych rzeczy i całej tej estetyki. To stworzyło takie lekko progresywne, dość dziwne podejście do pisania piosenek. Bawiliśmy się przy tym świetnie. 

Jak odkryłeś w sobie ten delikatny, wrażliwy i melancholijny głos?

Myślę, że ta melancholia była we mnie od zawsze. To po prostu część mojej osobowości — nie sądzę, żebym kiedykolwiek był pod tym względem inny. Pewnie wynika to z dzieciństwa i różnych doświadczeń. To raczej kwestia temperamentu niż świadomego wyboru estetycznego. Zawsze naturalnie ciągnęło mnie do muzyki melancholijnej, w taki sposób rezonuję z muzyką.

Tak naprawdę bardzo trudno było mi znaleźć swój głos po francusku, co jest dość absurdalne, bo jestem frankofonem. Nie miałem wtedy wielu przykładów, z którymi autentycznie czułbym więź. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to trochę punku, na przykład Jean Leloup w Quebecu. W tamtym momencie wydawało mi się, że to jedyny artysta, który naprawdę wybija się ponad całą resztę. Trzeba jednak pamiętać, że to było jeszcze przed erą internetu — dziś mamy mnóstwo świetnych artystów, ale wtedy branża muzyczna wyglądała zupełnie inaczej. Myślę, że wiele dobrych rzeczy po prostu się nie wydarzyło, bo przemysł muzyczny nie był jeszcze na nie gotowy.

Przeszedłem długą drogę w poszukiwaniu odpowiedniej intonacji mojego głosu. Zdecydowałem się przestać go tak forsować i zacząłem traktować go bardziej narracyjnie, niemal jak szept. Estetycznie po prostu lepiej mi to odpowiadało. Samo pisanie tekstów też było podróżą, bo pisanie wiersza to coś innego niż pisanie piosenki. Musiałem znaleźć sposób, żeby słowa były muzyczne, ale jednocześnie nie stały się zbyt literackie. To była przede wszystkim kwestia pracy — jak z większością rzeczy w życiu.

Przez dość długi czas mieszkałeś we Francji, nie chciałeś tam już zamieszkać na stałe?

W 2011 roku podpisałem kontrakt na moją pierwszą solową płytę i wtedy wydałem album, a rok później kolejny — ten drugi album został przejęty przez Sony France. To był moment, w którym przeprowadziłem się do Francji. Ostatecznie spędziłem tam około ośmiu i pół roku. Mieszkając we Francji wydałem także Noir Èden, mój trzeci album. Potem pracowałem nad kolejną płytą zatytułowaną Super Comédie, a następnie wybuchła pandemia. W tamtym momencie straciłem kontrakt płytowy we Francji. Podczas pandemii wszystko było naprawdę bardzo stresujące. Przez lata udało mi się zarobić trochę pieniędzy na muzyce, ale gdy wszystko zostało zamknięte, sytuacja zaczęła wywoływać we mnie ogromny niepokój. Ostatnie kilka lat było pełne pytań — przeprowadzać się czy nie? W pewnym momencie rozważałem nawet przeprowadzkę do Lille. Znalazłem się na rozdrożu… 

W końcu z moją dziewczyną, która też jest Kanadyjką, ale pochodzi z Ontario, podjęliśmy decyzję o powrocie do Kanady. Czułem, że muszę zainwestować w coś moje pieniądze, więc najpierw kupiliśmy mieszkanie w Montrealu. Mieszkanie było ładne, ale wymagało remontu. Ostatecznie kosztowało nas trzy razy więcej, niż się spodziewaliśmy, bo ceny wszystkiego poszybowały w górę. Międzyczasie w oko wpadł nam dom w Quebec City. Pomyślałem: Spróbujmy — złóżmy ofertę. Zrobiliśmy to. Ta oferta była uzależniona od sprzedaży naszego mieszkania w Montrealu. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że uda się nam je sprzedać, ale ostatecznie doszło do licytacji. W efekcie zdecydowaliśmy niemal w jednej chwili, że przeprowadzamy się do Quebec City. Naprawdę nie myśleliśmy, że to się wydarzy — wydawało się to trochę szalone. A jednak, za tę samą cenę dostaliśmy dom o powierzchni trzy albo cztery razy większej niż to, co mieliśmy w Montrealu. To nasz dom marzeń. Coś, na co nigdy nie sądziłem, że będzie mnie stać. I tak oto teraz jestem w Quebec City.

Jak ci się żyje w Quebec City, bo moi znajomi raczej mają opinie podzielone?

Szczerze mówiąc, wolę Montreal. Uwielbiam tamtejsze parki — zwłaszcza Parc du Mont-Royal. To było miejsce, po którym lubiłem biegać, mimo że znajdowało się około pięciu kilometrów od mojego domu. Biegłem pięć kilometrów, żeby tam dotrzeć, potem biegałem po Mount Royal, a następnie wracałem, co było dość wyczerpujące. 

Tutaj, w Quebec City, mam jednak poczucie, że żyję życiem, o którym nawet nie wiedziałem, że go chcę. Mieszkamy blisko rzeki Świętego Wawrzyńca, mam psa, więc codziennie wychodzę z nim na spacery. Latem biegam wzdłuż rzeki, przecinam Równiny Abrahama i tak dalej — to wszystko jest częścią mojej trasy. Bardzo mi się to podoba. Czasami rzeczywiście czuć, że to mniejsze miasto, ale jest zdecydowanie lepiej niż gdy mieszkałem tu dwadzieścia lat temu. W tamtych czasach młodzi artyści właściwie nie mieli wyboru — żeby robić karierę, trzeba było wyjechać do Montrealu. Teraz wielu młodych ludzi decyduje się zostać w Quebec City i to jest ogromna zmiana.

Nadal mogę wykonywać swoją pracę, jeździć w trasy, więc pod tym względem jest to w porządku i naprawdę mi się podoba. Gdybym miał wybierać wyłącznie sercem, prawdopodobnie nadal mieszkałbym w Paryżu, ale nie zarabiałem tam wystarczająco dużo, żeby prowadzić życie, jakiego naprawdę chciałem.

A co z innymi miastami w Europie?

Berlin jest ponoć bardzo drogi – przynajmniej tak mówią ludzie. Dla mnie był to też problem finansowy w innym sensie: wciąż byłem obywatelem Kanady i moja sytuacja bankowa była z tym związana, więc nie mogłem wziąć kredytu w banku w Europie. Mogłem to zrobić w Paryżu, ale zajęłoby to lata. Poza tym kiedyś fantazjowałem o życiu w Lizbonie. Pojechałem też do Tbilisi w Gruzji, miasta, które absolutnie uwielbiam, byłem tam dwa razy. Ale realistycznie, mając pracę taką jak moja, mieszkanie tam nie miałoby sensu. 

Teraz chyba jestem bardziej ostrożny niż kiedyś. Chcę podejmować mądre decyzje, ale czasem oznacza to wybieranie rzeczy, które są mniej ekscytujące. Kilka lat temu wolałbym mieszkać w maleńkiej kawalerce w Paryżu niż w dużym mieszkaniu w Montrealu. Chyba podjąłem decyzję typową dla wieku dorosłego i chcę mieć stabilne miejsce do życia.

Ustatkować się?

Ustatkować się, mieć psa. Na dzieci jeszcze nie jesteśmy gotowi. Pies jest trochę jak dziecko [śmiech].



Czego nauczyłeś się dzięki wszystkim tym podróżom, doświadczeniom muzycznym, koncertowym? Wyniosłeś z tego jakąś mądrość?

Nie wiem, czy stałem się mądrzejszy, ale na pewno nabrałem większej perspektywy i nauczyłem, że wszystko wymaga czasu. To jak przeprowadzka z jednego miejsca do drugiego — teraz rozumiem ten proces lepiej. Wiem, jak to jest się przeprowadzać. Powrót do Kanady był w pewnych aspektach łatwiejszy. Gram tu naprawdę dobre koncerty — wszystkie te najbardziej ekscytujące występy, główne festiwale — więc to daje mi ogromną satysfakcję. Wiem też, jak trudno było poczuć się jak w domu w Paryżu. Przez lata byłem trochę włóczęgą, żyjąc na walizkach, bo nie miałem własnego miejsca. 

Zmieniłeś się też jako osoba?

Oczywiście, ale może to po prostu lata i starzenie się… Jestem bardziej lękliwy niż kiedyś, ale też mądrzejszy, szczególnie jeśli chodzi o pieniądze. Kiedyś byłem naprawdę beztroskim facetem. Nie bardzo dbałem też o siebie, np. jeśli chodzi o alkohol – na szczęście nie brałem narkotyków – ale piłem dużo i nie bałem się konsekwencji.

Teraz ciągle sprawdzam stan konta, cały czas stresuję się swoim zdrowiem. Dbam o pieniądze, po to żeby móc kupić jakiś instrument. Nie uważam jednak, żeby uczyniło mnie to lepszym artystą. Powiedziałbym, że jestem lepszy w życiu, ale niekoniecznie w twórczości. Czasem czuję, że oddałem część swojej wolności – wolnego, młodego umysłu Petera – na rzecz bezpieczeństwa i poczucia ugruntowania w życiu.

W pewnym momencie zacząłem dbać o rzeczy takie jak posiadanie ładnego mieszkania, odtwarzanie płyt winylowych – rzeczy, które wcześniej mnie nie interesowały. Kiedyś nawet nie zachowywałem swoich płyt CD i książek, nie przywiązywałem się do wspomnień. Miałem tylko gitarę, bardzo późno zdobyłem własny komputer. Teraz mam mieszkanie, kupiłem gramofon, powoli buduję kolekcję płyt. Mam dużo instrumentów i własne, domowe studio. Zmieniłem się – życie to wyprawa, a ja jestem teraz w zupełnie innym kraju, jeśli chodzi o stan umysłu.

Kiedy mówiłeś o braku poczucia bycia w domu w Paryżu, trochę się tak czułam, podczas mojej 10-miesięcznej podróży, ale z drugiej strony każde miejsce, w którym byłam, stawało się moim nowym domem na chwilę. Więc to takie dwa różne odczucia jednocześnie.  

Jest to ciekawe doświadczenie, ale ja w pewnym momencie po prostu się nim zmęczyłem. Pamiętam, że było to po Noir Èden. Przeszedłem przez ciężkie rozstanie w 2016 roku, bo to był ważny związek. Po tym skończyłem album w Montrealu, a następnie wróciłem do Paryża. Pamiętam, że pytałem siebie: Po co w ogóle wracam do Paryża? Jaki jest sens?

A jednak, gdy przyjechałem i siedziałem w taksówce, nagle poczułem: Okej, jestem w domu. Mieszkałem u mojego przyjaciela Toby’ego przez dwa miesiące, a potem po raz pierwszy musiałem znaleźć własne miejsce. Wynająłem mieszkanie w 18. dzielnicy, które bardzo mi się spodobało. Po obejrzeniu zrobiłem właścicielowi długą prezentację, a potem wysłałem obszerny mail, w którym wyjaśniłem, kim jestem i dlaczego mi zależy.

Kiedy w końcu dostałem to mieszkanie, coś się we mnie zmieniło. Po raz pierwszy pomyślałem: Chcę coś zbudować. Mieszkałem tam przez lata. Później, kiedy byłem już z Cassandrą, przeprowadziliśmy się do innego mieszkania, dosłownie kilka drzwi dalej — z numeru 128 na 130. Mniej więcej w 2016 roku naprawdę przestałem żyć jak włóczęga. To było dziesięć lat temu. 

Myślę, że byłem mniej więcej w twoim wieku — miałem 32 lata — kiedy ta zmiana zaczęła się pojawiać. Nie była jednak gwałtowna. Poza tym muzyka to zawód, w którym nigdy tak naprawdę nie wiesz, kiedy twoja popularność zgaśnie. Z tego powodu trzeba być ostrożnym.

Dla mnie moja podróż była czymś w rodzaju twórczej przerwy od zwykłego życia w Warszawie, po to by zobaczyć, w jakim kierunku chcę pójść oraz okazją do nauki nowego języka, poznania nowych kultur, a potem podjęcia decyzji co dalej.

Rozumiem. Myślę, że to wygląda inaczej, kiedy nie jest się w związku. Kiedy jesteś w relacji, zwykle jesteś mniej skłonny do przygód. Gdy jesteś wystarczająco silny i młody, naprawdę musisz robić takie rzeczy, bo z wiekiem niekoniecznie chce ci się przez to wszystko przechodzić — serio. Więc dopóki jesteś w tej fazie, dopóki masz pasję i energię, by żyć w taki sposób, powinnaś to robić.



Jaki jest wkład twojej dziewczyny, Cassandry, w twoją muzykę i cały projekt?

Cassandra jest projektantką graficzną, więc nigdy nie zastanawiam się, kto zajmie się oprawą wizualną. Bardzo mi pomaga. Oczywiście wytwórnia jej za to płaci — nie robi tego za darmo. Gdyby było inaczej, wybrałbym kogoś innego albo po prostu bym jej o to nie prosił. Zwykle płacę ludziom, nie lubię być komuś winny przysługi.

Jako człowiek Cassandra daje mi bardzo dużo. Jako dziewczyna również. Myślę, że wspieraliśmy się nawzajem we wzlotach i upadkach życia. Mam tendencję do przejmowania się bardziej niż ona, więc bardzo mnie wspiera. Zawsze daje mi przestrzeń, której potrzebuję do tworzenia, a to jest niezwykle ważne. Czasem związek może być niemal więzieniem, a z nią jest dokładnie odwrotnie. 

Cassandra pracuje więc nad ilustracjami. Chodzi głównie o detale, takie jak fonty i upewnienie się, że wszystko jest poprawnie umieszczone na platformach cyfrowych, takich jak iTunes czy Spotify. Zawsze wnosi swój punkt widzenia. Ma bardzo dobry gust estetyczny, więc fajnie jest dzielić się z nią pomysłami i słuchać, co o nich myśli. Oczywiście nie zawsze ma rację, a czasem to ja się mylę. Nie we wszystkim się zgadzamy. Zawsze była dobrym duchem. Nadal jest bardzo zaangażowana w cały proces. Może kiedyś zdecyduję się współpracować z kimś innym, ale na razie to naprawdę świetnie działa, bo ona autentycznie troszczy się o ten projekt. Na co dzień nie pracuje w branży muzycznej. Robi to więc dlatego, że to lubi, a czasem daje jej to też większą swobodę twórczą niż na przykład praca dla marki.

Uwielbiam jej grafiki! Jej prace były dla mnie inspiracją na projekt mojego tatuażu. Mam też koszulkę z jej rysunkiem. 

Skojarzyłem to, bo pamiętam, że podrzucałem tę koszulkę twojemu koledze Félixowi, którego widuję na moich koncertach, było to naprawdę zabawne. Cassandra pracuje też nad własną sztuką. Idzie jej naprawdę bardzo dobrze. Burmistrz Montrealu kupił od niej oryginalny rysunek na wystawie w Livart w Montrealu. Ona naprawdę ma swoją własną ścieżkę i jest bardzo dobra w tym, co robi.

Kiedy trzymałam w rękach EP-kę Post-Scriptum, zauważyłam, że już na niej byłeś podpisany jako Peter Peter. Myślałam, że ta nazwa pojawiła się później.

To prawda, nazwa pochodzi z zupełnie innych czasów. Z dzisiejszej perspektywy raczej bym jej nie wybrał. Kiedyś panowała moda na podwójne nazwy i wielu artystów tak właśnie zrobiło. Minęły lata i jestem tym zmęczony, bo nie chcesz, żeby ludzie myśleli, że naprawdę dałeś się w to wciągnąć. Pamiętam, że nawet kiedy pojawił się Robert Robert — a to dobra muzyka — pomyślałem: Dlaczego wybrałeś podwójne imię, stary? To nie jest dobry pomysł. Jesteś młody, nie rób tak

Właściwie jestem w trakcie zmiany mojego prawdziwego nazwiska, którym jest Roy. To nazwisko mojego ojca. Już wtedy wiedziałem, że nie chcę go używać, bo tak naprawdę nigdy go w moim życiu nie było. Dlatego przejmuję jedno z nazwisk mojej matki — Jones, które wydaje się mi bardziej spójne z moim imieniem.



Czasem swoje koncerty kończysz długim instrumentalnym utworem, można by powiedzieć techno. Mega mi się to podoba. Mam nadzieję, że będzie tego więcej.

Szczerze mówiąc, jest to dokładnie to, co naprawdę chciałbym robić. Czasami męczy mnie scena frankofońska — cały kontekst wokół niej, nawet w relacjach z przyjaciółmi. Chciałbym prezentować coś innego, bardziej techno-zorientowany koncept, może z jakimś śpiewem po angielsku, albo nawet bez wokalu — coś bardziej skupionego na elektronicznej muzyce tanecznej. Właśnie nad tym teraz pracuję.

Zaczynałem jako wokalista w zespole metalowym, potem stałem się songwriterem, a teraz jestem bardziej wokalistą popowym, ale elektronika bardzo mnie przyciąga. Chciałbym zanurzyć się w ten świat na poważnie. Mam zresztą projekt, który nigdy nie został wydany — nazywa się Here to Talk. To projekt elektroniczny. Nagrałem EP-kę, kiedy byłem w Paryżu, ale nigdy jej nie wypuściłem. Jest fajna, ale może nie jest to pierwsza rzecz, jaką chciałbym pokazać ludziom, bo jest bardziej eksperymentalna.

Bardzo chciałbym wydać pierwszy singiel, który byłby naprawdę ostrym techno — to jest ten rodzaj muzyki, którego głównie słucham. Kręci mnie mroczne techno, więc kto wie, może właśnie w tym kierunku pójdę. Mam cały materiał i cały sprzęt potrzebny, żeby to zrealizować.

Sztuczna inteligencja coraz bardziej wkracza w przestrzeń sztuki tworzy obrazy, muzykę. Co wpływa na twoją kreatywność i chęć poszukiwania nowych brzmień?

Myślę, że to naprawdę zależy od mojego nastroju. Czasami, kiedy jestem w złym humorze, bardzo trudno jest mi usiąść przed komputerem. Kiedyś, gdy byłem w złym nastroju, brałem gitarę i grałem. Siedzenie przed komputerem nie jest zbyt fascynujące. To nie jest ta część procesu, którą naprawdę kocham.

Z drugiej strony pracuję z dużą ilością zewnętrznego sprzętu — sekwencerami i innymi maszynami — więc czasami nawet nie patrzę na komputer. Po prostu bawię się urządzeniami i to jest świetne. Chyba jestem trochę uzależniony od kupowania nowego sprzętu. Przez ostatnie kilka lat zdobycie nowego urządzenia zawsze było dla mnie ekscytującym doświadczeniem. Nawet jeśli ostatecznie nie używam go zbyt często, i tak cieszę się, że je mam. Popycha mnie to do eksperymentowania. Myślę więc, że to właśnie eksperymentowanie najbardziej podtrzymuje moją kreatywność.