Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 14/18

Oj, obrodziło nam z początkiem kwietnia. Nie dość, że nowych płyt jest w tym tygodniu bardzo dużo, to jeszcze bardzo dobre. Nie ma co przedłużać, bo przed Wami dużo słuchania. Oto one:

Hinds – I Don’t Run (06.04)

Mamy zwyciężczynie w kategorii progres roku. Druga płyta Hinds to ogromny krok do przodu. Hiszpanki poszerzyły paletę inspiracji, poczuły się pewnie i dostarczyły album z doskonałymi gitarowymi piosenkami na lato. Z drugiej strony dalej jest w nich trochę naiwności i “amatorskiej” szczerości. Oby tak dalej!

Unknown Mortal Orchestra – Sex & Food (06.04)

Przy niektórych artystach stwierdzenie, że płyta niczym nie zaskakuje, jest najlepszym komplementem. I to dotyczy albumów Unknown Mortal Orchestra. Na “Sex & Food” ekipa Rubana Nielsona nie sili się na niepotrzebne eksperymenty, korzystając z tego, że ich balansująca na granicy neo-psychodelii i indie r&b muzyka jest ciekawa sama w sobie. Mamy tu dużo nastrojowego, delikatnego grania, ale też “cięższe”momenty – takie jak jeden z najlepszych kawałków tego roku – “American Guilt”. Warto!

MIEN – MIEN (06.04)

“Konkurencję” dla UMO w kategorii “psychodelia”stanowi  nie byle jaki zespół. Choć jest to debiutancki album, stworzyli go muzycy, którzy na psychodelicznym graniu zjedli już zęby, grając w takich kapelach jak Elephant Stone, The Earlies, The Black Angels czy The Horrors. Mamy tu do czynienia z powrotem do korzeni takiej muzyki – jest mglisty, niepokojący klimat, okazjonalnie przebijający się sitar, czy delikatne podbicie elektroniką. Doskonała rzecz dla maniaków gatunku.

Lebanon Hanover – Let Them Be Alien (03.04)

Lebanon Hanover rozkwitają z każdym wydawnictwem, nabierają pewności siebie. Let Them Be Alien nie jest albumem, który wpada w ucho od razu, ale z każdym odsłuchem docenia się go jeszcze bardziej. Jednocześnie, w każdej piosence słychać tę piękną melancholię. William i Larissa pięknie się uzupełniają, tworząc subtelny dialog pomiędzy utworami. W odbiorze albumu nie przeszkadza nawet aktualna pogoda. 10/10!

GUM – The Underdog (06.04)

Jay Watson to osoba nr 2 w Tame Impala i nr 1 w POND – czyli dwóch zespołów ze zdecydowanej czołówki w Australii. Od kilku lat nagrywa też solowo jako GUM, pogłębiając kierunki, w których idą jego kapele. Mamy tu zatem jeszcze więcej synthpopu i tanecznych rytmów, a całość jeszcze bardziej wpada w ucho. I bardzo dobrze! Nowa płyta Watsona zdecydowanie powinna zagościć na hipsterskich playlistach na imprezę. No i oczywiście w odtwarzaczach fanów macierzystych formacji artysty. A tych jest przecież co niemiara.

LICE – It All Worked Out Great, Vol.1 (EP) (06.04)

Kochamy tutaj IDLES, kochamy Shame i kochamy najmłodszych ziomeczków z tego wesołego, brytyjskiego towarzystwa. LICE w końcu wypuścili swoje pierwsze wydawnictwo z prawdziwego zdarzenia, choć to dopiero EP. Pokazują na nim, że są najbardziej popieprzeni ze wspomnianej trójki. Motywy zmieniają się tu co kilka sekund, sekcja gra jakieś dziwne rzeczy, gitara hałasuje aż miło a wokalista wypluwa z siebie teksty o długości krótkich powieści. Obserwujcie ich bo będą wielcy.

Bambara – Shadow on Everything (06.04)

Można by powiedzieć, że nowa płyta Bambary umili fanom Iceage oczekiwanie na album swoich ulubieńców, ale to byłoby duże i niesprawiedliwe uproszczenie. Owszem, stylistycznie jest bardzo podobnie, ale Amerykanie na “Shadow on Everything” udowadniają, że grają we własnej lidze i nie muszą się na nikogo oglądać. Czwarty album jest ich zdecydowanie najlepszym – post-punk miesza się tu z noise rockiem w optymalnych proporcjach. No i nie oszukują w tytule płyty – mrok naprawdę panuje tu nad wszystkim.

Hop Along – Bark Your Head Off, Dog (06.04)

Hop Along to już naprawdę duży zespół na amerykańskiej scenie indie. Kapela od pierwszej płyty wydanej w 2006 roku zbudowała już sobie całą armię naśladowców.  I chyba zrozumiała, że najwyższy czas zdobyć uznanie, na jakie zasługuje. Nic zatem dziwnego, że na swojej czwartej płycie zaczęła puszczać oczko do szerszej publiczności. Może i stracił na tym ciutkę mocy, ale wciąż wyróżnia się świetnymi piosenkami i pięknym, rozedrganym głosem wokalistki – Frances Quinlan. My jesteśmy zadowoleni.

Muzyka

NewTone: premiery 13/18

Nie mamy czasu na przydługie wstępy, bo lecimy łapać pierwsze od dawna promienie słońca! Tymczasem podrzucamy Wam całkiem niezły zestaw premier, który będzie idealnym soundtrackiem na najbliższy tydzień. Miłego słuchania!

The Voidz – Virtue (30.03)

Druga płyta już-nie-tak-pobocznej kapeli Juliana Casablancasa z The Strokes jest jak Nowy Jork, z którego The Voidz pochodzą. Miesza w sobie wiele wpływów i kultur, tworząc naprawdę imponujący efekt. Więcej tu przyjaznych uchu elementów niż na debiucie, ale Julian i spółka nie byliby sobą, gdyby każdego z nich nie próbowali nieco “zepsuć”. Stąd dużo tutaj zabawy hałasem, lo-fi i dziwnymi, surrealistycznymi efektami. Jeśli jednak odrzeć zawarte na “Virtue” piosenki z powyższych naleciałości, mamy tu do czynienia z wysokiej klasy art popem, a momentami nawet r&b. Dla każdego coś miłego. Warto!

The Garden – Mirror Might Steal Your Charm (30.03)

W dziwnych samplach, surrealistycznych efektach i licznych eksperymentach lubują się też bracia Shears, tworzący razem jako The Garden. Tutaj jednak gatunkowa szala waha się między eksperymentalnym punkiem a synthem z kilkoma nawet udanymi romansami z hip-hopem. Zespół stanowi jeden z najdziwniejszych projektów ze stajni Epitaph, co doskonale go charakteryzuje. Zadowoleni będą zarówno miłośnicy ładnych melodii, jak i dziwnych odlotów. Szczególnie na tej płycie.

Holy Wave – Adult Fear (30.03)

Słońce coraz śmielej pojawiające się za oknem sprzyja słuchaniu leniwych, rozmarzonych dźwięków a Holy Wave okazuje się pod tym względem bardzo solidnym dostawcą. Co prawda nie wychodzą poza utarte ramy psychodelicznego grania, ale przecież nie o to chodzi. Wystarczy, że bardzo dobrze się po nich poruszają. Jest zatem spokojnie, przyjemnie, z typowym dla tego gatunku klawiszem i gitarą. Wyróżniają się za to niezbyt optymistyczne teksty, więc nasze smutne, undertonowe serca (nie) cieszą się podwójnie.

Frankie Cosmos – Vessel (30.03)

Następna płyta z gatunku “smutne, ale przyjemne”. Frankie Cosmos nie sięga jednak do psychodelii a bardzo modnego w Stanach Zjednoczonych twee popu. 18 kawałków w zaledwie 33 minuty to intensywność godna kapeli hardcore punkowej, ale w przeciwieństwie do tego gatunku, Frankie można sobie spokojnie słuchać leżąc w trawie na słońcu. Przekonali się o tym chociażby uczestnicy zeszłorocznego Off Festivalu. Dla miłośników gatunku to pozycja obowiązkowa!

Singiel – Zeal&Ardor – Gravedigger’s Chant (29.03)

Swoim pierwszym albumem Zeal&Ardor zrobił niemałe zamieszanie na scenie metalowej. Na szczęście najnowszy singiel zapowiada, że Manuel Gagneux ma do powiedzenia znacznie więcej i projekt nie był sezonowym wybrykiem. Ale na więcej gitar musimy poczekać.

Singiel – Geometric Vision – The Head (26.03)

 

Trzeci singiel zapowiadający trzeci album zespołu, FIRE! FIRE! FIRE!, na którym gościnnie ma się udzielać Volcan z She Past Away. Dobre post-punki z Włoch – sprawdźcie koniecznie!

Singiel – Boy Harsher – Last Days (26.03)

 

Boy Harsher to jeden z najlepszych aktualnie synth-popowych zespołów – kto miał szczęście ich widzieć w zeszłym roku na Return To The Batcave sam wie najlepiej, na co ich stać. Tymczasem dla całej reszty klip do Last Days na pocieszenie.

Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 12/18

W zeszłym tygodniu zapowiadaliśmy burzę i oto jest. Dzisiejsze zestawienie nie zachwyca co prawda liczbą płyt, ponieważ standardowo odrzucamy rzeczy, których raczej nie polecamy (Jack White, ty łobuzie!). Takich zawodów trafiło nam się kilka, ale to na co najbardziej czekaliśmy okazało się świetne. W efekcie trzy z czterech poniższych płyt są dla nas kandydatami do płyt miesiąca. Pokłóciliśmy się o to, która jest najlepsza i teraz się do siebie nie odzywamy. Super. W każdym razie:

HIDE – CASTRATION ANXIETY (23.03)

 

Jak podaje last.fm, hide to j-rockowy muzyk zmarły w 1998 roku… ale my nie o tym. HIDE to świeży narybek w Dais Records, chociaż na scenie funkcjonują już od 2014 roku i mają za sobą kilka EPek. Castration Anxiety ma bardzo duszny nastrój, jest mrocznie, ponuro i bardzo industrialnie. Nie bójcie się, właśnie odkryliście płytę marca.

Sol Invictus – Necropolis (23.03)

 

Czy to ostatni album Sol Invictus? Takie złowieszcze wnioski można przeczytać w niektórych recenzjach Necropolis. Album opowiadający o budowie kolei do przewożenia piętrzących się w Londynie trupów oraz powolnym upadku moralnym miasta – trzeba przyznać, że byłoby to piękne pożegnanie. Tony Wakeford jest w doskonałej formie, a od Necropolis nie da się oderwać.

Preoccupations – New Material (23.03)

Matt Flegel obiecał w wywiadzie z nami, że Preoccupations wydadzą tę płytę na wiosnę i słowa dotrzymał – premiera nastąpiła już w jej pierwszym tygodniu. Klimat jednak jest tutaj mało wiosenny – “New Material” to najsmutniejsza, ale zarazem najbardziej przystępna płyta w dorobku Kanadyjczyków. Zespół odchodzi od noise’u rodem z debiutu w kierunku czystego coldwave’u. Mimo wszystko fani  od razu wychwycą elementy charakterystyczne dla tej ekipy, dzięki którym Preoccupations wciąż wyróżniają się na tle setek zespołów z tego gatunku. Złoty środek. Świetny album.

Sunflower Bean – Twentytwo in Blue (23.03)

Sunflower Bean swoim drugim albumem dają jasno do zrozumienia, że dotychczasowa łatka “nadziei neo-psychodelii” jest dla nich zdecydowanie zbyt ciasna. I choć ciągle słychać tu psychodeliczne wpływy, zespół kieruję się bardziej w stronę pop rocka, momentami kojarząc się nawet z Fleetwood Mac. Pewnie część dotychczasowych fanów będzie miała z tym problem, ale trio zdaje się tym nie przejmować i w nową rolę wchodzi pełne animuszu. I słusznie – zapamiętajcie tę nazwę, bo niedługo będzie całkiem wysoko na festiwalowych plakatach.

 

Jesteśmy na Spotify:

Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 11/18

Chciałoby się rzec, że ten tydzień przynosi ciszę przed burzą. Z niecierpliwością czekamy już na przyszłotygodniowe premiery, ale to nie znaczy, że w tym nie pojawiło się nic ciekawego. Poniższe cztery albumy są tego doskonałym dowodem.

Hot Snakes – Jericho Sirens (16.03)

Jest we współpracy Johna Reisa z Rickiem Frosbergiem coś, co można nazwać znakiem rozpoznawczym. Nieważne, czy mamy do czynienia z Drive Like Jehu, czy Hot Snakes. Nieważne, czy mówimy o płytach nagranych na początku lat 90., czy o “Jericho Sirens”, która ukazała się w tym tygodniu – od razu wiadomo, że za jej stworzeniem stoi zespół dowodzony przez tych dwóch panów. Hot Snakes wraca po 14 latach i brzmi, jakby nie miało przerwy – jest hałaśliwie, często dziwnie, ale jednocześnie lekko i ze swobodą godną zespołów surf-rockowych. Fani z pewnością będą zachwyceni.

Mount Eerie – Now Only (16.03)

Phil Elverum wciąż rozpacza nad śmiercią żony i nagrywa drugą płytę, będącą zapisem jego życia po tym tragicznym wydarzeniu. Choć muzyka jest tutaj bardziej różnorodna niż na poprzednim “A Crow Looked At Me”, dalej stanowi tylko tło, do bardzo dosłownych i niesamowicie smutnych tekstów. “Now Only” to album dla tych, których nie zmęczył i niewystarczająco zdołował poprzedni. I choć to tak naprawdę jedyna jego wartość,  to nie ma wątpliwości, że bardzo ważna.

Dungen & Woods – Myths 003 (16.03)

Efekt współpracy dwóch zespołów, które od lat stanowią o sile muzyki psychodelicznej – szwedzkiego Dungen i amerykańskiego Woods. Ta niecodzienna kolaboracja skutkuje bardzo przyjemnymi 30 minutami muzyki skrojonej pod zbliżającą się wiosnę lub nawet lato. Muzycy zapewniają tu pełną gamę wrażeń – od psychodelicznej sztampy przez jazzujące motywy po bardzo przyjemną muzykę tła. Aż szkoda, że w chwili, w której to piszę za okno wrócił gęsto sypiący śnieg.

Bishop Nehru – Elevators: Act I & II (16.03)

Debiutancki album nowojorskiej nadziei jazz rapu a zarazem jednej z gwiazd tegorocznego Off Festivalu. Błyskotliwemu młodzianowi towarzyszą prawdziwi weterani sceny – za produkcję albumu odpowiadają bowiem MF DOOM i Kaytranada. Ta mieszanka świeżej krwi z doświadczeniem skutkuje jedną z najciekawszych klasycznie hip-hopowych płyt tego roku. Zdecydowanie należy wpaść na katowicki koncert tego koleżki.

 

Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 10/18

W porównaniu z poprzednim tygodniem, zestawienie aktualnych premier jest trochę skromniejsze. Dziesiąty tydzień 2018 roku nie obfituje w premiery, ale za to w duże nazwiska. Znajdzie się coś dla każdego!

Ministry – AmeriKKKant (09.03)

 

Komentarz Ministry do tego, co aktualnie dzieje się w USA i na świecie był tylko kwestią czasu – pomimo, że Al już 10 lat temu zapowiadał, że nie nagrają nic więcej. Na szczęście nie ma się czego wstydzić, bo ameriKKKant to kawał wkurwionego, industrialnego grania. Słuchając Antify ciężko znaleźć kontrargument na zarzut, że powtarzają te same patentyale ciężko też zaprzeczyć, że to naprawdę dobry singiel. Jest kilka smaczków na albumie, ale jeżeli byliście na bieżąco z zapowiedziami, już raczej nic Was nie zaskoczy. A jeżeli nie byliście – oszczędźcie sobie nerwów i nie oglądajcie klipów.

Young Fathers – Cocoa Sugar (09.03)

 

Niby wszystko okej, ale brakuje mocnych akcentów jak w przypadku poprzednich wydawnictw. Tak naprawdę wszystkie single (poza TOY), które zostały wypuszczone przed premierą, to na szczęście najsłabsze punkty Cocoa Sugar, mimo to cały album jest dosyć płaski. Z jednej strony słychać dojrzałość i drogę, jaką chłopcy przeszli od pierwszej i drugiej kasety, z drugiej utracili ten brud i zadziorność i są po prostu kolejnym alternatywnym zespołem polecanym przez Pitchfork. Mimo to ich występy na żywo to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogą Wam się przytrafić w życiu, tak więc jeżeli już macie bilety na Open’era, koniecznie się na nich wybierzcie!

David Byrne – American Utopia (09.03)

W kontekście Open’era to kolejna ważna premiera z tego tygodnia. David Byrne powraca po sześciu latach (Chociaż z całkowicie solowym materiałem po dziesięciu) i przypomina wszystkie atuty, z których niegdyś słynął. Mimo, że porusza się w całkiem stonowanej estetyce, każdy kawałek wyróżnia się jakimś ciekawym smaczkiem. A to pojawi się niemal prymitywny, komputerowy bit, a to nieśmiało przewinie się gdzieś klawesyn czy sitar, a to – tak jak w zdecydowanie najlepszym utworze na płycie (“I Dance Like This”) – przywali w nas mocny, industrialny hałas. Warto posłuchać i z pewnością warto zobaczyć za kilka miesięcy w Gdyni.

August Greene – August Greene (09.03)

Wbrew pozorom nie jest to solowe dzieło jakiegoś debiutanta, a nowy projekt Commona, w którym towarzyszą mu kompozytor i pianista jazzowy – Robert Glasper i perkusista, a zarazem producent – Karriem Riggins. Początkowo ich współpraca miała przynieść jeden kawałek do dokumentalnej produkcji Netflixa – “13th”, ale ewoluowała w całą płytę. Oczywiście świetną. “August Greene” to pozycja obowiązkowa dla fanów jazz rapu i jedna z ładniejszych płyt hip-hopowych tego roku.

Złota Jesień – W tobie nie jestem sobą (08.03)

Trudno uwierzyć, że to dopiero druga pełnoprawna płyta tego warszawskiego zespołu. Złota Jesień zdążyła zbudować sobie już niemal kultowy status – i to nie tylko w stołecznym podziemiu. Na “W tobie nie jestem sobą” króluje światowej klasy noise rock spod znaku chociażby Gnod. Sześć kawałków o nieustannie zmieniającej się dynamice, lo-fi wokal i okazjonalne samplowane wstawki. Wszystko się zgadza.

Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 9/18

Dziewiąty tydzień przynosi nam największą liczbę ciekawych premier od początku roku. Od tygodnia siedzimy, słuchamy i przebieramy co lepsze kawałki. Mamy tu wszystko – wyczekiwane powroty, dzieła życia i debiuty. Na odsłuchanie wszystkiego nie wystarczy dnia, ale i tak – sprawdźcie sami!

The Breeders – All Nerve (02.03)

Najgłośniejszy powrót tego tygodnia. Nie dość, że to pierwsza płyta ekipy Kim Deal od dziesięciu lat, to jeszcze nagrana w składzie, który do tej pory stworzył tylko jeden album – legendarny “Last Splash” z 1994 roku. Jest – jak sam tytuł wskazuje – nerwowo, momentami chłodno, a przez cały czas ciekawie. Póki co, główny pretendent do reunionu roku!

Suuns – Felt (02.03)

A skoro przy nerwach jesteśmy, to zupełnym przypadkiem tego samego dnia premierę ma album kanadyjskich mistrzów nerwowego grania. Ja spiąłem się od samego spojrzenia na okładkę (Ten balonik zaraz pęknie!), a to tylko przedsmak tego, co czeka na nas w warstwie muzycznej. Nerwy napięte jak postronki, hałaśliwe plamy akompaniujące pięknym, nieco zrezygnowanym liniom wokalnym. Takich Suuns pokochaliśmy!

Going Swimming – Sultans Of Swim (02.03)

Chwilę wytchnienia od tych wszystkich nerwów zapewniają Australijczycy z Going Swimming. Ich druga płyta to idealny dowód na to, że da się zrobić podręcznikową, surf-rockową płytę, wykorzystując wszystkie zgrane już w tym gatunku patenty, a przy tym ciągle brzmieć świeżo. Australia ma się ostatnio dobrze pod względem takiej słonecznej muzyki (Ciekawe czemu?), więc tym, którzy na początku marca potrzebują doświetlenia i trochę ciepła, polecamy patrzeć właśnie w tamtą stronę.

Moaning – Moaning (02.03)

Z drugiej strony – jak jest zima to musi być zimno. O dziwo, potwierdzenie tej teorii przychodzi do nas z Los Angeles. Debiut nowych podopiecznych Sub Popu czerpie garściami z najlepszych dokonań A Place To Bury Strangers, czy popularnych ostatnio Soviet Soviet. I choć można przyczepić się do Moaning, że praktycznie odtwarzają, zamiast oferować coś od siebie, to robią to zgrabnie i w dobrym smaku. A przecież chłodnego post-punku nigdy za wiele, prawda?

Anna von Hausswolff – Dead Magic (02.03)

Dla tych, którym jeszcze mało chłodu i ciemności, pozycją obowiązkową spośród dzisiejszych premier jest “Dead Magic” – największe dotychczas dzieło szwedzkiej królowej darkwave’u. Zaplanowane jako jedna, długa piosenka, ostatecznie zostało rozbite na pięć efektownych części. Warto posłuchać nie tylko dla wspaniałego głosu Anny, ale także wzbogacających brzmienie organów – nagranych w całości w kopenhaskim Marmurowym Kościele. Robi wrażenie!

Rolo Tomassi – Time Will Die and Love Will Bury It (02.03)

O dziele życia można też mówić w przypadku angielskich mathcore’owców z Rolo Tomassi. Wydana dzisiaj płyta już na kilka tygodni przed premierą została zgodnie okrzyknięta najbardziej różnorodną i najlepszą w 13-letniej karierze zespołu. Chaos przeplata się tutaj z jazzową precyzją i czystymi, nastrojowymi motywami. Zdecydowanie jest to album dla tych, którzy jeszcze nie pogodzili się z rozpadem The Dillinger Escape Plan. Ale także tych, którzy jarają się Code Orange.

Titus Andronicus – A Productive Cough (02.03)

Wydany dwa lata temu album koncertowy Titus Andronicus nazywał się “Stadium Rock”. Jeszcze wtedy trzeba było zmienić słowo “rock” na “punk” aby scharakteryzować muzykę zespołu Patricka Sticklesa. Na “A Productive Cough” nie trzeba już nic zmieniać.  Choć Sticklesowi nie brakuje punkowej werwy, środek ciężkości na tej płycie przenosi się w stronę folku, country i gospel. Jest w tym wszystkim dużo przepychu, ale słucha się bardzo dobrze. Bruce Springsteen i Bob Dylan (w osobliwy sposób coverowany na tej płycie) przybijają sobie piątkę – mają godnego następcę.

Soccer Mommy – Clean (02.03)

Choć ukrywająca się pod tym pseudonimem Sophie Allison ma na swoim koncie dwie płyty, to właśnie “Clean” uważa za swój pełnoprawny debiut. O dwudziestolatce może być niedługo głośno, bo płyta wypełniona jest naprawdę dobrymi, bedroom-popowymi piosenkami. Sophie za swoje największe inspiracje uważa Mitski, Taylor Swift i miasto Nashville. To zabawne, ale lepszego opisu jej muzyki, niż połączenie tych trzech punktów, po prostu nie ma.

The Men – Drift (02.03)

Nie ma się co oszukiwać – ta płyta, jak w zasadzie każdy album The Men – wywoła mieszane reakcje. Ale ten zespół to nadal bardzo ważne zjawisko w noise rocku. “Drift” – już tradycyjnie – nie przypomina żadnej z dotychczasowych płyt zespołu. Tym razem więcej tu post-punkowego basu, klawiszy i saksofonu. Można trafić tu na ładną popową piosenkę (“Rose on Top of the World”), ale całe show kradnie pierwszy kawałek – doskonałe “Maybe I’m Crazy”. Dajcie im szansę!

Jesteśmy na Spotify:

Artykuł, Muzyka

NewTone: premiery 8/18

Jako że jesteśmy bardzo zajęci i nie mamy na nic czasu, postanowiliśmy ruszyć z nowym cyklem na Undertone. Co tydzień będziemy Wam dostarczać najświeższe tytuły, które – naszym zdaniem – są warte uwagi. Z okazji pierwszego odcinka pozwoliliśmy sobie nagiąć trochę zasady i podrzucić też kilka premier, które miały miejsce trochę wcześniej. Enjoy!

American Nightmare – s/t (16.02)

Czekaliśmy na tę płytę, od kiedy Wes Eisold, zapowiedział nam ją podczas zeszłorocznego wywiadu. Nie zawiedliśmy się. American Nightmare powraca z 19 krótkimi, lecz intensywnymi minutami hardcore’u, który momentami ucieka w zimne rejony bliższe jego drugiej kapeli – Cold Cave (“Colder than Death”).

FRIGS – Basic Behaviour (23.02)

Pełnoprawny debiut jednego z najciekawszych projektów z Toronto. Zgrabnie poruszają się po wszystkich meandrach post-punku – od mroku po noise – a wszystkiemu towarzyszy zachrypnięty i bardzo ciekawy żeński wokal. Fani kanadyjskiego chłodu będą zachwyceni.

Turnstile – Time & Space (23.02)

Hardcore’owa kapela z Baltimore zasłynęła poprzednią płytą, na której połączyła ten gatunek z funkowym vibem i chwytliwymi melodiami. Na “Time & Space” kontynuuje, a nawet pogłębia swoje eksperymenty. Efekt jest doskonały!

Insecure Men – Insecure Men (23.02)

Debiutancki album nowego projektu lidera Fat White Family – Saula Adamczewskiego. Płyta powstała, gdy Saul został poproszony o chwilowe opuszczenie macierzystej formacji, ze względu na swój uciążliwy problem narkotykowy. Po wyjściu z odwyku, muzyk rozpoczął współpracę ze swoim kolegą z dzieciństwa, a zarazem muzykiem Childhood – Benem Romans-Hopcraftem i stworzył swoją najbardziej pozytywną, choć wciąż balansującą na granicy dobrego smaku, płytę.

Krzysiek

Carpenter Brut – Leather Teeth (22.02)

Francuski wojownik retro wave’u powraca. Dalej wyciąga z lat 80-tych to, co najlepsze, zgrabnie balansując na granicy kiczu i zbyt dużej ilości lakieru do włosów. Carpenter Brut to produkt kompletny, dlatego, pomimo ery spotifaja, sprawdźcie koniecznie oprawę wizualną Leather Teeth.

Fischerspooner – Sir (16.02)

Casey i Warren wydali album po 9 LATACH milczenia. Przez ten czas sporo się zmieniło i chyba już większość z nas zapomniała o electroclashu. Panowie próbują odświeżyć swoje brzmienie, a wtóruje im w tym Michael Stipe, odpowiedzialny za produkcję. Źle nie jest, super też nie. Ale warto posłuchać chociażby z czystego sentymentu.

Haunting – Servants Will Serve (22.02)

Świeżynka z prężnie rozwijającego się net labelu 36. Już macie do czego tańczyć w ten weekend. Idealnie wyważona mieszanka house i idm, jak można przeczytać w opisie: To z jednej strony album parkietowy i impulsywny, z drugiej na swój sposób refleksyjny oraz powściągliwy. Nic dodać, nic ująć.

Agata

Jesteśmy na Spotify: