Lata dziewięćdziesiąte, a zwłaszcza pierwsza ich połowa, to złoty okres dla wszelkiej maści zespołów alternatywnych. Drzwi do mainstreamu, lekko uchylone pod koniec poprzedniej dekady przez Jane’s Addiction i Pixies, wyważone zostały z hukiem w roku 1991 przez „Nevermind”. A potem poszło już z górki – spece od A&R wszystkich wielkich, dużych i tych trochę mniejszych wytwórni płytowych spędzali tygodnie i miesiące przemierzając Amerykę (i nie tylko) w poszukiwaniu kolejnej Nirvany. Wszystko co brzmiało choćby trochę bardziej chropawo od wymuskanych gwiazdek miałkiego, plastikowego popu miało szansę załapać się na karierę. Tym sposobem mnóstwo zespolików, które raczej powinny pozostać lokalną atrakcją podczas obchodów dni sera czy innych równie fascynujących świąt, załapało się na ten pociąg.

Na fali tego hype’u na muzykę alternatywną swoje całkiem długie 15 minut sławy przeżyło irlandzkie Therapy? Istniejące od 1989 trio zdążyło wydać w niezależnej oficynie Wiiija dwie bardzo ciepło przyjęte w undergroundowym światku, podszyte noise-rockiem epki „Babyteeth” i „Pleasure Death” (wydane w USA na jednej płycie jako „Caucasian Psychosis” przez Quaterstick stanowiące oddział niezwykle prężnego i cenionego Touch & Go) i bardzo szybko zdobyło zainteresowanie obrotnych menadżerów z A&M Records. Z logo tegoż labelu w listopadzie 1992 roku na sklepowych półkach wylądował debiut Irlandczyków. Muzyka zawarta na „Nurse” chociaż wciąż mocno zanurzona w undergroundowym hałasie i chropowatości już konstytuowała zręby stylu, który Therapy? doprowadziło do perfekcji na drugim albumie. Wydany 7 lutego 1994  roku „Troublegum”, bo o nim mowa,  może i nie zmienił rynku muzycznego, bo też już nic nie było do zmieniania, ale na pewno zmienił życie członków zespołu. Doskonała sprzedaż sprawiła, że zespół ruszył w objazd scen na całym świecie. Jak mówił Andy Cairns w jednym z wywiadów udzielonych na okoliczność 20 rocznicy wydania „Troublegum”: „Album odniósł sukces a to oznaczało, że kolejne 12 miesięcy spędziliśmy z dala od domów. Po dziś dzień ludzie uwielbiają tą płytę i jest to jeden z tych powodów, dla których zespół wciąż istnieje”.



Co w niej zatem takiego wyjątkowego? Co decyduje, że akurat ten album wywindował otoczony umiarkowanym kultem w podziemiu a szerzej prawie nieznany zespół na pozycję światowej gwiazdy obecnej na listach sprzedaży po obu stronach Atlantyku? Wspomniany na początku ogólnoświatowy klimat sprzyjający zespołom gitarowym nie był bez znaczenia, ale sam by nic nie zdziałał gdyby zawartość płyty była kiepska. A to jest ostatnie co można o „Troublegum” powiedzieć. Album pod sam korek wypchany jest wybuchowymi petardami będącymi w dużym uproszczeniu amalgamatem metalowego riffowania i punkowej zadziorności ujętym w struktury power-popowego hitu, co naonczas było tym czego łaknęła publiczność.

A jeszcze w przypadku „Troublegum” te piosenki są turbo melodyjne. Każdy z tych czternastu utworów już po pierwszym odsłuchu płyty mocno wkręca się w głowę i nie chce jej opuścić. Dodatkowo w porównaniu do choćby wcześniejszej „Nurse” brzmienie płyty jest bardziej ułożone, wypolerowane, ale nie na tyle, że wyszedł mdły cukierek. O odpowiedni balans zadbał Chris Sheldon, wtedy jeszcze na początku swojej producenckiej ścieżki, który jednak nie był pewny czy nie przesadził z kręceniem gałkami. Jak sam wspomina: „Kochałem „Nurse”, kochałem „Teethgrinder” i obawiałem się reakcji ludzi, że powiedzą ‘Co ten idiota narobił?’ Obawiałem się, że zbyt radykalnie zmieniłem brzmienie zespołu, że ludzie powiedzą, że go zrujnowałem.” No cóż, obawy okazały się bezpodstawne, bo starzy fani nie odeszli trzaskając drzwiami a zamiast tego przez te drzwi ochoczo weszły tabuny nowych. Jak wspomniałem nie ma mowy o żadnej przesłodzonej produkcji, Sheldon ociosał brzmienie zespołu z upierdliwej metaliczności „Nurse” zostawiając samo „mięso”, całość brzmi niezwykle selektywnie i przejrzyście, jednocześnie nie tracąc nic a nic z ciężkości.



A wracając do samych piosenek – „Troublegum” to klasyczny przykład płyty określanej mianem „all killer – no filler”. Trzynaście hitów napisanych przez Irlandczyków i jako wisienka na torcie kapitalny cover „Isolation” wywalają słuchacza z butów! Niesamowicie kręcące jest to, że te ciężkie hymny są napędzane przez, z jednej strony, bezlitosną motorykę będącą pozostałością noise-rockowej przeszłości a z drugiej przez popową nośność.

Tym największym hitem i zarazem piosenką, od której wszystko się zaczęło jest drugi w zestawie „Screamager”. Cięty, helmetowy riff rozpoczynający utwór skontrowany jest z super chwytliwym refrenem, który Cairns napisał na długo zanim powstał zespół. W studio wystarczyło złożyć w całość roboczą wersję piosenki z tym melodyjnym riffem tym samym tworząc schemat, który w kilku innych utworach z płyty sprawdził się równie doskonale. Chociaż początkowo zespół nie był przekonany co do jakości „Screamager” uważając, że jest zbyt popowy.

Sheldon na szczęście wybił im tą niedorzeczność z głów, bowiem kawałek, wydany jeszcze w marcu 1993 roku na epce „Shortsharpshock”, idealnie przygotował grunt pod całe „Troublegum”. Został również żelaznym punktem w koncertowych setlistach, którego fani domagają się na każdym gigu. Dość powiedzieć, że kiedy zespół w 2000 roku grał w Jarocinie wokalista zapytał jaki kawałek publiczność chciałaby jeszcze usłyszeć, podpity typ stojący tuż obok mnie zaczął się drzeć „Screamager! Screamager!”, tyle, że ten właśnie był zagrany jakieś 2 czy 3 utwory wcześniej… Domyślam się, że samo Therapy? ma już go trochę dosyć.



Album rozpoczyna gwałtowne, dynamiczne „Knives”. To niespełna dwuminutowe tornado doskonale wprowadza w lekko paranoiczny klimat płyty przede wszystkim szeptanym niskim głosem przez Cairnsa dychotomicznym tekstem „My girlfriend says that I need help / My boyfriend says I’d be better off dead” i agresywnie wykrzyczanym refrenem „I’m gonna get drunk / Come round and fuck you up / And you can’t help my life / But you can hide the knives”. Teksty na całej płycie to w ogóle osobny temat – poruszające problemy alienacji, zagubienia, niepewności własnej seksualności, depresji, konfliktu w Irlandii Północnej, skurwienia polityków i rozczarowania zinstytucjonalizowaną religią, tyle, że wszystkie są podszyte ironią, odpowiednią dozą czarnego humoru, jakiejś punkowej przekory. Poważne tematy potraktowane w ten sposób nie tracą nic a nic ze swojej ciężkości zarazem nabierając jakiegoś rodzaju przyswajalności. Na co najlepszym przykładem jest właśnie choćby „Knives” albo traktujący o samotności „Trigger Inside” zaczynający się zwrotką „Here comes a girl with perfect teeth / I bet she won’t be smiling at me / I know how Jeffrey Dahmer feels / Lonely, lonely”. Trzeba przyznać, że nie sposób nie uśmiechnąć się pod nosem.

Kolejne single, które swego czasu całkiem często można było wyłapać w MTV to następujące po sobie „Nowhere” i „Die Laughing”. Obydwa to najczystszej wody rock’n’rollowe hity. Szybki i niemalże nieznośnie melodyjny „Nowhere” można odczytywać jako hymn o generacji X. Już wyżej nie uda się podskoczyć, a po swojej wędrówce na szczyt została z niego brutalnie strącona i nie bardzo dokąd ma się udać… co dość wymownie zostało wkrótce spuentowane kulą w głowie Kurta Cobaina. Rzecznika tej generacji, którym nigdy zostać nie chciał. Wolniejszy, przywodzący na myśl Fugazi z tym „skradającym” się riffem w zwrotkach i eksplodującym frenetyczną melodią refrenie, „Die Laughing” traktuje zaś o szaleństwie i depresji spychającymi w niebyt: „Lost in a world with no reality / I’m frightened to move / I’m frightened to speak / And I would kill for a good night sleep / I’m feeling, I’m feeling dead.”



Z ponurym „Turn” wiąże się całkiem zabawna historia. Rzecz dotyczy wersu „Turn and face the strange”, który Andy Cairns „pożyczył” od tytułu jednego z rozdziałów „Storming Heaven” Jaya Stevensa. A ten zaś „pożyczył” go od Davida Bowie a dokładnie z piosenki „Changes”. O czym Cairns dowiedział się już po wydaniu płyty i, jak sam przyznaje, czerwieni się na samą myśl, że nie był tego świadom wcześniej. A chwilę „grozy” przeżył podczas występu na belgijskim festiwalu Werchter w roku 1996, na którym Therapy? grało tego samego dnia co troszkę sławniejszy Brytyjczyk. Oddajmy głos Cairnsowi: „Myślałem, że nie ma szans, żeby nas usłyszał, że najpewniej ujdzie mi to na sucho. No i graliśmy tam przed czterdziestotysięczną publiczności, trzy piosenki za nami, spojrzałem w prawo i z boku sceny stał nikt inny tylko sam Bowie! Pomyślałem tylko ‘O mój Boże’, ale dwie piosenki później już go nie było. Zanim zagraliśmy ‘Turn’. Spytałem później technicznego czy to był Bowie i czy coś mówił. „Świetny zespół, bardzo dużo dobrej energii’ odpowiedział.”



Wspomniany helmetowy riff ze „Screamager” nie wziął się znikąd. Wszyscy członkowie Therapy? byli bowiem fanami „Strap It On” i „Meantime” czyli dwóch pierwszych płyt Amerykanów. Dodatkowo mieli okazję zagrać z nimi kilka koncertów w trakcie trasy po USA w 1993 roku. Wtedy też pojawił się pomysł zaproszenia Page’a Hamiltona, czyli masterminda Helmet, do współpracy nad „Troublegum”, który ciężki i mroczny „Unbeliever” okrasił typową dla siebie paranoiczną, dysonansową solówką. Gości na płycie jest więcej, bo w „Lunacy Booth” wokalnie zespół wspomaga Lesley Rankine znana z Silverfish i Ruby oraz, również wokalnie, w „Femtex” udziela się Eileen Rose, amerykańska song writerka. Ta ostatnia piosenka powstała z inspiracji żeńskimi grupami popularnymi w latach dziewięćdziesiątych a z którymi Therapy? często dzieliło scenę – Babes In Toyland czy Hole razem z Irlandczykami przemierzały Zjednoczone Królestwo. Z inspiracji, ale również w hołdzie dla kobiet, które w silnie zmaskulinizowanym świecie rocka musiały i muszą mierzyć się z ciągłymi uszczypliwościami, podśmiechujkami, traktowaniem z góry czy molestowaniem ze strony praktycznie całej czeredy mężczyzn. Bo to nie tylko o typów z innych zespołów sprawa się rozbija a o wszystkich począwszy od kierowców, przez ochroniarzy, techników, nagłośnieniowców, tour menagerów a na rozzuchwalonych osobnikach z publiczności kończąc. Tytuł stanowiący zbitkę słów „feminism” i „semtex” doskonale oddaje wybuchowy charakter piosenki.



Co do gości to nie można pominąć Martina McCarricka czyli wiolonczelisty, który na „Troublegum” swoją grą przydaje melancholii mocnemu „Unrequited”. Użycie wiolonczeli stało się znakiem rozpoznawczym Therapy? już na wysokości „Nurse” a rozkwitło na następcy „Troublegum” czyli „Infernal Love”, na którym cover „Diane” z repertuaru Hüsker Dü jest w całości zagrany na tym instrumencie właśnie. McCarrick zresztą w roku 1996 został pełnoprawnym członkiem zespołu wspomagając go podczas koncertów na drugiej gitarze.

„Isolation”, jeden z najbardziej rozpoznawalnych, flagowych utworów Joy Division, będący definicją ich stylu w wykonaniu Irlandczyków stał się kawałkiem Therapy? Zespół nadał mu własny charakter przez co ani trochę nie załamuje spójności płyty, idealnie wpasowuje się w całą narrację „Troublegum”. Zarówno muzycznie jak i lirycznie.



Album wieńczy „Brainsaw”, oparty na mocnym bicie utwór traktujący o zdradzie i rozczarowaniu relacjami międzyludzkimi: „Judas, Judas / I thought you were my friend / Judas, Judas / You’re just the same as them.” Gdy już wybrzmią jego ostatnie nuty po dosłownie sekundzie ciszy z głośników zaczyna sączyć się dźwięk trzeszczącej płyty winylowej. Słuchacz zostaje jeszcze uraczony uroczym mikro coverem „You Are My Sunshine” zagranym na modłę folkowo-country’ową. Słowa „You are my sunshine / My only sunshine / You make me happy / When skies are grey / You’ll never know dear / How much I love you / Please, don’t take my sunshine away” pięknie zamykają tą doskonałą płytę.

Powszechne jest, że wydania japońskie płyt zawierają jakieś ekstrasy i nie inaczej jest w przypadku „Troublegum”. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni mogli cieszyć się płytą o 2 minuty i 20 sekund dłużej za sprawą „Pantopon Rose” – tytuł zaczerpnięty z poematu Williama Burroughsa – niezwykle dziarski banger z telefonicznie przesterowanym wokalem, który gdyby znalazł się na regularnej wersji płyty ani trochę nie ująłby jej blasku. „You Are My Sunshine” w tej edycji płyty następuje po „Pantopon Rose”.



Na dwudziestą rocznicę wydania „Troublegum” zostało wznowione w wersji deluxe. Trzypłytowe wydanie oprócz zremasterowanej wersji płyty zawiera utwory ze stron b singli – choćby covery Judas Priest czy WIRE, alternatywne wersje utworów (bardzo ładne „Lunacy Booth (String Version)” na przykład), kilka wersji demo i live piosenek z wcześniejszych wydawnictw oraz bardzo dużo remiksów autorstwa Davida Holmesa, Consolidated i kilku innych, na modłę mocnego techno lub industrialu, co w latach dziewięćdziesiątych było dość popularną praktyką.

Therapy? za sprawą „Troublegum” i wydanym z marszu na fali jej popularności „Infernal Love” w ostatniej chwili załapali się na ten pociąg napędzany alternatywnym paliwem z grunge’u, punku, metalu i noise rocka. Wskoczyli do niego jak już odjeżdżał z peronu a w tym samym czasie z piskiem hamulców przy tym samym peronie zatrzymywał się pociąg z britpopowym desantem pod postacią „(What’s The Story) Morning Glory?”, „The Great Escape” i „Different Class”, który zdominował muzyczny krajobraz na kilka najbliższych lat. A co dalej z Therapy? zatem? Zespół dla

A&M wydał jeszcze jedną po „Infernal Love” płytę i spotkał go los, który stał się udziałem wielu z tych alternatywnych zespołów wyszukiwanych przez obrotnych menagerów i podpisujących kontrakty na okrągłe sumki czyli po wyeksploatowaniu do cna został spuszczony w kiblu. Co wyszło mu tylko na zdrowie, bo pierwsza płyta po romansie z mainstreamem wydana dla niezależnego wydawcy jest ich absolutnie najwspanialszym albumem. Nawet jeśli „Suicide Pact – You First” nie sprzedało się w zawrotnej ilości egzemplarzy to i tak otworzyło nowy, owocny okres dla Therapy? Zespół wciąż istnieje, wciąż nagrywa dobre i bardzo dobre płyty i wciąż gra bardzo dobre koncerty.


Sprawdź nasze poprzednie TBT - tutaj!

 
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Krzysztof Sarosiek
Admin
3 miesięcy temu

Jedna z tych płyt, które kojarzę z dzieciństwa, bo leżała w szufladzie z kasetami 😉