Kiedy poznałam twórczość Eartheater, wydała mi się odwzorowaniem płynnej tożsamości. Nieuchwytna, złożona ze skrawków i próbek dźwięku – nieprzystających do siebie nawzajem i urywających się w niespodziewanych momentach – idealnie trans-gatunkowa, była dla mnie emanacją estetyki queer w muzyce. Nie słyszałam wcześniej niczego równie dziwnego i trudnego w odbiorze, a zarazem urzekającego nienachalnym pięknem.



Najpierw przesłuchałam płytę „IRISIRI”. Brzmiała tak, jakby ktoś rozbił gotową całość na wiele odłamków, a następnie zebrał je i poskładał naprędce w coś nowego. Każde glissando na harfie, każdą ścieżkę z ozdobną partią smyczkową przełamywały na niej hałasy, szumy, trzaski, zawodzenia, wokalizy. Gdy udawało mi się wyłonić z nich jakieś strzępy tekstu, nie potrafiłam połączyć ich w żaden ciągły sens. Musiałam „zaakceptować tę tajemnicę”, jak mówił jeden z bohaterów filmu „Poważny człowiek” braci Coen. Przyjąć do wiadomości, że – jak z kolei zapewnia jeden z głosów w utworze „OS In Vitro” – nie mam mocy obliczeniowej, by pojąć, kim jest stojąca za tym projektem Alex Drewchin. Albo jakie są jej intencje. I może właśnie dzięki naiwnemu słuchaniu udało mi się wreszcie zrozumieć tę płytę. Wyrażała się w niej całkowita wolność od formalnych rygorów muzyki, czysta radość z eksperymentowania na materiale dźwiękowym i przekraczania granic tego, co można wyobrazić sobie i nazwać piosenką. Kiedy w „C.L.I.T.” Drewchin krzyczy, że „odrzuciła kulturę”, ma na myśli te jej elementy, które kategoryzują i narzucają reguły gry.

Coś z tej kontestacji jest nawet w jej wizerunku – niedookreślonym, poukładanym jak w cut-upie z wielu niepowiązanych ze sobą fragmentów. I transhumanistycznym, stworzonym w równej mierze przez biologię i technologię. W teledysku do „Inclined” Drewchin przemierza konno plażę o wschodzie słońca, ubrana w czarny skórzany kostium i biały welon. Ani kobieco, ani męsko, jak panna młoda i jeździec Apokalipsy w jednej osobie. I byłaby to jeszcze trochę dziwaczna scena rodzajowa, gdyby przez kadr nie przebiegały zakłócenia jak w filmie odtwarzanym z kasety VHS. Albo rosyjskie napisy, które już na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z tekstem. Można odnieść wrażenie, że to teledysk złożony z wielu losowych filmików na YouTubie i że zaraz na ekranie pojawi się ikona ładowania. Albo że sylwetka artystki zacznie za chwilę wczytywać się i zanikać jak niedopracowany technicznie hologram. Okaże się bezcielesna.



Dzięki „IRISIRI” motywy transformacji i transgresji na dobre wpisały się w twórczość Eartheater. I o ile na tamtej płycie były jeszcze dorozumiane, o tyle na „Phoenix: Flames Are Dew Upon My Skin” stają się jasne i przejrzyste. „Płomienie są rosą na mojej skórze”, manifestuje w tytule artystka, a na okładce w roli feniksa przedstawia samą siebie – z jednej strony niewątpliwie ludzką, z drugiej wyzwoloną od ograniczeń ciała. Zdjęcie zdaje się ukazywać tytułowego feniksa w chwili, w której wstaje z popiołów, by przyjąć kolejne wcielenie. Co pasuje zresztą do samej płyty, bo Drewchin przechodzi na niej kompozytorską przemianę – w dużej mierze rezygnuje z dźwięków elektronicznych na rzecz tych organicznych, akustycznych. Płytę nagrała we współpracy z harfistką Marilu Donovan oraz z udziałem pięcioosobowej orkiestry na skrzypce, wiolonczelę i flet poprzeczny. Na tyle kameralnej, by aranżacje nie przytłaczały rozmachem, ale też na tyle obszernej, by móc z tym instrumentarium stworzyć zniuansowany pejzaż barw, melodii i pojedynczych dźwięków.

Podchodziłam do tej płyty z rezerwą. Przywiązałam się do wizerunku Eartheater jako brawurowej i bezpretensjonalnej eksperymentatorki, która ponad narrację o sobie i swojej twórczości ceni niedopowiedzenia. A tutaj wszystko zdawało się podane na tacy, wraz z do przesady wzniosłym i – umówmy się – ogranym symbolem feniksa, który odradza się w ogniu. Obawiałam się, że Drewchin będzie próbowała opowiedzieć muzyką baśń, że będę musiała się skonfrontować z przepychem i zadęciem. Niepotrzebnie. „Phoenix” to płyta skromna i czarująco eteryczna, jednak w tym eterze rozchodzą się raz po raz fale dźwięku i harmonie, które odbiegają od głównej linii melodycznej utworu, manipulują jego nastrojem, wprowadzają zmianę. Można by tutaj pomyśleć o baroque popie lat 60., jednak orkiestra odpowiada w tych kompozycjach za o wiele więcej niż ornamentykę brzmienia – tworzy w nich wrażenie perspektywy i przestrzeni.



Słychać, że Drewchin pozostawiła instrumentalistkom sporo swobody, ale sama również dowodzi, że poza wyobraźnią ma w sobie niezwykłą muzykalność. Jak w „Bringing Me Back”, w którym na gitarze gra równocześnie ścieżkę rytmiczną i arpeggio. W jej technice gry słychać coś nieodzownie europejskiego, jak w fado. Inne utwory – choćby „How To Fight” – brzmią trochę tak, jakby Cat Power wykonywała Cohena. Bo nie da się ukryć, że „Phoenix” jest płytą głęboko melancholijną, a niekiedy nawet mroczną i lamentacyjną. W dodatku Drewchin – podobnie jak na „IRISIRI” – ciągle ma upodobanie do sampli i dźwięków, które wprowadzają w strefę dyskomfortu. Najwyraźniej słychać to w interludiach, w których czerpie z estetyki noise, wykorzystując środki wyrazu znane z twórczości Pharmakon czy Puce Mary. Można wyobrazić sobie te utwory jako momenty przejścia czy transformacji artystki z jednego wcielenia w inne. Bo tytułowy feniks – na szczęście – jest tutaj tylko symbolem życia wielokrotnie i w wielu postaciach. „Jestem nieoszlifowanym diamentem” – śpiewa Drewchin w „Diamond In The Bedrock”, i dodaje: „Nadmierna pewność siebie byłaby moim upadkiem”. „Zrzucam koszulę / Zarzucam swój plan / Wymazuję swoje imię / Bo zapisałam je na piasku” – wyznaje w „Volcano”. W „Below The Clavicle” oddaje cześć temu, co nienazwane: „Jestem mądra / Skoro milczę / Znaczenie nie zdążyło się jeszcze wynurzyć / Jest pod powierzchnią”. Jej feniks jest doskonalszy od człowieka, bo nie potrzebuje języka ani niezmiennej ludzkiej tożsamości. Jest wolny, bo z każdego doświadczenia podnosi się nowo narodzony. W nowym ciele.

W wywiadzie dotyczącym płyty Alex Drewchin powołuje się na postapokaliptyczną przyszłość. Mówiąc, że brzmienia akustyczne niesłusznie wiąże się z przeszłością. I oczywiście ma rację, bo technologia nie będzie mogła rozwijać się wiecznie. Jednak jako Eartheater nigdy nie była przywiązana do wizji przyszłości, która z upływem czasu zamienia się w retrofuturystyczną kliszę. Nawet wtedy, gdy nagrywała muzykę niemal całkowicie elektroniczną, najbardziej interesowały ją w technologii wszelkie wyrwy – zakłócenia, niemiarowy i połamany rytm, brak synchronizacji. To w w tych pozornych pomyłkach dostrzegała kształt muzyki, która ma nadejść. I chociaż dzisiaj wybiera inną formę wyrazu, to nadal idzie pod prąd. Nadal podąża za tym, co zmienne i nieokreślone. A jednocześnie nie przywiązuje się do dawnej siebie.


Jeżeli podobają się Wam treści, jakie prezentujemy i chcecie nas wesprzeć, możecie odwiedzić nasz profil na Patronite: